Ostatnie sny:
Śniło mi się, że jestem w ciąży. Od samego początku była to dla mnie katastrofa. Wiedziałam, że brałam tabletki antykoncepcyjne, a jednak – pod presją, trochę wbrew sobie – zdecydowałam się na dziecko. Ta decyzja nie przyniosła ulgi. Wręcz przeciwnie. Nie potrafiłam znieść myśli, że we mnie coś się rozwija, porusza, że dojrzewa we mnie mała „fasolka”. Czułam obrzydzenie, lęk i panikę. Próbowałam się pocieszyć. Spotkałam się z koleżanką, która – jak się okazało – miała dwoje dzieci. Wyglądała normalnie. Dobrze. Wychodziła z domu, miała swoje życie towarzyskie, funkcjonowała jak każdy inny dorosły człowiek. Ta myśl na chwilę mnie uspokoiła – skoro ona daje radę, może nie jest to koniec świata. Ale lęk szybko wracał. Cały czas myślałam o tym, co będzie po porodzie. Wyobrażałam sobie, że popadnę w depresję poporodową, że będę zamknięta w mieszkaniu, niezdolna do normalnego funkcjonowania. W tych wizjach moi rodzice pewnie by przejmowali opiekę nad dzieckiem na ten najtrudniejszy czas. Miałam nawet cichą, wstydliwą nadzieję, że to oni wychowają to dziecko za mnie. Czułam się nie jak dorosła kobieta, ale jak nastolatka w niechcianej, nastoletniej ciąży – kompletnie spanikowana i zagubiona. W tym śnie zaczęłam szukać sposobu, by tę ciążę przerwać. Pytałam ChatGPT, co mogę zrobić, by wywołać poronienie. Odpowiedzi, które otrzymywałam, były absurdalne i nierealne – sugerował przepłukiwanie nerek strzykawką, zakładanie sondy do macicy, odsysanie zarodka przez rurkę. Wiedziałam, że to kompletnie niemożliwe. Nie miałam żadnego sprzętu medycznego tego typu, żadnych narzędzi, żadnej realnej opcji. Zaczęłam myśleć o internecie – o tym, żeby znaleźć jakąś grupę, ludzi, którzy mogliby pomóc. Rozważałam zakup jakichś tabletek, zastanawiałam się nad różnymi drogami. Cały czas czułam się jak bardzo młoda dziewczyna, która znalazła się w sytuacji, z którą absolutnie nie potrafi sobie poradzić. Zapytałam asystenta, czy mogę po prostu wziąć kilka tabletek antykoncepcyjnych – czy zadziałają jak tabletka wczesnoporonna. Odpowiedział, że niestety nie. Ale jednocześnie powiedział mi, że mak i makowiec na pewno wywołają poronienie. Wymienił też jakieś orzechy i inne produkty. Poszłam do mamy i zapytałam, czy mamy w domu mak. Odpowiedziała, że tak – pół opakowania, bo resztę zużyła do makowca na święta. Powiedziałam jej, że chcę zrobić makowe mascarpone. Planowałam po prostu zmieszać serek mascarpone z makiem i to zjeść. Mama poradziła mi, żebym najpierw przepłukała mak mlekiem i namoczyła go, żeby napęczniał. Zaczęłam się zastanawiać, jak to właściwie zrobić – w czym go namoczyć, czy może to być mleko roślinne, czy musi być zwykłe. Sen krążył wokół tej ciąży, wokół prób poradzenia sobie z nią, wokół bezradności i panicznego szukania rozwiązania.
*
Tej samej nocy śniło mi się, że mieszkam w Katowicach. Wynajmowałam tam niewielkie, ale ładne mieszkanie – raczej kawalerkę niż pełnoprawne lokum rodzinne. Z czasem jednak sytuacja się zmieniła: moi rodzice wykupili to mieszkanie. Formalnie wyglądało to tak, jakbyśmy najpierw je wynajmowali, a potem dostali zgodę na zakup, z zachowaniem jakiegoś prawa pierwokupu. Bardzo mnie to cieszyło. Mieszkanie było wyraźnie lepsze od tego, które mam w Zawierciu, a do tego znajdowało się w dużym mieście, co dawało mi poczucie większych możliwości – zawodowych i życiowych. Myślałam, że może nawet zamiast kupna, mogłabym zamienić moje obecne mieszkanie na to w Katowicach. Po chwili przypomniałam sobie jednak, że kiedy wcześniej mieszkałam w Katowicach, wcale nie żyło mi się tam dobrze. Byłam daleko od rodziców, od rodziny, nie mogłam widywać się z nimi tak często, jak bym chciała. Zaczęłam więc rozważać, że może zostanę w tym mieszkaniu tylko na kilka lat – znajdę dobrą pracę, odłożę pieniądze na dom, a potem wrócę do Zawiercia, by tam się osiedlić i wybudować coś własnego. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że to mieszkanie wcale nie jest takie duże – wydawało mi się, że ma tylko dwa pomieszczenia. Pomyślałam z rozczarowaniem, że chciałam przecież czegoś więcej, zwłaszcza że moje poprzednie mieszkanie było dwupokojowe. Zaczęłam krążyć po wnętrzu i wtedy odkryłam, że jest znacznie większe, niż sądziłam. Miało układ niemal labiryntowy, pełen zakamarków. Była tam sypialnia, choć przed chwilą byłam przekonana, że jej nie ma. Był salon, jadalnia, kilka pomieszczeń ukrytych jedno za drugim. Mieszkanie było jednak bardzo stare, urządzone w stylu PRL-u. Na ścianach ciągnęły się boazerie, stały ciężkie, wysłużone meble, jak w domach naszych babć (pokolenie Milenialsów XD). Pomyślałam, że znów czeka mnie remont – kolejny – i wymiana mebli na nowe. Zastanawiałam się, czy mogłabym przenieść część wyposażenia z mieszkania w Zawierciu i spróbować je tu wpasować. Na korytarzu stała stara półka z książkami. Chciałam ją zamienić na swoją przeszkloną gablotę, ale obawiałam się, że się nie zmieści, bo sufit był tam wyraźnie obniżony. Postanowiłam nagrać układ mieszkania telefonem, żeby później, już po przebudzeniu, móc do tego wrócić. Jednak telefon zachowywał się dziwnie – zamiast wnętrz nagrywał coś zupełnie innego, jakbym chodziła po mieście i filmowała sklepy, apteki i ulice. Wiedziałam, że to sen, i byłam sfrustrowana, bo bardzo chciałam po obudzeniu obejrzeć to nagranie i dokładnie zobaczyć, co mi się śniło. Wtedy ktoś do mnie zadzwonił, a nagrywanie przerwało się całkowicie. W jednej z sypialni zobaczyłam trzy połączone ze sobą łóżka, jak w górskim schronisku. Pomyślałam, że trudno – nie uda się tego zapisać na nagraniu. Nagle znalazłam się w swoim pokoju w domu rodzinnym. Szykowałam się na randkę. W pewnym momencie usłyszałam głos, jakby ktoś stał za mną i rzucił w moją stronę pogardliwe słowa, sugerując, że znów idę się z kimś puszczać. Zrobiło mi się smutno. Zaczęłam myśleć, że może rzeczywiście powinnam zrobić w tym śnie coś innego – spotkać się z Arisską albo po prostu zjeść coś spokojnie, zamiast ciągle wikłać się w jakieś dzikie historie. Pojawiła się też krótka scena z dwójką małych dzieci – bratem i siostrą. Powiedziałam chłopcu, że nie chcę go urazić, ale kiedy dorośnie, czasy mogą być takie, że ledwie będzie go stać na wynajęcie pokoju, a nie mieszkania czy domu, tak jak mnie teraz. W jednej chwili chłopiec zamienił się w czarnego szczeniaka, a dziewczynka stojąca obok przyznała mi rację. Cały czas miałam świadomość, że to sen. Chciałam iść do łazienki, ale wiedziałam, że tak naprawdę nie chodzi o senne potrzeby, tylko o realne parcie na pęcherz – że leżę w łóżku i śpię, a pójście do łazienki we śnie nic nie zmieni. Wróciłam więc do szykowania się na randkę. Miałam na sobie cienki czarny sweter i spodnie. Chciałam zdjąć sweter, ale nie mogłam, więc po prostu go rozerwałam i założyłam bluzkę z krótkim rękawem. Pomyślałam, że ubiorę krótkie spodenki, bo jest ciepło, a jeśli nie jest – to po prostu sobie to wyobrażę i wtedy zrobi się ciepło. Spojrzałam przez okno i zobaczyłam kogoś niosącego duży karton z symbolem weterynaryjnym. W środku były psy. Nagle karton został wniesiony do domu, a psy wybiegły na zewnątrz, spanikowane, rozbiegając się we wszystkie strony. Zawołałam z okna do owczarka Collie, pytając, czy potrzebują pomocy. Potwierdził, że tak. Zeskoczyłam na dół i zapytałam, co się stało. Mały, biszkoptowy pies powiedział mi, że ktoś z domu naprzeciwko maluje psy farbą. On sam był pomalowany od połowy ciała w dół – łapki i brzuch miał czarne, bordowe, niemal czerwone. Zobaczyłam kobietę rozmawiającą z moimi rodzicami na podwórku. Pies powiedział mi, że to ona mieszka w tym domu i odpowiada za to, co spotkało psy. Podeszłam do elektrycznej bramy i siłą otworzyłam ją rękami – byłam w tym śnie niezwykle silna. Złapałam tę osobę za kark; wtedy okazało się, że to mężczyzna. Zaciągnęłam go przed psy i kazałam mu klęknąć. Groziłam mu, że jeśli ich nie przeprosi, zabiję go. Milczał, więc chwyciłam go za gardło i zaczęłam dusić. Zaczął skomleć, ale nie wydobywał z siebie słów. Pokazał mi gestami, że jest niemy, że nie potrafi mówić, ale może poruszyć ustami. Kazałam mu to zrobić. Bezdźwięcznie przeprosił psy. Puściłam go wolno i powiedziałam, że idę spalić jego dom. Zamieniłam się w smoka. Zaczęłam rozrywać budynek na kawałki, odgryzając fragmenty ścian, niektóre z nich połykając. Gdy zrobiłam w domu ogromną dziurę, zaczęłam zionąć ogniem w jego wnętrze, paląc meble i wszystko, co znajdowało się w środku. Był jeszcze moment, pamiętany jak przez ciemność – nocna scena, spotkanie z jakimiś ludźmi. Miałam ze sobą mojego psa, ale nie pamiętam dokładnie, co się wtedy działo ani jaki był sens tego spotkania. To zdarzyło się gdzieś na początku snu i pozostało niewyraźne, jak urwany fragment filmu.
*
W kolejnym śnie pojawiła się Olka. Byłyśmy w restauracji — przyszłam coś zjeść i zobaczyłam ją siedzącą z koleżanką Dominiką. Zaczęłyśmy rozmawiać, atmosfera była miła i swobodna. Miałam wrażenie, że mnie lubią, że dobrze się dogadujemy. W pewnym momencie zaczęły coś śpiewać — jakąś piosenkę, której tekstu nie dosłyszałam. Później sprawdziłam go w internecie i okazało się, że to była piosenka szydząca ze mnie:
„Hi hi hi, patrz, przyszła ta tapeciara Daria, głupia…”
Naśmiewały się z mojego makijażu, z tego, że jestem mocno pomalowana. Poczułam ogromne rozczarowanie. Zrozumiałam, że w rzeczywistości mną gardzą, że ta sympatia była tylko pozorem. Chciałam je skonfrontować — powiedzieć, że nie jestem żadną tapeciarą, tylko kiedyś po prostu lubiłam mocny makijaż. Że nie każdy wygląda dobrze przy minimalnej kresce na oku, tak jak Olka, która praktycznie się nie maluje. Wyobrażałam sobie jej życie jako pełne imprez, znajomych, bogate towarzysko. W tym śnie byłam kimś w rodzaju influencerki, prowadziłam wykład o nieocenianiu ludzi po wyglądzie. Nagrałam film na YouTube, w którym mówiłam, by patrzeć głębiej, poznać charakter, a nie oceniać powierzchownie — także mnie. Później byłam z mamą i rodziną pod jakimś sklepem. Spotkałam tam Kamilę i Marcelinę z gimnazjum. Były miłe, ale czułam podskórnie, że tak naprawdę one też mną gardzą — ponieważ nigdy nie chciały spotykać się ze mną po szkole. Powiedziałam rodzinie, że nie mogę tam stać i rozmawiać, bo jestem w pracy. Odświeżałam Excela — miałam absurdalnie mało zadań, tylko jedną przesyłkę do odprawy. Wtedy szefowa wezwała mnie i wręczyła mi wypowiedzenie z miesięcznym okresem. Wpadłam w panikę, chciałam się wykazać, zrobić cokolwiek, by mnie nie zwolniła. W tym momencie pojawiła się Agnieszka. Dzwoniła do mnie, wysyłała filmiki chorego psa. Trzymała go na rękach, pies zachowywał się jakby miał grypę. Kuba, jej mąż, próbował go cucić, rozruszać łapy. Na kolejnym nagraniu pies nagle zadusił wiewiórkę, a potem próbował dusić jakiegoś dalmatyńczyka. Równocześnie mama mówiła o moim dalmatyńczyku, że nie potrafi usiedzieć w miejscu — a ja tłumaczyłam, że przy mnie jest spokojny, tylko przy niej się tak nakręca. Agnieszka poprosiła mnie, żebym pilnie nadała paczkę do krajów arabskich. Dała mi dowód osobisty Araba, który miał ją odebrać. Tłumaczyłam, że samoloty lecą dopiero po 18:00, więc paczka ruszy dopiero następnego dnia. Była prawie 17:00, agencja celna się zamykała. Przesyłka przechodziła przez taśmę oraz kabinę prześwietlającą jak na lotnisku — przedmioty niedozwolone jechały w lewo, dozwolone w prawo. Nożyczki, dezodoranty, spreje — wszystko trafiało na lewą stronę. Agnieszka kazała je zostawić, bo nie były takie ważne. Pakowałam dokumenty, książeczki, paszporty. Jedna z koleżanek z pracy miała do mnie pretensje, że nie pokazałam jej filmików od Agnieszki. Zrobiła mi awanturę przy szefowej. Byłam pewna, że to przypieczętowało moje zwolnienie. Przeprosiłam koleżankę, powiedziałam, że po prostu byłam pewna tego, że ona te filmiki już widziała. Potem zgubiłam przesyłkę. Szukałam jej w podziemnych pomieszczeniach, rozmawiałam z ludźmi o kosztach dentysty, jakby z innymi pracownikami. Ktoś mówił, że ma do wydania 50 tys PLN u dentysty, ja mówiłam, że leczę zęby na raty, by uniknąć większych sum na raz. Woźna w jednym z pomieszczeń myła podłogi, które zamieniły się w basen z wodą przykrytą pływającymi dywanami. Skakałam po nich, żeby zabrać list i torbę. które znalazły się na środku pomieszczenia. Zabrałam je, były dość przemoczone. Razem z woźną poprawiłyśmy dywany na wodzie, zanim wyszłam. W końcu pojawili się Arabowie. Tłumaczyłam im wszystko, pokazywałam dokumenty, książeczki modlitewne — muzułmańskie i chrześcijańskie — próbując się przypodobać tym, że mam takie książeczki religijne. Próbowałam się przypodobać też tym, że mówię po arabsku, i coś po arabsku próbowałam mówić, jednak oni nie reagowali - jakby nie zwracali uwagi na moje popisy. Na koniec powiedziałam: „shukran habibis”. Byli zaskoczeni, szeptali między sobą, skąd znam ten język. Na sam koniec oglądałam przerażający film: o kaczce, która umarła, a potem „ożyła” po nieudanym przeszczepie mózgu. Zamiast głowy miała czerwony karton. Ludzie mówili, że trudno — pożyje chwilę i znowu ją uśmiercą. Film pokazywał odcinanie głowy tępym nożem. Ktoś stwierdził, że to nie był prawdziwy przeszczep, tylko wypalenie mózgu. I to było potwornie, nienaturalnie creepy!
*
Dzisiejszy sen przyszedł do mnie głęboko w nocy, jakby zza mgły. Pamiętam go fragmentami, bardziej jako wrażenie niż ciąg zdarzeń. Szłam przez las zasypany śniegiem razem z mężczyzną, któremu opowiadałam o moim drugim świecie – tym, który istnieje w mojej książce. W tle majaczył zamek, surowy i jasny, należący do Klanu Śniegu. Wszystko było ciche, jakby przytłumione bielą. W pewnym momencie zatrzymaliśmy się pod jednym z drzew. Na ziemi leżało małe, stare radyjko. Wyciągnęłam dłoń i bez większego wysiłku pozwoliłam, by pojawił się w niej ogień. Potem, niemal instynktownie, pchnęłam go w stronę przedmiotu. Radyjko natychmiast zajęło się płomieniem. Zamiast strachu poczułam zdziwienie – szczere, niemal dziecięce – że to naprawdę zadziałało, że ogień był posłuszny i realny, że potrafiłam spalić coś namacalnego. Później długo się całowaliśmy. Ta scena była jednak osobliwa, bo jednocześnie miałam wrażenie, że funkcjonuję w dwóch światach naraz. W jednym byłam blisko tego mężczyzny, czułam jego obecność i dotyk, a w drugim wybierałam produkty w sklepie internetowym, dodając do koszyka kosmetyki i ozdoby. Jakby świadomość rozdzieliła się na dwie równoległe rzeczywistości, które istniały jednocześnie i nie przeszkadzały sobie nawzajem. W dalszej części snu znów pokazywałam swoje umiejętności władania ogniem. Po jednym z takich pokazów powiedziałam, że żałuję, iż nie istnieje możliwość zapisania się do któregoś z klanów na próbę – na krótki czas, by sprawdzić, czy to miejsce jest dla nas odpowiednie, by doświadczyć żywiołów ognia, śniegu, wiatru i wody, zanim podejmie się ostateczną decyzję. Pojawiła się też Arisska. Spałam na białej kanapie ustawionej gdzieś w plenerze, a ona ułożyła się za moimi nogami, czuwając spokojnie. Gdy nastał poranek, zawołałam ją do siebie i bez wahania przyszła, kładąc się na moich kolanach. Było w tym coś ciepłego i bezpiecznego.
Drugi sen zaczął się w sklepie pełnym drobiazgów – ozdób i kosmetyków, jak w tanim markecie. Przymierzałam ubrania w ciasnej przymierzalni i wtedy zauważyłam, że wiszą tam rzeczy, które należały do mnie dzień wcześniej. Postanowiłam się przebrać. Założyłam chabrowy sweter bez rękawów, ale dostrzegłam na nim dwie białe plamy. Uznałam, że później da się je może sprać. Gdy spojrzałam w lustro, ogarnęło mnie nieprzyjemne wrażenie, że znów wyglądam tak jak kiedyś – prawie tak samo grubaśnie, jak przed utratą wagi. W przymierzalni znalazłam też swoje majtki z poprzedniego dnia. Zawstydzona, szybko schowałam je do kieszeni, nie chcąc, by ktokolwiek po mnie je zobaczył. Nagle bez żadnego przejścia znalazłam się w łazience moich rodziców, na górze domu rodzinnego. Wciąż miałam na sobie ten sam sweter. Grawitacja przestała tam działać – unosiłam się w powietrzu, lekka, niemal nieważka. Wiedziałam, że stoję w łazience, a jednocześnie wyobrażałam sobie, że lecę wysoko nad miastem. Czułam się jak smok, szybujący nad dachami. Te dwa obrazy – realna przestrzeń i lot – nakładały się na siebie tak silnie, że miałam wrażenie, iż naprawdę lecę i naprawdę widzę miasto pod sobą. Co chwilę wracałam myślami i wyobraźnią do łazienki, by zaraz znów znaleźć się w powietrzu nad miastem. Potem wyszłam do swojego pokoju i nagle się obudziłam we śnie, leżąc na mojej kanapie w pokoju w domu rodzinnym. Wiedziałam, że muszę pracować, bo pracuję zdalnie, więc wystarczy uruchomić komputer. Budzik, który miał zadzwonić o ósmej, nie obudził mnie. Była już dziesiąta. Ogarnęła mnie panika. Włączyłam komputer, a w międzyczasie zauważyłam na dywanie starannie złożone ubrania. Słyszałam, jak mama odkurza w pokoju obok i wiedziałam, że zaraz wejdzie również do mojego. W pośpiechu przeniosłam ubrania na kanapę, na której spałam. Zalogowałam się na Teamsa. Ku mojemu zdziwieniu nikt mnie nie wołał, nikt nie dopytywał, nikt nie zauważył mojej nieobecności. Na czacie toczyła się ożywiona dyskusja na różne tematy. Karina zapytała, czy wierzymy w symbole pojawiające się w snach. Bez żadnego wstępu odpisałam, że tak – że każdy symbol coś znaczy. Najpierw wysłałam omyłkowo same emotikony, zaraz potem przeprosiłam i napisałam poprawną odpowiedź. Na drugim monitorze miałam włączoną kamerkę i rozmawiałam po angielsku z mężczyzną, który rysował psy. Narysował zwykłe owczarki, co mnie zdziwiło, bo spodziewałam się wilków, majestatycznych stworzeń z mojego drugiego świata. Przyjrzałam się jednemu z rysunków i zapytałam, czy to przypadkiem nie wyżeł. Cały czas pilnowałam, by nie pomieszać języków – na Teamsie pisałam po polsku, a z nim rozmawiałam po angielsku. Do pokoju przyszła moja siostra i również zaczęła rozmawiać z tym mężczyzną, mieszając polski z angielskim, co mnie dziwiło, bo wiedziałam, że świetnie zna język angielski i mogłaby używać tylko jego. W pewnym momencie przechyliła kubek z kawą. Ostrzegłam ją, że może zalać mi stanowisko pracy, a potem szybko chwyciłam kubek i odstawiłam go z dala od klawiatury. Poczułam ulgę – mimo spóźnienia do pracy i prawie zalanej kawą klawiatury uratowałam sytuację, a dzień nie wymknął się spod kontroli. Cały czas szybko pisałam na klawiaturze, jakby w transie. Mężczyzna na kamerce obserwował mnie uważnie i przez chwilę przyszło mi do głowy, że może go to w jakiś sposób fascynuje (obserwowane mnie w czasie pracy). Nagle jednak rozłączył się, mówiąc, że idzie, a ja powinnam zjeść śniadanie, bo to pora, kiedy Polacy zwykle jedzą pierwszy posiłek. Nie byłam głodna, ale pomyślałam, że miło będzie jednak coś zjeść.