06-09-2020, 12:46
Jesteśmy na hali sportowej. Są tam prowadzone jakieś eksperymenty z laserami i hologramami. Na suficie i ścianach pulsują, przemieszczają się cienie, zmieniają kształty, pojawiają i zanikają chmury. Nagle coś się zmienia, faluje, wyłaniają się bardziej fizyczne struktury. Wiemy, że to czterowymiarowe istoty chcą wejść do naszej rzeczywistości. Leci rój pszczół. Przez chwilę widzę jak w tłumie idzie królowa pszczół. Uciekają. Następuje walka. Szerszenie ich wygoniły. Wszyscy cicho siedzą w gęsto ustawionych krzesłach. Starszy siwiejący pan w okularach wygłasza swoją mowę. "Przejmujemy władzę tutaj!" Resztki pszczół wyleciały. Cały byłem w miodzie. Jakąś szmatką czy kartką starłem grubszą część miodu z ubrania. Spodnie i tak zostały mokre od tego miodu. Mam łuk. Strzelam w przedstawiciela szerszeni. Strzała niby trafia, ale nic mu nie robi. Nie wiem czy przeleciała czy zniknęła. Strzelam dodatkowych kilka razy i nic, dalej stoi. Tamten też ma łuk, strzela w moją stronę. Odbijam strzały łukiem. Trzeba uciekać. Znowu strzela. Ja czekam przed szklanymi drzwiami, aż się otworzą. Strzały, co dziwne, czekają za mną w powietrzu. Wreszcie wybiegam przez te drzwi, a strzały za mną. To są strzały samonaprowadzające! Przebiegam przez różne korytarze. Wchodzę do sali, która miała z jednej strony same okna. Przy drzwiach leży w łóżku chłopiec, może siedmioletni. Jest chory, ma gorączkę. Nad nim stoją jego matka, babcia i kilka innych osób. Przez drzwi wbiega jakaś kobieta, a za nią potwory wysłane przez szerszeniowców. Przytrzymuję przez chwilę drzwi, ale na nic. Tamta wyskakuje przez okno. No to ja też. Ci co zostali będą pewnie pozagryzani i zjedzeni. Wyskakuję. To jest jakby Nowy Jork tylko taki jeszcze nowszy. Wszędzie wysokie wieżowce, biel i połysk metalu. Już wskakuję na płaski budynek i chcę się wspinać na wyższy, a tu helikopter leci, więc bez sensu. Biegnę naokoło. Przechodzę znowu przez te szklane (chyba obrotowe) drzwi. Tym razem wchodzę do podziemi. Tam są szatnie i łazienki. Mijam grupę walczącą. Przechodzę do łazienki. W środku są dwie osoby. Na zewnątrz ustawili swoje bronie, młot i miecz. Zostawiam tam mój łuk. Przewróciły się ich rzeczy i narobiły hałasu. Wybiegam na zewnątrz. Jest już ciemna noc. Słyszę głos z megafonu "Przywołajcie Mentalistę!". Niedaleko widzę kogoś kto tam stoi, to nie Mentalista, to ktoś podobny do ochroniarza, uczeń Mentalisty. Chyba jest przyjacielem. Nie doniesie na mnie. Mentalista wychodzi z dworca kolejowego i zbliża się w naszą stronę. Tak się kończy sen.






