i-Sen.pl - Polskie Forum Świadomego Śnienia
Światy Avallac'ha - Wersja do druku

+- i-Sen.pl - Polskie Forum Świadomego Śnienia (https://i-sen.pl)
+-- Dział: Dziennik Snów (https://i-sen.pl/Forum-Dziennik-Snow--44)
+--- Dział: Dziennik Snów (https://i-sen.pl/Forum-Dziennik-Snow--14)
+--- Wątek: Światy Avallac'ha (/Temat-Swiaty-Avallac-ha--3053)

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13


RE: Światy Avallac'ha - incestus - 30-12-2020

Nie ma co wyciągać od razu wniosków z jednorazowego zdarzenia :). Może ci się śniło, że dalej się derealizujesz i myślisz o snach :P. Podejrzewam, że całodobowa derealizacja może mylić podświadomość co do tego, czy kiedykolwiek następuje jawa :)


RE: Światy Avallac'ha - Avallac'h - 30-12-2020

@incestus Ok, pewnie masz rację, dzisiaj już znacznie łagodniej podchodzę do tematu ;)

W sumie z tego co pisałeś w dzisiaj w innym wątku, wychodzi na to, że nigdy nie miałem w pełni świadomego snu, tylko "nie całkiem głębokie" lub "nie całkiem świadome"... Bo praktycznie zawsze były albo nieostre (ostre stawały się jedynie pojedyncze obiekty na których skupiałem uwagę i wzrok) albo czułem się przytępiony, a podejmowane przeze mnie działania i decyzje, choć niby świadome, były dziwne i mało logiczne...
Muszę chyba robić więcej ADA, a z czasem spróbować legendarnego WILD-a  yea


RE: Światy Avallac'ha - incestus - 31-12-2020

WILD jest dość przereklamowany, bezpośrednie wejście do snu zazwyczaj wymusza mocne spłycenie :). Idealna sytuacja to spontaniczne uświadomienie w trakcie snu po nieudanym WILDzie ;)


RE: Światy Avallac'ha - Avallac'h - 31-12-2020

Ok, dobrze wiedzieć :)  Ale WILD-a chcę popróbować dla samej.. rozrywki w sumie + bardzo mnie ciągnie do oglądania hipnagogów, które pozytywnie kojarzą mi się z wczesnym dzieciństwem, kiedy byłem lepszym onejronautą niż teraz i przy zasypianiu działy się cuda na kiju  :))

--- Gigantyczna mieszanka snów ---

Dzisiaj dla odmiany zapamiętałem więcej snów z jednej nocy niż kiedykolwiek wcześniej... Łącznie wyszło 13 STRON w zeszycie (!!!). Wczorajsze afirmacje to: "Gdy się obudzę, będę pamiętał piękne sny" oraz, tuż przed snem, kilka razy "Obudzę się koło 6:00, w fazie REM" z naciskiem na REM. Zasnąłem koło północy.
Zadziałało trochę "zbyt" dobrze i... budziło mnie naturalnie, nawet wypoczętego, równo co 1,5 godziny, co do minuty o pełnych godzinach, zaczynając od 3:00. Zauważalnie każdy kolejny sen był dłuższy i bardziej szczegółowy od poprzedniego, czułem też wpływ wydłużania się faz REM. Miazga.


3:00
I. Pamiętam jakieś niejasne sny o tematyce śnienia i LD. Następnie dłuższy fragment, gdzie odwiedza nas na Wigilię cała, liczna rodzina z drugiego końca Polski. Przyjeżdżają kilkoma samochodami z piętrzącymi się pod niebo prezentami i połową dobytku, a potem próbują się zakwaterować w naszym 3-pokojowym mieszkaniu... Powodzenia xD Chaos, chaos, chaos, ale nie byłem jakiś przemęczony.

4:30
II. Nieciekawy sen o egzaminie z fiszek (nie opiszę tutaj).

III. Sen powstaje z luźnych myśli na temat snów i LD, które mam w bardzo płytkiej fazie poprzedzającej. Zaczyna się, gdy razem z kolegą i jego matką siedzimy w jakiejś dużej łazience na podłodze i patrzymy na kabinę prysznicową, w której kąpią się 2 dziewczyny w bikini i jakiś chłopak. Mama kolegi mówi, że ładne mamy te dziewczyny na studiach. Ja parskam śmiechem, bo przecież te są brzydkie, i zaczynam się popisywać (bo to niby mój LD!), zmieniając liczbę i konfigurację ludzi w kabinie, teleportując nas na jakieś pola i łąki, a potem "wykoziołkowując" chłopaka jak gumową piłeczkę, aby zostały tylko dziewczyny.
Sen się zmienia, choć płynnie. Razem z moją dziewczyną jedziemy w górę windą o grubych, solidnych ścianach, chyba ceglaną, bardzo wysoko. Oboje wiemy że to mój sen, ponoć niczym w Incepcji zabrałem dziewczynę do wnętrza mojego snu, aby pokazać jej mój węwnętrzny świat. Jest zachwycona, a ja czuję wielką wolność i radość.
Po drodze mijamy 1 lub 2 postaci we wnękach. Wiem że tam są, gdy je mijamy, ale zamykam oczy, bo nie chcę ich zobaczyć (niby to zmory z paraliżu sennego). Wysiadamy na dachu ogromnego budynku, płaskim, z tarasami, przybudówkami i balustradami. Jest ładny, słoneczny dzień (ważny znak że sen nie jest płytki!).

Następuje mały przeskok, to nadal ten sam sen i moje "LD". Wracam do łazienki z kabiną, pod którą znowu są kąpiący się studenci. Mam coś do zrobienia, ale studenci przypadkowo rozchlapują jakiś ciemny płyn (kabina jest otwarta) i próbują nieudolnie posprzątać... Biorą gąbki do naczyń i starają się zetrzeć plamy na mokro. Widzę że się męczą i wiem że muszę zareagować. Podchodzę i widzę, że ten dziwny płyn to wosk, tworzący grube, zastygłe warstwy na brzegach brodzika. Wyśmiewam głupotę studentów (wiem że mniej ważne postaci w snach są niby tępe i nieporadne) i pokazuję im, jak na sucho, nożem i gąbką, pozbyć się wosku.
4:50. Wracam do spania z afirmacją na pobudkę ok. 6:30 i fazę REM.

6:30
IV. Dość długi sen z grą-filmem, który ma niby 4 części i właśnie zaczyna się 4, najmroczniejsza. Przez chwilę oglądamy z rodziną na telewizorze, następnie płynnie wcielam się w główną postać. Jestem na podwórzu jakiejś willi w środku nocy. Chodzę po ogrodzie otoczonym murami, gdzie zabijam czarne wilki, wyłaniające się z mroku (są to niby mieszkańcy willi, tak samo jak ludzie). Zabijam z ukrycia również 2 ludzi. Jest jakaś zagmatwana fabuła, której teraz nie pamiętam, ale na pewno jestem tym "złym", a ciemność jest mi na rękę. Jednocześnie boję się wilków, każdej walki i związanego z nią bólu - sen jest bardzo szczegółowy i fizyczne odczucia w nim są bardzo wyraźne. Wchodzę do wnętrza willi, gdzie zabijam 2 kolejne wilki na klatce schodowej. Nagle zjawiają się wszyscy ludzcy domownicy, są wściekli i zrozpaczeni. Jakaś dziewczyna rzuca się na mnie i wbija mi nóż w nogę nad kolanem (boli!!!). Potem walczę jeszcze i biegam po klatce schodowej, przyjmując kolejny cios nożem, tym razem w rękę.

V. Jestem na swoim osiedlu, w miejscu które znam, choć teraz wygląda zupełnie inaczej - jest to skrzyżowanie dwóch prostych dróg, pośrodku lasu, z blokami majaczącymi w oddali. Jest wieczór. Między gałęziami drzew widzę zamglone, czerwone słońce. Wygląda pięknie, chcę pobiec do domu po aparat i zrobić zdjęcia, nawet wyobrażam sobie odpowiednie kadrowanie. Nie biegnę jednak, tylko patrzę. W pewnym momencie pojawia się grupka ludzi w moim wieku z aparatem (niby ich znam z widzenia). Zaczynają rozmawiać o snach, fotografii, astronomii, okazuje się że jeden jest na diecie bezglutenowej (tak samo jak ja!). Zaczynam żałować, że nie znam ich i nigdy do nich nie zagadałem, ale teraz też mi głupio i tego nie robię...
Tymczasem szybko zapada głęboka noc i na niebie pojawiają się gwiazdy oraz galaktyka Andromedy, a potem wśród gwiazd widzę coraz więcej śladów meteorów. Robi się ich strasznie dużo, praktycznie bez przerwy pojawiają się migoczące rozety, niemal jak blade fajerwerki. Wiem że jestem świadkiem jakiegoś legendarnego deszczu meteorów, zdarzającego się bardzo rzadko.

VI. Cyberpunk 2077, jestem bohaterką (tak, płci żeńskiej, z 1 osoby). Jakiś facet w średnim wieku prowadzi mnie do "druciarza" czy "kablarza". Ciekawe wejście do pomieszczenia - ciemno, nieco migoczące, niebieskie światło i powieszone między wejściem a biurkiem z komputerem srebrne, druciane wieszaki (wyglądające bardziej jak wielkie agrafki). Wieszaki wiszą na rurze, obok siebie, odbijając białe i niebieskie światło w niezwykły sposób, robiąc futurystyczne wrażenie.
Ktoś akurat wychodzi. Podchodzimy do biurka, najpierw mój towarzysz, a za nim ja. Facet przy komputerze wygląda jak potężnie zbudowany, brodaty i podstarzały harleyowiec z opaską na włosach. Najpierw panowie ściskają sobie mocno ręce, a potem "kablarz" delikatnie ujmuje moją drobną dłoń i mówi "Boże, jaka malutka" czy coś w tym stylu. Jest zaskakująco delikatny. Całuje wierzch mojej dłoni. "Ho-ho, gdybym był na twoim miejscu i znajdował takie dziewczyny..." - mówi do towarzysza.
Mały przeskok. Druciarz/kablarz idzie spać, my musimy ukraść to, po co przyszliśmy. Zakradamy się do jakiegoś pokoju o jasnych ścianach i mój towarzysz średnio udolnie układa konstrukcję z poduszek pod szafą, na której jest nasz cel. Bierze dwie długie, teleskopowo rozkładane tyczki i próbuje się na nich podciągnąć na górę. Robi przy tym dużo hałasu i po chwili zjawia się wkurzony gospodarz. Koledze udało się jednak zrzucić z góry trzy słoiczki - dwa z lekami nasennymi (niebiesko-czerwone kapsułki) i jedną z igłami/pinezkami, które są niby jakąś formą mocnego leku. Właściciel zrzuca kolegę z tyczek, trochę się przepychają. Widzę to wszystko z góry, niby sam jestem na tyczkach i to ja zrzuciłem słoiczki, podczas gdy oni cały czas byli na dole (!).
Właściciel nagle leży na ziemi, a kolega bezradnie próbuje mu pomóc. Tamten umiera. Gdy rozbił się słoik, wbiły się w niego 2 te jakby igły, a to zbyt wiele i oznacza śmiertelne przedawkowanie.
Teraz trochę sprzątamy, nie spiesząc się z wyjściem. Układam rozbite słoiczki oraz ich zawartość z boku jakiejś ławy, która ciągnie się wzdłuż pomieszczenia.
Potem było jeszcze trochę akcji w tym samym śnie, ale zaczął się rozpadać i morfować, więc mniej ciekawe fragmenty pominę, i tak się rozpisałem :D
W sumie nie wiem, czy te sny z wątkiem bycia w LD traktować jako sny o LD, czy bardziej kontrolne? Bo tutaj nie próbowałem nawet robić testów rzeczywistości ani nic z tych rzeczy, świadomy sen był po prostu elementem fabuły i świata.



RE: Światy Avallac'ha - Avallac'h - 02-01-2021

02.01.2021

Zaśnięcie: trochę po północy
Pobudka: 05:38 - łagodne wybudzenie ze snu
Następnie spanie do 9 z nieudaną próbą WILD-a (nie dotarłem nawet do hipnagogów)


--- Mistrz detaliczności ---


Jestem na Targach Poznańskich, trwa jakieś wydarzenie, chyba Pyrkon. Idę przez ciemną i pustą klatkę schodową, w dół, razem z jakimś mężczyzną, młodym wykładowcą. Ponoć stosuje on "detaliczność" (czyli po prostu technikę ADA!) i inne techniki umysłowe w mistrzowskim stopniu, aby zarówno w życiu, jak i we śnie odbierać wszystkie doznania bardzo intensywnie. Jest też zainteresowany zjawiskami paranormalnymi. Wierzy w nie i je bada, dodatkowo męczy swoich studentów (krótka oderwana scenka, gdzie facet leży w łóżku obok śpiącego studenta i przewraca go z boku na bok).
Idziemy tą klatką schodową, lekko znudzeni, czekamy na coś. Razem z nami jest jego młoda, atrakcyjna żona (przez chwilę jestem nim i schodząc, klepię ją w odsłonięte pośladki (!), wtedy też pojawia się motyw praktykowania "detaliczności"). Następnie wcielam się... w nią samą. We 3 zaczynamy o czymś rozmawiać, jako kobieta mam słodki, niewinny i cienki głosik (generalnie cała postać przypomina w dużym stopniu Misty z Cyberpunka). Musimy sobie jakoś zająć czas, więc idąc i trzymając się za ręce, recytujemy jakąś wyliczankę (w ramach zabawy).

--- Skrzynia Wspomnień i Straszny las ---

Razem z kolegami w mojej starej szkole odstawiamy jakąś zabawną akcję. Gdy wracam do domu, chowam wspomnienie o niej jako zwinięty koc lub kołdrę do skrzyni łóżka (!) w starym mieszkaniu. Łóżko stoi w miejscu, w którym stało ostatnio, gdy miałem jakieś 7, może 8 lat, ale wygląda tak samo jak obecne. Ponoć miejsce na wspomnienia się zapełnia. Ciekawy jest też fakt, że te zwinięte "kołdro-wspomnienia" działają trochę tak jak sny zapisane w dzienniku - pamięta się je, ale tylko w jakimś stopniu, nigdy dokładnie w 100% i dokładność wspomnienia zależy od dokładności jego zapisania, póki jest świeże...

Sen się zmienia.
Jestem na mojej działce pod Poznaniem, ale wszystko wygląda inaczej. Z okna balkonowego na 2 piętrze, jakby w bloku, spoglądam na drzewa. Domek jest w głębi gęstego, mrocznego lasu, teraz panuje głęboka noc. Boję się tego miejsca, czuję tu lęk i ucisk w żołądku. Pamiętam wyraźnie, że podczas kilku ostatnich spacerów widziałem między drzewami kilka trupów (dziwnie powieszone na drzewach zwłoki zamordowanych ludzi). Nie przyglądałem się im z bliska, bo budziły we mnie strach, widziałem tylko, czasami kątem oka, powykrzywiane i skrępowane sylwetki w mniejszym lub większym stopniu rozkładu. Wiem, że ten las ma niby złą sławę i uchodzi za nawiedzony, jak Las Samobójców w Japonii, tyle że tutaj grasuje jakiś morderca. Rodzice i dziewczyna, z którymi tu jestem, nie wiedzą o tym, ale mówię im że bardzo nie chcę tu więcej wracać, bo to miejsce ma złą energię.

Opuszczamy działkę, idąc przez całą długość lasu. Wiem że jest zima, wszystko jest oszronione. Wychodzimy w pewnym momencie na otwartą, trawiastą przestrzeń, jakby wrzosowisko. Biegnie tam drewniana kładka, którą idziemy. Mijamy też stojący samotnie domek, który jest całkowicie zbudowany ze szkła (!). Widzę zarysy pomieszczeń, ale nie ma wewnątrz żadnych ludzi, mebli ani innych przedmiotów. Dziwię się, że nawet łazienka jest całkowicie oszklona i wszystko można zobaczyć z zewnątrz...

--- Szaleństwo oświadczyn ---

Sen, w którym nie jestem jeszcze chłopakiem mojej dziewczyny (Misi), ale bardzo ją kocham. U mnie w salonie siedzą ludzie, podobierani w pary, które niby w ramach jakiejś wielodniowej akcji (zabawy?) i przygotowań dobrały się tak, a nie inaczej i wszystkie są już po oświadczynach (!).
Na środku pokoju siedzi moja mama (sama), z jednej strony stołu mój ojciec z jakąś kobietą, z drugiej - Misia z chłopakiem, którego niby dobrze znam. Ja sam siedzę w fotelu, razem z... kolegą z gimnazjum, którego bardzo nie lubiłem  :)) facepalm (patrząc na moje ostatnie sny można odnieść wrażenie że coś nie tak z moją orientacją lub postrzeganiem płci, co jest dziwne, bo stanowczo jestem typowo męskim osobnikiem hetero).

Kolega, zapytany przez kogoś, dlaczego wybrał mnie, odpowiada coś w stylu: "Noo, bo jest miły, ma ciekawe zainteresowania i nie miał w ogóle żadnych wymagań. I przyda się, bo jeśli pod domem będziemy mieli las, to wiele zarobimy" (nawiązanie do tego, że interesuję się leśnictwem - choć nie zawodowo).
W pewnym momencie podchodzę do mojej mamy i teraz jestem jakby z nią (!!!), niby wcześniej tak jej obiecałem. Nie chcę nikogo zawieść, ale gdy idę do łazienki, ogarnia mnie wielki żal. Tak długo byłem z Misią, walczyłem o nią, kochałem się w niej, już prawie została moją dziewczyną, a teraz wszystko na nic? Nawet nie udało mi się ani razu z nią pocałować... 
Wracam do pokoju i bardzo rzucającymi się w oczy skinieniami głowy odciągam Misię na chwilę do sąsiedniego pokoju. Przytulam ją ostrożnie, mówiąc do niej "Kochanie" i tłumaczę, że to wszystko gra na pokaz, że tak naprawdę kocham tylko ją i żeby się jeszcze namyśliła, czy na pewno chce tamtego faceta...

Tutaj sen się kończy ;d Zapisałem jeszcze 2 inne, ale niejasne i mało ciekawe.


RE: Światy Avallac'ha - Avallac'h - 03-01-2021

03.01.2021

Afirmacja przed snem: "We śnie zrobię TR i się uświadomię". HA HA. Zadziałało świetnie, szczególnie biorąc pod uwagę fałszywą pobudkę przy nieudanej próbie WBTB + WILD, w której miałem przy sobie tablet (?) i przez jego kamerkę widziałem nieistniejące osoby w moim pokoju, czułem że coś jest mocno nie w porządku, ale nie zrobiłem TR-a i się nie uświadomiłem...  facepalm
Wleciały 4 sny, z czego opiszę najciekawszy.

--- Klejnoty w niebezpieczeństwie ---

Jest końcówka zimy. Wśród wciąż przykrytych śniegiem, zalesionych gór, wznosi się kamienna twierdza o wysokich, pionowych murach. Wewnątrz twierdzy, w komnacie przeznaczonej dla jeńców, przetrzymywany jest umięśniony mężczyzna ("główny bohater" snu). Jest poraniony, rozebrany od pasa w górę, bosymi stopami stoi na zimnej, kamiennej posadzce. Ręce w nadgarstkach ma zakute w żelazne dyby, po obu stronach ciała, na wysokości ramion.
W pewnym momencie do komnaty wchodzi w obstawie strażników kobieta - dumna, ubrana w bogato zdobiną suknię władczyni zamku. Mężczyzna jest jej osobistym więźniem, przetrzymywanym w celach erotycznych, choć władczyni żałuje, że nie może oswobodzić mu choćby jednej ręki. Gdyby zrobiła to choć na chwilę, mężczyzna z całą pewnością wykorzystałby swoją zręczność i siłę aby np. chwycić ją za gardło i zaszantażować straż do uwolnienia go (wszystko to są moje przemyślenia, artykułowane podczas snu w formie zwykłych myśli, które jednak płynnie zmieniają się w akcję snu, dlatego natychmiast dzieje się właśnie to czego kobieta się obawiała). Mężczyzna po uwolnieniu ręki chwyta władczynię, przez chwilę siłują się ze sobą, ale jedna ręka, nawet kogoś tak sprawnego, nie wystarczy w nierównej walce. Kobieta z pomocą strażników oswobadza się i jest bardzo zła. Bohater przez chwilę jeszcze walczy, ale szybko zostaje obezwładniony przez straż, a jego ręka ponownie zostaje zakuta.
Władczyni podnosi się z ziemi i mówi, że bardzo nie chciała tego robić, ale musi. Rozkazuje, aby jeden z dwóch przetrzymywanych w twierdzy przyjaciół mężczyzny odstrzelił mu z kuszy lewe jądro (yyyy)

Jeden z przyjaciół bohatera, wybrany do wykonania jakże ważnego zadania, wychodzi na duży kamienny balkon, wykuty w pionowej ścianie twierdzy. Rześkie górskie powietrze rozwiewa mu włosy, a ja czuję wręcz zawroty głowy, patrząc okiem filmowej kamery spoza niskiej balustrady, która dzieli mężczyznę od niknącej we mgle przepaści. Obok mężczyzny staje jego nauczyciel - bardzo łagodny, miły facet w średnim wieku (jeśli graliście w Wiedźmina 3 i kojarzycie model postaci o okrągłej, "pączusiowej" twarzy i w chuście na głowie - tak, wyglądał identycznie). Ma miękki głos jakiegoś polskiego aktora lub lektora i tłumaczy przyjacielowi bohatera, jak przygotować kuszę.

Widzę dwie kusze. Są małe, mają jakieś 20x20 cm. Mocowane są w kamiennych szynach, podłużnych zagłębieniach wykutych w kamiennym podwyższeniu, będącym częścią balkonu. Kusze trzeba najpierw wyjąć z kamiennych szyn, następnie założyć bełt, opierając broń o własne udo i napinając cięciwę. Przyjaciel bohatera co chwila wyrywa się z czynnościami, robiąc coś samemu i uprzedzając mistrza, który wydaje się przez to zestresowany i boi się, że coś pójdzie nie tak. Musi co chwila hamować swojego "ucznia".
Po załadowaniu, na bełt nakłada się czarną, materiałową osłonkę (kapturek) i blokuje mechanizm dziwnym, czarnym przedmiotem. Następnie umieszcza się kuszę w rynience i zakleszcza w niej.
Po zaprezentowaniu wszystkich czynności na własnej kuszy, nauczyciel odchodzi na chwilę, aby coś załatwić, a przyjaciel w międzyczasie ma przygotować własną kuszę do strzału.

Akcja przeskakuje z powrotem do głównego bohatera. Jak zwykle nagi od pasa w górę, w brudnych, brązowych spodniach, siedzi związany w małej komnacie z dwojgiem drzwi. Jedne z nich otwierają się i do środka wchodzi kilku strażników, którzy podnoszą go na nogi. Władczyni zamku nigdzie nie widać, najwyraźniej nie przyszła razem ze strażnikami.
Bohater zostaje wyprowadzony przez drugie drzwi w rogu komnaty na zewnątrz - na malutką skalną półkę lub balkonik, bez żadnych poręczy ani balustrady. Przed bohaterem roztacza się widok na piękne góry, porośnięte zaśnieżonym lasem. Świeci słońce i mimo że para wydobywa się z ust, jest ciepło. Po lewej stronie pole widzenia wypełnia pionowa, szara ściana twierdzy, połyskująca w promieniach słońca. Widać w niej wykute okna i balkoniki, między innymi ten, na którym stoi przyjaciel bohatera z przygotowaną do strzału kuszą...

Wcielam się w bohatera. Czuję rześkie powietrze i ciepło słońca, słyszę śpiew ptaków i nie czuję strachu. Wiem, że jakimś cudem zdołam uniknąć wyroku i uciec. Mimo że jeszcze przed chwilą przede mną ziała przepaść i pustka, teraz widzę, że balkonik na którym stoję, znajduje się jakby na szczycie góry. Przede mną zaczyna się lodowo-śnieżna rampa, wyślizgana i schodząca stromo w dół, w stronę najbliższej doliny. Zamierzam wskoczyć na nią i zjechać na siedząco, aby uciec z zasięgu strzału kuszy i oddalić się od przeklętej twierdzy...

Tutaj sen się rozmywa :)


RE: Światy Avallac'ha - Avallac'h - 04-01-2021

04.01.2021


Zmęczenie i żadnych afirmacji przed snem, tylko próba dotarcia do hipnagogów - puściłem sobie na słuchawkach godzinne nagranie fal theta na YT i nastawiłem budzik na 45 minut, żeby mnie obudził zanim odpali się kolejny filmik i dostanę zawału. Po drodze zaliczyłem "hypnic jerk" - znany chyba wszystkim nagły zryw miokloniczny, przy którym ma się wrażenie gwałtownego upadku. Żartowniś z tego mózgu...
Skończyło się tak naprawdę na niczym, budzik mnie obudził, bo zasnąłem gdzieś w trakcie odsłuchu.


--- No to fajny sen ---

Idę z kolegą do mieszkania, klatką schodową. Taszczymy ze sobą ciężkie zakupy z warzywniaka i pomaga nam w tym jakiś napakowany wiking. Klatka schodowa jest ogromna i stara, przypomina wnętrze zamku. Gdy wchodzimy drzwiami na zatłoczony korytarz, nagle spotykam znajomą (niby?) - ładną blondynkę o włosach średniej długości i dość wyrazistych rysach twarzy. Nie mam ochoty z nią rozmawiać i mówię, że muszę iść dalej, lecz ona mnie zatrzymuje. Mówi, że chce ode mnie tylko małą chwilę.

Bierze mnie za rękę i zaciąga w głąb korytarza, który w pewnym momencie kończy się... na toaletach. Pomieszczenie jest pogrążone w półmroku i ma kamienne ściany. Nie do końca wierzę w to, co się dzieje. Dziewczyna przytula się do mnie i mnie całuje. Pocałunek jest bardzo, bardzo przyjemny, nie chcę go przerywać, mimo że wiem z tyłu głowy o mojej prawdziwej dziewczynie... Dziewczyna zdejmuje sweter, mówiąc przy tym "Wybacz, ale jestem w tym dość doświadczona...". Zdejmuje mi spodnie, chwyta za pośladki i zjeżdża dłonią w dół. Mega przyjemne oczywiście. Problem w tym, że nagle zmienia wyraz twarzy i mówi: "Czy ty tam w ogóle coś masz? Nic nie czuję!".
Tak.
Mózg to zdecydowanie żartowniś.



RE: Światy Avallac'ha - Avallac'h - 05-01-2021

05.01.2021

Zasypianie to praktycznie powtórka z wczoraj. Wleciał za to bardzo ciekawy sen akcji :)
Godzina zaśnięcia: ok. 00:40
Godzina pobudki (alfa): 7:10


--- Walka z potworem w hangarze ---


Jestem na wielkiej, piaszczystej pustyni. Słońce ostro świeci i grzeje, ale nie jest przesadnie ciepło, raczej panuje przyjemna, wiosenna temperatura. Kładę się na plecach i patrzę w górę, na sunące po niebie białe obłoki. Nagle na jednym z nich zauważam... Budynek! Jest bardzo odległy i mały, ale widzę go wyraźnie, wyróżnia się na tle wielkiej chmury, która leci w moją stronę. Budynek wygląda jak bunkier z piaskowca lub wejście do jakiegoś grobowca.

Nagle orientuję się, że potężny wał, zbliżający się do mnie z każdą chwilą, to wcale nie chmura, tylko płaska platforma, na której przemieszcza się masyw górski (!). Sunie na mnie po piasku, więc muszę uciekać i zostawić swoje rzeczy.
Pustynia okazuje się być jakby "piętrowa", zbiegam kolejno z kilku płaskich poziomów, z których każdy jest ok. 20 centymetrów niżej. Po drodze mijam mnóstwo spanikowanych ludzi, którzy biegają we wszystkie strony lub... jeżdżą na słoniach.

Wreszcie przypadam płasko do ziemi, a gigantyczna platforma przelatuje nade mną, zasłaniając Słońce i skrywając wszystko w cieniu. Wreszcie zatrzymuje się, czemu towarzyszy głuchy, metaliczny dźwięk. Gdy podnoszę się na nogi, okazuje się, że jestem razem z dużą grupą innych ludzi w czymś w rodzaju kwadratowego hangaru, olbrzymiego, choć o niskim suficie (ok. 3 metry nad głową).

Sen trochę się zmienia - wiem, że to jakaś gra komputerowa i ta sytuacja powtarza się ponoć już któryś raz. Zostaliśmy zamknięci jako drużyna w szczelnie zamkniętym hangarze i wkrótce zacznie nam brakować tlenu. Powietrze zacznie napływać do środka po opuszczeniu jednej z trzech dźwigni, które są umieszczone na ścianach i stanowią jakąś łamigłówkę. Jak dotąd zawsze po opuszczeniu dźwigni otwierał się jeden z włazów w rogach pomieszczenia i wychodził z nich potwór - kryjący się w ciemności gad.

Ludzie rozchodzą się do czterech narożników, ale tym razem mój kolega nie wytrzymuje. Wpada w obłęd i rzuca się na pierwszą lepszą dźwignię... nikt nie ma czasu na reakcję.

Tuż obok nas otwiera się właz, złoty, świecący otwór w kształcie kwadratu. Natychmiast uciekamy, słyszę, jak ci najbardziej z tyłu krzyczą "potwór! potwór!". Dopadam w pędzie do grupki w innym narożniku i kryję się wśród nich. Ludzie w całym hangarze pokrzykują do siebie i rozmawiają, ale spokojnie, zupełnie jakby nie bali się, że bestia ich usłyszy. Jest bardzo ciemno i prawie nic nie widzę, jedyne światło sączy się z niewielkiego okna w narożniku. Okno jest jednak mocno zakurzone i zamknięte.

Nagle z ciemności wystrzeliwują dwie czarne macki, które łapią jednego z ludzi za kark i rozrywają na strzępy. Trwa to ułamek sekundy. Już mamy rozbiec się na wszystkie strony, gdy rozlega się cichy odgłos owadzich skrzydełek, który cichnie w oddali. Oznacza to, że potwór poleciał gdzie indziej.

W pewnym momencie zauważam, że przeciwległa ściana hangaru jest oświetlona słabym, błękitnym światłem, które wygląda jakby przeciskało się przez żaluzje. Na jego tle nagle materializuje się potwór, na wprost grupki ludzi stojących pod ścianą. Po raz pierwszy mogę mu się przyjrzeć. Potwór jest czarny i ma wzrost człowieka lub nieco mniejszy. Wygląda jak smukły korpus smoka bez kończyn, lewitujący nad ziemią i atakujący ludzi za pomocą dwóch długich macek, wyrastających mu z pleców. Po każdym ataku zmienia się w małego, muchopodobnego stworka i odlatuje bardzo szybko w inne miejsce.

Nagle materializuje się przed grupką ludzi, którzy najwidoczniej nie mają zamiaru uciekać, tylko stoją. Zaczyna ich zabijać i odlatywać, ale tym razem wciąż wraca do tej samej grupki, zabijając kolejną osobę. Po czwartym pod rząd ataku, gdy potwór na chwilę znika, jakiś mężczyzna z mojej grupy (wiem że to kapitan statku!) opuszcza nas i kieruje się szybko w stronę innego narożnika. Stwierdzam że to dobry pomysł, teraz, póki potwór jest zajęty.
W narożniku spotykamy inną grupkę ludzi. Kapitan i ja wciskamy się między nich, kryjemy za ich plecami. Jest wśród nich przynajmniej dwoje kilkuletnich chłopców (!).

Kapitan nie chce jednak tylko się kryć. Ma opracowany plan. Zaczaja się tuż obok miejsca, gdzie poprzednio materializował się potwór. Bestia nagle znów się pojawia, ale tym razem Kapitan atakuje ją od tyłu i ogłusza uderzeniami pięści. Yea, brawo Kapitan.
Tutaj sen się rozmywa :)


RE: Światy Avallac'ha - Avallac'h - 06-01-2021

06.01.2021

Pobudka nad ranem, ale z lenistwa zamiast natychmiast zapisać sny, powtórzyłem je kilka razy w pamięci i spałem dalej ;D Na szczęście zadziałało i gdy raczyłem wreszcie usiąść z dziennikiem przed 9, pamiętałem trochę detali.

--- Ćmy ziemiotrzęsy i stara szkoła ---

Wstaję ze swojego łóżka (pokój wygląda jak zwykle - FA?) i widzę latającą przy łóżku dużą, czerwono-pomarańczową ćmę z sówkowatych. Jako że od dwóch lat łapię owady (serio - kolekcja w celach naukowo-edukacyjnych, choć głównie chrząszcze), stwierdzam że to jakiś rzadki i cenny okaz. Ćma siada mi na palcu. Wykorzystuję to i powoli sięgam po pojemniczek, którym szybko nakrywam ćmę. Zakręcam pojemnik nakrętką. Poszło wyjątkowo łatwo.

Podchodzę do szafki w rogu pokoju i tam znajduję... kolejną, mniejszą ćmę, którą również łapię. Jestem bardzo zadowolony, obie ćmy w pojemniczkach chowam do szafki i chcę ją zamknąć, ale... nagle zaczynają trzepotać skrzydłami i obijać się o plastikowe ścianki, robiąc to tak mocno i gwałtownie, że cała szafka i stojące na niej przedmioty wpadają w wibracje ;D Pomimo zdziwienia, stwierdzam, że pewnie niedługo się zmęczą, więc zamykam szafkę i wychodzę z pokoju.

Teraz jestem w kuchni, która z kolei wygląda nieco dziwnie. Przypomina kuchnię mojej babci (z mieszkania, w którym zwykle się uświadamiam do LD!), jest jednak dłuższa niż naprawdę i przedzielona na kilka stref delikatnymi firankami. Na samym końcu, przy parapecie, trzymam gablotę z chrząszczami i jakieś zaschnięte liście, tak, żeby ojciec ich nie zauważył i o nich nie wiedział (!). Tyle że akurat właśnie teraz przychodzi ojciec i prosi, żebym zdarł trochę parkietu w narożniku kuchni, pod oknem...
Tutaj dzieje się trochę mało ciekawych rzeczy, które słabo pamiętam, więc pominę ten fragment.

Drugi sen odbywa się w mojej starej szkole (w sumie to bardzo częsta sytuacja, ta szkoła jest chyba moim symbolem sennym... szkoda że była ciemna, brzydka i wiązały się z nią raczej niemiłe wspomnienia). Razem z kolegami chcemy podroczyć się i wkurzyć innego kolegę. Mamy plan i jesteśmy nim podekscytowani. Podchodzę do tego kolegi i mówię mu, że kupiłem w automacie ostatni napój z tych, które on uwielbia (chyba kawę lub Red Bulla). Kolega strasznie się wścieka i zaczyna mnie gonić. Uciekam przed nim przez całą szkołę, której wygląd przy okazji zmienia się na wydział, w którym aktualnie studiuję. Na korytarzach jest tłum ludzi, ja i koledzy (uciekają razem ze mną) musimy się między nimi przeciskać, ale na szczęście wielu nam pomaga, rozstępując się lub popychając do przodu.

Po zrobieniu pętli przez całą szkołę (wydział?) i powrocie do punktu wyjściowego, gdzie jest mniej ludzi, ścigający kolega prawie opada z sił. My zatrzymujemy się i spokojnie czekamy, aż do nas dotrze. Wtedy informuję go, że to był tylko żart i nie wykupiłem ostatniego napoju... "ale przynajmniej zrobiłem ci mały trening biegania".

Następuje mała zmiana, gdzie zamiast na korytarzu jestem w holu szkoły, a kolega który dopiero co mnie gonił, zmienia się w koleżankę z podstawówki i gimnazjum - ale doroślejszą niż ją zapamiętałem. Siedzimy na kamiennej posadzce, tuż naprzeciw okienka dyżurki, a koleżanka chwyta mnie za koszulę, siada na mnie okrakiem i zaczyna mnie całować. W pobliżu są inni koledzy, oni również siedzą lub leżą i patrzą na nas, ale nie przeszkadza mi to. Jestem zaskoczony zachowaniem koleżanki, ale wiem, że to będzie bardzo przyjemny dzień... ;)
Tutaj sen się kończy.


RE: Światy Avallac'ha - Avallac'h - 07-01-2021

07.01.2021




Dzisiejsza afirmacja znowu brzmiała: "Gdy się obudzę, będę pamiętał piękne sny". Zdaje się, że ta działa na mnie całkiem nieźle. Znowu wleciały 2 ciekawe (i całkiem ładne) sny :)

--- Ojtam, niższe od Giewontu ---

Pobudka: 4:24
Jedziemy z moją dziewczyną (Misią) przez las, szosą. Przypomina to jazdę samochodem, ale nie widać pojazdu, jakbyśmy jechali raczej na rowerach. Mijamy po prawej stronie stojący na poboczu stoliczek nakryty ceratą. Stoją na nim dwie butelki - ok. litrowa butla miodu pitnego i druga, mniejsza, soku. Jest to niby dokładnie ten sam alkohol, który mamy ze sobą (!).

Zatrzymujemy się, cofamy kawałek do stoliczka i podchodzimy do niego. Stwierdzam, że to wyjątkowo szczęśliwy traf i jak gdyby nigdy nic uzupełniam nasze drinki (w kubkach!), dolewając do nich odpowiednie proporcje miodu i soku.
Mam świadomość, że to miejsce jest przystankiem autobusowym. Nagle z lasu wychodzi koleżanka z liceum (Emilia), która wita się ze mną i moją dziewczyną. Jest zaskoczona, tak samo jak my (wyszło to całkiem naturalnie). Pytam, czy też idzie w góry, ale Emilia odpowiada, że już była na szlaku i teraz wraca, będzie czekać na autobus.

Rozmawiamy chwilę o jakichś głupotach, a ja patrzę ponad drzewa, gdzie widzę wśród gęstych chmur i przelatujących, szarych oparów porośnięte lasem łagodne zbocza gór. W pewnym momencie mgła i chmury nagle się rozwiewają i zamiast łagodnego zbocza widzę przed nami piękną panoramę na oświetlony słońcem szczyt górski. Przypomina niemalże warownię, o prostych, prawie pionowych ścianach. Widzę nawet coś jakby elementy architektury (przywodzące na myśl styl krasnoludów z Władcy Pierścieni). Szczyt góruje nad okolicznymi wzgórzami, dzieli nas od niego dość spora odległość.
Dziewczyny robią "Wooow!", Emilia pyta, czy naprawdę chcemy tam wejść. Ja odpowiadam: "Bez przesady, ta góra wcale nie jest taka wielka, wystarczą ze 2 godzinki by wejść na szczyt". Na pytanie o wysokość góry, odpowiadam: "Ma 3400 metrów n.p.m.. W sumie wyżej niż Giewont, ale wybitność jest mniejsza, więc można tam wejść szybko i łatwo" (!).

--- Łupki i inne kamienie ---

Pobudka: ok. 8:00
Jakiś obóz / wycieczka szkolna. Czekamy aktualnie całą grupą przed wejściem do czegoś, co przypomina podziemny bunkier o oszklonych drzwiach. Siedzimy pod wiatą i wspominamy nasze ostatnie przeżycia. Pamiętam, że zostaliśmy podzieleni na 2 ekipy, z czego jedna odbywała szkolenie z zawodowym Zwiadowcą za Murem z Gry o Tron (!), a druga miała szkolenie z mało rozgarniętym leśnikiem w jakimś parku. Mój kolega Mikołaj należał do pierwszej grupy. Strasznie mu zazdroszczę, bo my z Misią byliśmy w drugiej... Mikołaj opowiada, jakie to było niesamowite przeżycie, jak zwiadowca opowiadał im swoje sposoby na przetrwanie w głuszy, opowiadał o tym, jak życie w dziczy zmieniło jego percepcję i mentalność.

Czas wlecze się niemiłosiernie. Wpuszczają ludzi do środka "bunkra" pojedynczo lub parami, w dość długich odstępach czasu. Wiem, że to jakieś muzeum kamieni i minerałów, lub raczej ich wytwórnia (?).
Wreszcie wchodzimy z Misią do środka. Znajdujemy się w dużym, białym, oświetlonym pomieszczeniu, wzdłuż którego biegnie długa lada. Przypomina to wnętrze jakiegoś banku lub urzędu. Podchodzimy do lady i dowiadujemy się, że swego rodzaju biletem wstępu są tutaj małe kawałki łupka (płaskie, przypominające 1-centymetrowe kostki do gitary). Każdy jest trochę inny i musi być dostosowany w pewien sposób do właściciela. W tym celu wybrany łupek najpierw się waży, następie sprawdza jego środek ciężkości, później poddaje jakiejś obróbce palnikiem, znowu waży... Przypomina to wręcz taśmę produkcyjną. Kolejne etapy procedury są wykonywane w kolejnych miejscach za ladą, przez inne 2-3 osobowe grupki młodych ludzi.
Wreszcie gotowy łupek zostaje wydany przy swego rodzaju kasie. Super, mamy wreszcie wstęp do wytwórni.

Cały obiekt sprawia wrażenie typowo turystycznego. Za "kasą łupków" znajduje się kolejna, gdzie dwóch studentów sprzedaje ładnie pakowane plastry różnych minerałów, o przeróżnych rozmiarach, kształtach i kolorach. Mają m.in. minerał, który po przekrojeniu wygląda jak plaster arbuza. Gdy do nich zagaduję, dają mi do degustacji jakiś alkohol i pijemy chwilę razem. Szybko się nim upijam, co strasznie ich rozbawia.

Nasza wycieczka idzie do przodu i gdy w kolejnym pomieszczeniu mamy pokazać kobiecie przy ladzie nasze łupki (w każdym jest taka kontrola!), z kieszeni wysypuje mi się garść przeróżnych małych kamyków. Lądują na podłodze, która... teraz też wygląda jak leśna gleba, pełna piasku i kamyczków. Ciężko cokolwiek znaleźć. Biorę jeden podobny do łupka i daję kobiecie, ale ona szybko ocenia, że to nie łupek tylko agat. Muszę cofnąć się do wejścia i załatwić sobie nowy łupek...

W pośpiechu zostawiam plecak na ziemi i biegnę z powrotem do pierwszej sali.
Teraz proces trwa naprawdę nieznośnie długo. Nawet wybieranie łupka trwa i trwa, bo kształtów i rozmiarów jest znacznie więcej niż na początku, a całość przypomina wręcz procedurę wyboru różdżki w Harrym Potterze. Kawałek, który wybrałem, ma problemy z równowagą (utrzymaniem się na poruszającym się w lewo i prawo kawałku mydła, który jest rodzajem wagi!). Trzeba go obrobić. Kawałek trafia do kolejnej ekipy - obróbka polega na opalaniu kawałka potężnym palnikiem gazowym. Tutaj widzę każdy detal i szczegół, pracownicy dodatkowo rozmawiają w trakcie obróbki, mają jakieś problemy techniczne... Czekam i czekam. Martwię się o Misię, która została sama i nie mam pojęcia, gdzie jest.
Wreszcie, gdy łupek zostaje zważony i przechodzi kilka kolejnych testów, mogę go odebrać. Wydają mi go moi znajomi, którzy zadowoleni ze wspólnego picia alkoholu, dają mi bonusowo foliówkę z kilkunastoma plasterkami minerałów, przeróżnych rozmiarów, od 15- do 1- centymetrowych. Malutki łupek ląduje gdzieś między nimi...

Biegnę do kolejnej sali i oczywiście z trudnościami, znajduję łupek w foliówce. Świetnie. Tyle że nigdzie nie ma mojej dziewczyny i mojego plecaka. Sala zakręca pod kątem prostym, na zgięciu stoi kolejna babka z obsługi. Pytam ją o plecak, a ona mówi, że gdzieś go widziała, ale nie wie gdzie... Na szczęście gdy odchodzi kawałek dalej, widzę go opartego o ścianę dosłownie metr od miejsca, gdzie przechodziła. Teraz pozostaje tylko znaleźć Misię.

Tu już nie będę się rozpisywał. Po odrobinie błądzenia i wejściu w oszklony, boczny korytarz, siadam na chwilę przy stoliczku i szukam czegoś w plecaku, przy okazji chowając foliówkę z minerałami. Wtedy też pojawia się moja dziewczyna  8-> Okazuje się, że trochę się mijaliśmy, ale ona również mnie szukała i wreszcie znów jesteśmy razem...
Tutaj miłym akcentem sen się kończy.

Nie wiem w sumie czy ktokolwiek czyta te ściany tekstu, ale jeśli tak, to wielkie dzięki! :) Zawsze lepsza motywacja, niż pisać tylko dla siebie...