02-01-2017, 20:45
Byłam w nadmorskim miasteczku, częściowo przypominającym scenerię z kreskówki. Wszyscy okoliczni mieszkańcy mieli świadomość, że wisi nad nami jakaś katastrofa, która miała nadejść w najbliższym czasie, skażenie czy coś podobnego. Budowano wysoki gliniany mur równoległy do linii morza, gromadzono zapasy.
Ja i mój chłopak zaczęliśmy się kłócić, mieliśmy robić coś związanego z zapasami i przygotowaniem się na kryzys, co należało zrobić danego dnia, ale nie udało nam się dogadać i nic z tego nie wyszło. Byłam rozżalona i wściekła. Jakaś wiedźma-szamanka zaproponowała, żebym razem z nią przygotowywała się na ten kryzys. Trochę pomagałam też wznosić ten mur.
W którymś momencie weszłam do mieszkania na łodzi, zajmowanego przez moją mamę. Wszystko tam było przygotowane "na później", z założeniem "przed kryzysem nie tykać". Zastanawiałam się, czy to wszystko ma sens, skoro mieszkanie nie jest hermetycznie oddzielone od otoczenia i w momencie nadejścia skażenia nie pozostanie raczej sterylne.
Coś zaczęło dziać się z morzem. Fale uderzały jakby od obu stron muru, jakby po drugiej stronie plaży pojawił się dodatkowy zbiornik wodny. Razem z wiedźmą-szamanką zaczęłyśmy wspinać się na mur. Otoczenie w tym czasie zmieniało położenie i obracało się, jakby było scenografią w teatrze. Niewygodnie było wchodzić po pionowej, kilkunastometrowej ścianie z mokrej jeszcze gliny. Pomyślałam, że upadek nie skończyłby się dobrze, potem doszłam do wniosku, że lepiej skupić się na wchodzeniu, później będzie czas na podobne pesymistyczne wizje. Dotarłyśmy do punktu, oznaczonego wcześniej przez kogoś wbitymi w mur patykami. Razem z wiedźmą zaczęłyśmy wydłubywać w murze otwór, coś w rodzaju okna, żeby w nim usiąść. Miałam wrażenie, że zaraz spadnę, zmuszałam się, żeby o tym nie myśleć. Jakimś cudem się udało i wreszcie mogłam usiąść i chwilowo byłam bezpieczna.
Ja i mój chłopak zaczęliśmy się kłócić, mieliśmy robić coś związanego z zapasami i przygotowaniem się na kryzys, co należało zrobić danego dnia, ale nie udało nam się dogadać i nic z tego nie wyszło. Byłam rozżalona i wściekła. Jakaś wiedźma-szamanka zaproponowała, żebym razem z nią przygotowywała się na ten kryzys. Trochę pomagałam też wznosić ten mur.
W którymś momencie weszłam do mieszkania na łodzi, zajmowanego przez moją mamę. Wszystko tam było przygotowane "na później", z założeniem "przed kryzysem nie tykać". Zastanawiałam się, czy to wszystko ma sens, skoro mieszkanie nie jest hermetycznie oddzielone od otoczenia i w momencie nadejścia skażenia nie pozostanie raczej sterylne.
Coś zaczęło dziać się z morzem. Fale uderzały jakby od obu stron muru, jakby po drugiej stronie plaży pojawił się dodatkowy zbiornik wodny. Razem z wiedźmą-szamanką zaczęłyśmy wspinać się na mur. Otoczenie w tym czasie zmieniało położenie i obracało się, jakby było scenografią w teatrze. Niewygodnie było wchodzić po pionowej, kilkunastometrowej ścianie z mokrej jeszcze gliny. Pomyślałam, że upadek nie skończyłby się dobrze, potem doszłam do wniosku, że lepiej skupić się na wchodzeniu, później będzie czas na podobne pesymistyczne wizje. Dotarłyśmy do punktu, oznaczonego wcześniej przez kogoś wbitymi w mur patykami. Razem z wiedźmą zaczęłyśmy wydłubywać w murze otwór, coś w rodzaju okna, żeby w nim usiąść. Miałam wrażenie, że zaraz spadnę, zmuszałam się, żeby o tym nie myśleć. Jakimś cudem się udało i wreszcie mogłam usiąść i chwilowo byłam bezpieczna.








. Jestem niby w moim mieszkaniu, ale jakimś większym, jaśniejszym. Mama coś do mnie mówi z innego pomieszczenia. Przeszukuje jakieś zbiory pamiątek. Na myśl o tym, ja odruchowo zaczynam bawić się pierścionkiem z dziwnymi wzorami i z przejrzystym czerwonym oczkiem. Potem mama przyszła i przyniosła mi kawałek metalu z takim samym kamykiem jak w pierścionku, tylko to było bardziej podniszczone. Doszłam do wniosku, że to widocznie brakująca część. Mama zaczęła mi tłumaczyć, że tam w tym kamieniu widać jakiś symbol, przypominający atom - takim tonem tłumaczyła, jakby chodziło o wielkie okultystyczne sekrety rodem z Indiany Jonesa
. Ja wzruszyłam ramionami i zdjęłam pierścionek. Po przeciwnej stronie miał otworek, przez który włożyłam ten dodatkowy drucik, tak, że kamienie znalazły się w jednej linii. Ustawiłam to pod światło, na stole pod spodem pojawiło się niebieskie (tak, niebieskie po przejściu światła przez czerwone kamyki