dreaming.log
#81
# Zbiór urywków z paru dni, bo od niedoboru snu strasznie poleciała mi pamięć snów

Z grupką osób - część była studentami, ale miałam wrażenie, że należał do nich także mój ojciec - biegaliśmy trochę bez celu po klatkach schodowych w blokach. Była noc, tak jak przedstawiają czasem w amerykańskich filmach, nie absolutna ciemność, ale tak miękko ciemnogranatowo. Istniały jakieś połączenia między poszczególnym klatkami schodowymi, tak, że mogliśmy przemieszczać się między nimi bez wychodzenia z budynku. Szukaliśmy kogoś albo czegoś, w sposób mocno chaotyczny. Miałam tylko niejasną świadomość, że nasz cel jest jakoś związany z przeszłością, wspomnieniami. 
Natknęliśmy się na młodego człowieka, mógł to być ktoś z Jaskini Nerdów, albo taki jeden irytujący chłopak ode mnie z pracy. Dyskutowałam z nim ostro, w którymś momencie zaczęłam grozić mu nożem. Na groźbach się zakończyło. Czułam zażenowanie, że z jakiegoś powodu i tak nie mogłabym tych gróźb spełnić. Powiedziałam później coś w stylu "Bardzo przepraszam, następnym razem to będzie już bardziej na serio".
Potem nastąpił przeskok, znalazłam się u mnie w pracy, w ciemnym pomieszczeniu przed otwartą szafą. Miałam zamiar uprawiać szpiegostwo przemysłowe i wykradać receptury.

================================================

Przebywałam na Dworu Centralnym, we śnie był on wielokrotnie większy niż w realu, wchłonął całe Złote Tarasy i sporą część Śródmieścia, miał wiele poziomów w górę i pod ziemią. Mój zakład pracy też się tam gdzieś znajdował. Oprócz tego były tam baseny i sale gimnastyczne. W jakiś sposób mogłam przebywać tam wiele dni bez przerwy, znajdując miejsca, gdzie można coś zjeść, wziąć prysznic i przenocować. Czasem schodziłam na najniższe poziomy, przypominające jaskinie albo kopalnie w grach. Tam jeździły pociągi i tamten obszar uznawałam za graniczny ze "światem zewnętrznym". W którymś momencie natknęłam się na V. Powiedziałam mu z rozbawieniem coś o tym, że właściwie Dworzec to teraz mój drugi dom. On na to: "Fajnie, tylko uważaj, żeby któregoś dnia nie zaspać do pracy."

================================================

Ja i V. chodziliśmy po lesie, który wyglądał na animowany. W pewnym momencie stanęliśmy przed wejściem do jaskini. Otoczenie wyglądało tu bardzo dwuwymiarowo i papierowo, jak w "Włatcach Móch". Mieliśmy wejść do środka, ale wahaliśmy się, aż nastąpił przeskok. Znaleźliśmy się w jasnym pomieszczeniu, nie do końca umeblowanym, trochę jak prosta scenografia w szkolnym przedstawieniu. Ustawiłam trzy pokryte folią parawany i zaczęłam oblewać je farbą z wiadra. Czerwoną, podobną do krwi albo przemielonych pomidorów. Na pierwszym parawanie plama przybrała kształt ptaszyska z rozłożonymi skrzydłami. Mówiłam do V. coś, że przygotowuję parodię kilkudniowych obchodów miesięcznicy smoleńskiej.

================================================

Chodziłam po górach, częściowo pokrytych śniegiem, także wyglądających na animowane. W większości miejsc dało się po prostu przechodzić po szczytach i zboczach, kilka było takich, gdzie trudno było się dostać. Pod jednym szczytem zamocowana była krótka, może dwumetrowa metalowa drabinka, umożliwiająca wejście na górę. Do tego momentu jakoś dało się od podnóża dotrzeć bez żadnej pomocy. Pod nią, na zboczu góry, ustawiały się kolejki chętnych do wejścia, na górze stała i przyglądała się temu jakaś lekko zmieniona wersja mojej matki. Ja byłam na siebie zła, że niepotrzebnie zeszłam, jak już parę razy byłam na górze. Drabinka jak na złość chwiała się coraz bardziej, jak już prawie nadeszła moja kolej, niemal odpadała. Byłam przekonana, że nie będzie mi dane z niej skorzystać. Jak miałam wchodzić, a ona nadal była, odmówiłam chwycenia dolnych szczebli i wciągnięcia się na górę, mówiąc, że zlecę w dół razem z nią. Jakoś tak było, że nagły upadek mógł spowodować stoczenie się nie tylko kilka metrów, ale całą drogę do podnóża tej góry. Ustąpiłam komuś innemu i rzeczywiście przy pociągnięciu drabinka wyrwała się, przeleciała nad naszymi głowami i spadła po zboczu. Byłam zirytowana, ta moja zmieniona matka na górze także. Mówiła mi, że pewnie i tak bym zdążyła.
# I znów ten motyw w kolejnym śnie się powtarza, sama nie wiem, skąd.
Spytał mnie, jak chcę, żeby to było. Odpowiedziałam, że niech spada na drugą stronę mojego firewalla.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#82
Znajdowałam się w jakimś alternatywnym świecie, trochę takiej jakby wirtualnej rzeczywistości jak w Kronikach. Obserwowałam proces jego powstawania, w jakimś stopniu chyba w tym uczestniczyłam, albo chociaż miałam na to niewielki pośredni wpływ. Niektóre powstające obiekty, jak budynki albo nieruchome przedmioty, po skupieniu na nich uwagi, pokazywały opisy, jak to bywa w niektórych grach RPG.
# Te po kliknięciu na ikonki na mapie w Planescape: Torment, Pillars of Eternity itp.
Stałam w pogrążonej w półmroku katedrze, czułam, że parę metrów dalej za moimi plecami stoją ci, którzy projektowali to otoczenie. Kazali mi badać te opisane obiekty, aby przekonać się, czy działają. Uchyliłam ciężkie boczne drzwi. Jeden z projektantów powiedział, że powinnam teraz mieć dostęp do kilku opisów tych drzwi, jednak nic nie zobaczyłam. Kiedy projektanci zaczęli się irytować, że robię coś źle i dlatego nic nie widzę, skłamałam, że dostałam się w końcu do tych opisów. 
Równolegle toczyło się życie innych osób przebywających w tym dziwnym wirtualnym świecie. Była tam dziewczyna, zakochana z wzajemnością w przystojnym - i jakoś z fabuły wynikało, że wyraźnie inteligentniejszym od niej - młodzieńcem. W którymś momencie okazało się, że ten młodzieniec stał się bóstwem tego świata, albo po prostu ujawnił się, że nim jest. Dziewczyna uznała wtedy, że raczej nie będą mogli być razem, bo ona, prosta śmiertelniczka, nigdy nie będzie godna boga. Po jakimś czasie głos jakby narratora odezwał się z nieba nad tym światem, mówiąc do dziewczyny, że skoro on ją kocha, ona jego także, to nie ma żadnego znaczenia, czy on jest bogiem czy nie.

# To ostatnie może być związane z tym, że w nieokreślonej przyszłości zamierzam pisać fan fiction w uniwersum powieści Brandona Sandersona i tam planuję wątek boga incognito i zakochanej w nim bohaterki, która po odkryciu jego tożsamości, próbuje uwolnić się od swoich uczuć wobec niego.

Podążałam w ciemności w stronę kamiennego, jakby rysunkowego zamku na wzgórzu. Nie znałam dokładnego celu takiej wyprawy, odczuwałam tylko atmosferę tajemniczości. Miałam wrażenie, że wszystko celowo ma imitować thriller/horror sprzed 20 lat. W którymś momencie dołączyła do mnie siostra, później jeszcze pojawił się V. Wycofaliśmy się ze ścieżki prowadzącej na wzgórze, znaleźliśmy się w jakimś budynku z nieprzyjemnie żółtym oświetleniem wewnątrz. Później znów byliśmy w podróży, ale już samochodem. Prowadził V., siedząc przy tym na tylnym siedzeniu i jakoś sięgając do przodu. Nie wiem, czy bardziej dziwiło mnie to, czy fakt, iż w ogóle prowadzi jakiś pojazd, skoro o ile sięgałam pamięcią, nie miał prawa jazdy. W tym momencie V. przypominał nieco bohatera komediowego westernu. Nastąpił jakiś przeskok, znów znaleźliśmy się w pomieszczeniu w nieprzyjemnie żółtym świetle. Siostra gadała z V., prowokowała go, jakby dla żartów uwodziła. Wściekłam się i zaczęłam krzyczeć, że nie życzę sobie, żeby ona psuła mi relację z nim, że nie chcę tracić czegoś dobrego, jeśli w końcu nawet w moim parszywym życiu mnie to spotka.

#Silne emocje z tym związane obudziły mnie.
Spytał mnie, jak chcę, żeby to było. Odpowiedziałam, że niech spada na drugą stronę mojego firewalla.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#83
Stałam w wąskim korytarzu w mieszkaniu którejś ciotki (?). Było tu ciemno, wyglądało trochę jak w jakiejś sali zabaw/horror house, światło dochodziło do mnie od końców owego korytarza. Pochylałam się do przodu, opierając się rękami o ścianę przede mną. Za jednym końcem stały moja mama i jej siostra. Cały czas dogadywały mi na temat mojego ateizmu, snuły jakieś nie mające nic wspólnego z prawdą przypuszczenia, dlaczego niby zmieniłam poglądy. Mówiłam im, że prawda jest dużo prostsza i banalna. Czułam zmęczenie tą bezsensowną dyskusją.

Byłam częściowo sobą, ze swoim ciałem, częściowo postacią w grze komputerowej. Miałam możliwość widzenia przez ściany innych postaci - wrogów jako czerwony kontur, przyjaznych NPC jako zielony, innych graczy jako niebieski. Oprócz mnie był tam jeszcze inny gracz, starszy ode mnie mężczyzna, mający wyraźnie więcej doświadczenia w tej grze albo przynajmniej lepszą taktykę. Mieliśmy iść zabijać zombie. Spodziewałam się, że zombie będą szarozielone jak w kreskówkach, zdziwiłam się, kiedy zobaczyłam, że wyglądają prawie jak ludzie, mają tylko znacznie bardziej bladą skórę i spuchnięte ciała.
Mężczyzna-gracz zaczął schodzić do korytarza-jaskini, opadającej ukośnie w dół. Kazał mi zaczekać przy wejściu, twierdząc, że tam są przeciwnicy zbyt silni jak na mój obecny poziom. Przez chwilę nawet czekałam. Patrzyłam przez skały na jego sylwetkę, jak wokół niego pojawiają się przeciwnicy. Kiedy zobaczyłam czerwony kontur bliżej wejścia, przeszłam kilkanaście metrów, myśląc, że pojedynczego wroga chyba pokonam. Blady zombie zaczął iść w moją stronę. Wyciągnęłam nóż, zaczęłam ciąć, najpierw w powietrzu, potem nawet kilka razy trafiłam, ale raczej nie odnosiło to żadnego skutku. Cały czas wycofywałam się, aż opuściłam jaskinię, zombie szedł za mną. Na zewnątrz kręcił się jakiś chłopak, przypuszczalnie NPC. W którymś momencie krzyknęłam do chłopaka, żeby pomógł mi z tym zombie. Nie doczekałam żadnej reakcji z jego strony. Kilka razy cięłam nożem gardło tego zombie. Moja postać w grze miała trzy noże, wszystkie słabe na obecnym poziomie. Sama scena krojenia szyi była dość realistyczna, czułam to przecinanie zwiotczałego ciała, trochę jakbym kroiła surowe mięso. Z jakiegoś powodu budziło to moje lekkie zdumienie. 

Ja i V. staliśmy przed budynkiem jakiejś szkoły podstawowej, na soczyście zielonym trawniku, obok znajdowało się boisko. Miałam niejasną wiedzę, że jesteśmy czymś więcej niż tylko ludźmi, jakimiś mrocznymi istotami. V. powiedział do mnie coś w stylu, że dobrze by było, gdyby kolejne pokolenia były uczone Hemalurgii, w ten sposób Mroczna Sztuka nie przepadnie w czasie.

Znajdowałam się w jakiejś wielkiej, w dużej mierze pustej sali magazynowej. Otaczały mnie blaszane ściany, w powietrzu unosił się kurz. Byłam chyba kilka lat młodsza niż w rzeczywistości. Rozmawiałam z nastoletnią dziewczyną o sztukach walki. Powiedziałam, że w dzieciństwie coś trenowałam, że trochę zajmowałam się gimnastyką artystyczną. Ona spytała mnie, z jakiego rejonu się wywodzę. Kiedy powiedziałam, że z Piotrkowa, ona wyciągnęła jakąś starą gazetę, zaczęła w niej szukać informacji. Nie znalazłszy niczego, powiedziała, że nic tam o mnie nie ma. Wyjaśniłam, że nie brałam udziału w zawodach, o których mówiono w mediach, potem dodałam coś, że nie dlatego to robiłam, żeby zdobyć tanią pięciominutową sławę. I że swoje ówczesne cele wtedy osiągnęłam. Ona na to, że skoro nie pozostał w mediach żaden ślad, to żadnego efektu nie uzyskałam.
# Czyżby aluzja do "nie ma cię w internecie - nie istniejesz"? :P
Spytał mnie, jak chcę, żeby to było. Odpowiedziałam, że niech spada na drugą stronę mojego firewalla.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#84
Byłam w miejscu przypominającym scenografię jakiegoś sielskiego filmu - łąki, rzeka, kamienne budynki i góry w pobliżu. Kontaktowałam się z jakąś kosmiczną istotą w stylu tworów Lovecrafta - albo tylko jej hologramem w trójwymiarowej przestrzeni. Było to trochę tak, jakbym wykonywała questy od tej istoty jak w grach RPG albo jakbym była jej agentem i składała regularnie raporty. Prowadziłam swego rodzaju misję szpiegowską w męskim klasztorze. Panująca atmosfera trochę przypominała schronisko górskie.
Dobrze pamiętam jedną scenę, kiedy dwaj młodzi mnisi wychodzili z głębi budynku do głównego korytarza. Byli ubrani "po cywilnemu", w bojówki i polarowe bluzy. Zwrócił moją uwagę fakt, że ich stroje były zupełnie identyczne, tak samo zresztą ubrany był trzeci zakonnik, który wszedł do pomieszczenia z zewnątrz. Zastanawiałam się, jakie to mogło mieć dla nich znaczenie.
# Ten fragment snu był bardzo realistyczny i wyrazisty wizualnie.

Byłam postacią w grze online, coś na podobnej zasadzie jak w SAO. Biegałam z nienaturalnie dużym animowanym mieczem, głównie poruszałam się po ograniczonym obszarze, obejmującym wyschniętą łąkę z przecinającym ją przez środek strumieniem. W rogu "mapy" znajdowała się wysoka konstrukcja ze sprasowanych bloków siana. Wraz z innymi graczami zabijaliśmy stworzenia pojawiające się na tym terenie. Miałam jakiś rodzaj wiedzy, że należę do drużyny, która uznała tę wieżę z siana i okolicę za swoje terytorium. W pewnym momencie poszłam tam, żeby spotkać się z pozostałymi. Stało się tak, że weszłam na szczyt konstrukcji i wówczas zaczęła się ona rozpadać. Bloki siana leciały w dół, okazało się, że pod spodem w mapie jest dziura i zaczęłam spadać w czarną nicość, otoczona kawałkami szkła, które nie wiadomo skąd się tam wzięły. W ostatniej chwili przed momentem, o którym wiedziałam, że to zabije mnie/moją postać, wystrzeliłam w górę pajęczynę jak Spider-Man i wciągnęłam się po niej na mapę. Byłam już jednak w jakiś sposób "częściowo zamrożona" wskutek przebywania przez ten czas w tej nicości.
Ktoś położył mnie na pryczy w ciemnym korytarzu, w lochu, który znajdował się w pobliżu tego rogu mapy. Miałam wrażenie, że jestem owinięta materiałem jak mumia albo mam na całym ciele przylegający kostium. Istota, w którą w jakiś sposób wcielała się moja siostra, próbowała mnie zbadać. W tym celu świeciła mi w oczy małą latarką. Czułam, że jest to nieprzyjemne, cała spinałam się i koncentrowałam, żeby nie stawiać przed tym oporu.

Znów byłam w jakiejś innej grze w wirtualnej rzeczywistości. Tutaj mieliśmy za zadanie odegrać rolę w założonej z góry historii. Mieliśmy możliwość przeskakiwania pomiędzy postaciami poszczególnych bohaterów. Ja początkowo miałam postać łotrzyka-szpiega. Naszym celem było zorganizowanie zebrania-prowokacji w komnacie na końcu kanałów-lochów, na którym mieli spotkać się członkowie panującej w królestwie dynastii i urzędnicy. To miało gwarantować, że bóg Ati objawi się w naszym świecie właśnie tam, żeby zagładę rozpocząć od wyeliminowania najważniejszych osób. Wówczas mieliśmy wyjść z naszych kryjówek i przy użyciu armat bombardować go antymaterią.
Najpierw dwa albo trzy razy robiliśmy symulację. Wraz z inną panią szpieg i buntowniczą księżniczką przeszłyśmy lochami do pomieszczenia w połowie mającego kamienną podłogę, w połowie wypełnionego żrącym zielonym ściekiem. Na ścianie po tej stronie widać było przyciski, być może aktywujące jakieś pułapki, całkowicie niedostępne z miejsca, gdzie stałyśmy. Na środku podłoga wznosiła się w formie schodków, co miało podczas spotkania pełnić rolę siedzeń, jak w antycznym amfiteatrze. Z przodu tej konstrukcji znajdował się prostokątny otwór wejściowy, umożliwiający znalezienie się pod stopniami. Aby się tam dostać, należało pewien odcinek za wejściem pokonać zwisając na rękach z siatki rozpiętej nad zieloną cieczą. Wraz z drugą panią szpieg dostałyśmy się tam i przygotowałyśmy działa do przyszłego ataku.
Nastąpił przeskok, tym razem to miało być chyba na serio. Pomieszczenie było pełne osób ubranych w stroje jak kostiumy do szkolnego przedstawienia. Ja z jakiegoś powodu teraz wcieliłam się w rolę księżniczki. W tej postaci wyglądałam jak Asuna w pierwszym sezonie SAO. Nie chcąc zwracać na siebie uwagi, skradałam się na kolanach przy ścianie podestu.
W którymś momencie powiedziałam coś w stylu, że to nie będzie uczciwa walka, bo my naszą przewagą liczebną zaszczujemy biednego Atiego.
# Zdecydowanie za dużo głupich filmów i gier :P
Spytał mnie, jak chcę, żeby to było. Odpowiedziałam, że niech spada na drugą stronę mojego firewalla.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#85
(01-01-2019, 13:46 )Sudo napisał(a): # Zdecydowanie za dużo głupich filmów i gier :P

Plusik za to cenne spostrzeżenie :) i za nicość czarną.
Fascynują mnie osoby, u których w snach pojawiają się fantastyczne elementy z gejmingu. Do moich snów może przeniknąć co najwyżej tetris.

Zakonnicy poubierani identycznie niczym sieciowego sklepu pracownicy.
Wiem, że do mnie mówisz, wiem i wszystko słyszę
Nie mogę odpowiedzieć, w pamięci deltę liczę
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#86
No, w ich przypadku to było tak zupełnie, całkowicie identyczny, po prostu jakby każdy element odzieży od razu kupowali w wielu egzemplarzach, dla każdego i poprzez jakąś synchronizację telepatyczną danego dnia wszyscy zakładali to samo. Aż coś dziwnego czułam patrząc na to... Dziwne, że podświadomie nie zaczęłam się wtedy zastanawiać, czy to na pewno rzeczywistość :P
Spytał mnie, jak chcę, żeby to było. Odpowiedziałam, że niech spada na drugą stronę mojego firewalla.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#87
# Fragmenty zapamiętane z kilku dni...

Leżałam na stole operacyjnym/sekcyjnym w miejscu, które trochę przypominało loch, trochę kostnicę ze starych filmów kryminalnych. Byłam półnaga i kiedy spojrzałam na swoje ciało, mogłam stwierdzić, że byłam ofiarą Hemalurgii. Nie wyglądało to aż tak strasznie. Jak przyszedł V., stwierdził, że bardzo go to niepokoi i pytał, czy nie mogę czegoś z tym zrobić. Ze swego rodzaju utajoną satysfakcją odpowiedziałam, że takie rzeczy są nieodwracalne.

Stałam w kącie pokoju-gabinetu, trochę podobnego do jednego pokoju w domu rodziców, ale dużo mniejszego. Patrzyłam w monitor dość antycznego komputera. Ekran był czarny, pojawił się na nim chyba wygaszacz ekranu - jakby żółty kontur łodygi z liśćmi na czarnym tle. Skądś wiedziałam, że jak będę dłużej na to patrzeć, obraz stanie się trójwymiarowy. Kiedy czubek tej łodygi całkiem wyszedł z ekranu, zrozumiałam, że to sen. Zaczęłam celowo bawić się tymi trójwymiarowymi obrazami, dodając więcej kolorów.
# To była bardzo płytka drzemka, dość mocno czułam bodźce z ciała - zwłaszcza, że V. przez sen tak ściskał moje ramię, że prawie krew nie dopływała mi do ręki :P

Byłam częścią jakiegoś filmu/gry na temat gangów. Czasem byłam sobą i miałam swoją normalną rodzinę, czasem zmienialiśmy się w jakieś bezimienne postacie należące do tej fabuły. Akcja głównie działa się nocą, było wtedy nienaturalnie niebiesko, jakby powietrze zabarwiono farbą o dość pięknym głębokim odcieniu. Osoby w czarnych garniturach spotykały się w wąskich korytarzach pomiędzy drewnianymi ścianami.
# Coś jak wnętrza budynków w Raymanie 2
Podczas spotkań mężczyźni z gangu przekazywali sobie informacje albo walizki z bronią czy pieniędzmi. W pewnym momencie gdzieś na chwilę pojawił się mój ojciec - również w tym momencie był takim anonimowym, jakby trochę animowanym gangsterem bez twarzy. Jak zniknął, ja i moja siostra pojawiłyśmy się w jakby naszym pierwszym pokoju w domu rodziców, tylko dużo mniejszym, w ciemności widziałam szafę, biurka, piętrowe łóżko. Tam też było tak niebiesko.
Siostra, przerażona, wciskała mi w rękę nóż. Mówiła, że to jest ta właściwa chwila, że teraz powinnam zabić ojca, jeśli tego chcę. Chciałam, bardzo chciałam, ale wiedziałam, że zapewne zaraz potem mnie złapią i zamkną w więzieniu. Trzymałam ten nóż i płakałam. Czułam, że to moment przełomowy, mogący odmienić przeznaczenie i to ja miałam władzę nad ową zmianą. To było moją siłą, ale jednocześnie przez mój strach przed konsekwencjami czułam się taka słaba i bezradna. Błagałam siostrę, żeby to ona to zrobiła, czułam się przy tym paskudnie ze swoim tchórzostwem.
# Obudziłam się pod wpływem gwałtownych emocji, które czułam potem jeszcze przez jakiś czas na jawie.
Spytał mnie, jak chcę, żeby to było. Odpowiedziałam, że niech spada na drugą stronę mojego firewalla.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#88
Miałam robić jakiś projekt.
# Odczucia podpowiadały, że to coś w stylu olimpiady chemicznej.
To była praca grupowa, trzy albo cztery osoby, ale akurat w danym czasie przy ustawionych w rzędzie pod ścianą biurka siedziały dwie (ja i jeden człowiek z mojej obecnej pracy), trzecia krążyła za naszymi plecami, coś nam niby doradzając, ale sama niewiele robiła. Mieliśmy na to sześć albo osiem godzin, co było podzielone tak, że w określonym czasie powinniśmy skończyć pewne etapy. Na etap, nad którym właśnie się męczyliśmy, mieliśmy jakieś dwie godziny. Z rosnącą paniką czułam upływ czasu, podczas gdy nie miałam pomysłu, co właściwie powinnam zrobić. Wiedziałam, że nasze osiągnięcia będą oceniane i wyciągnięte zostaną konsekwencje.
# Niepewna wiedza o tym, że nas wyleją czy coś w tym stylu.
W pewnym momencie mieliśmy przerwę. Zaczęliśmy się naradzać, bez presji nieco łatwiej było mi myśleć. Na chwilę opuściłam kolegów i poszłam do czegoś, co przypominało szkolny sklepik. Powiedziałam, że potrzebuję paru odczynników na pokaz chemiczny. Tęga kobieta stojąca za ladą poszła na zaplecze i zaczęła wynosić stamtąd plastikowe butelki, podobne do tych, w jakich sprzedają elektrolit na stacjach benzynowych.

# Było to w czasie, kiedy miałam gorszy okres w pracy i z tego powodu praktycznie cały czas było mi niedobrze ze stresu.

Występowałam w starym kostiumowym filmie, w którym grupka bohaterów podróżowała w czasie. Spotkaliśmy naszych przodków/potomków.
# Trudno było stwierdzić, kto właściwie i w którą stronę się przeniósł.
Znajdowaliśmy się w zamku o kamiennych ścianach, karykaturalnym do przesady. Mieliśmy na sobie arystokratyczne stroje w bardzo wyrazistych kolorach. Wyglądało to mniej więcej jak w przedstawieniu w szkolnym teatrzyku.
Grupa, do której ja należałam, wysłała mnie po informacje do osób należących do tych czasów. Miałam trzymać się w pobliżu nich i wkręcać w ich rozmowy. Moi ludzie instruowali mnie, jak powinnam się zachowywać, udając wysoko urodzoną damę. Musiałam zachowywać odpowiednią postawę, trzymać przed sobą rękę, na której leżała rozłożona chusteczka. Powiedziałam im, że nie mam chusteczki. Grupa wpadła w lekką panikę, próbowali gdzieś ową chusteczkę zdobyć. Szukali jej w komnatach zamku i pytali służbę, czy ktoś ma i może im pożyczyć.

================================================

Byłam
# przynajmniej początkowo
bezcielesnym obserwatorem w podziemnym bunkrze. Korytarze i sale miały tu białe ściany, mimo braku okien odnosiłam wrażenie, jakby z boków wpływało do wnętrz dzienne światło. W pokoju przypominającym nowoczesne więzienie albo zakład psychiatryczny przebywał ubrany na biało człowiek. Był on rozciągnięty w powietrzu, twarzą i brzuchem w dół, zawieszony na łańcuchach za ręce i nogi. Widziałam go z góry, jakbym była oczami na suficie. Wiedziałam, że wkrótce ten człowiek zostanie zgwałcony, zrobią mu lobotomię, albo coś w tym stylu. W powietrzu przebiegały wstrząsy, jakby wyładowania albo drżenie ziemi wokół. Czułam je telepatycznie przez to, że ten człowiek to czuł.
Przeskok do górnego poziomu bunkra. To pomieszczenie przypominało owe miniaturowe bunkry-kopułki z Albanii. Stałam przed otworem w ścianie betonowej kopuły. Widziałam przed sobą pustynię pod bezchmurnym niebem. Kolory były niesamowicie nasycone, ten pomarańczowy piasek i błękit nieba...
W stronę naszego bunkra szła ogromna grupa ludzi, jakby pielgrzymka. Wyglądało to jak ekranizacja jakiejś biblijnej sceny. Ktoś od nas powiedział, że Ati idzie do nas na czele armii. Postanowiłam więc wyjść mu na spotkanie. Za mną poszły ze dwie albo trzy osoby z bunkra, przypuszczalnie jako eskorta albo coś w rodzaju gwardii honorowej. Kiedy znaleźliśmy się bliżej, wrażenie biblijnej sceny było jeszcze silniejsze. Tamci mieli na sobie wiele warstw burych szat, chusty albo turbany na głowach. Tylko Ati się wyróżniał, w obcisłym szarym stroju, z rozpuszczonymi krwistoczerwonymi włosami sięgającymi co najmniej do połowy pleców.
# Na ile mogłam ocenić był też cholernie przystojny, jak to bywa z nieśmiertelnymi :P
On wystąpił naprzód, oddalając się o kilka kroków od tej rozciągniętej daleko w tył grupy, ja również oddzieliłam się od swoich, wychodząc mu naprzeciw. Kiedy byliśmy blisko siebie, upadłam na kolana, żeby złożyć mu przysięgę wierności.

# Szkoda, że w takim momencie musiałam się obudzić...
Spytał mnie, jak chcę, żeby to było. Odpowiedziałam, że niech spada na drugą stronę mojego firewalla.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#89
(27-02-2019, 20:20 )Sudo napisał(a): Byłam
# przynajmniej początkowo
bezcielesnym obserwatorem w podziemnym bunkrze. Korytarze i sale miały tu białe ściany, mimo braku okien odnosiłam wrażenie, jakby z boków wpływało do wnętrz dzienne światło. W pokoju przypominającym nowoczesne więzienie albo zakład psychiatryczny przebywał ubrany na biało człowiek. Był on rozciągnięty w powietrzu, twarzą i brzuchem w dół, zawieszony na łańcuchach za ręce i nogi. Widziałam go z góry, jakbym była oczami na suficie. Wiedziałam, że wkrótce ten człowiek zostanie zgwałcony, zrobią mu lobotomię, albo coś w tym stylu. W powietrzu przebiegały wstrząsy, jakby wyładowania albo drżenie ziemi wokół. Czułam je telepatycznie przez to, że ten człowiek to czuł.

Leci plusik.
Wiem, że do mnie mówisz, wiem i wszystko słyszę
Nie mogę odpowiedzieć, w pamięci deltę liczę
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#90
Cytat: Kiedy byliśmy blisko siebie, upadłam na kolana, żeby złożyć mu przysięgę wierności.

Przy tym fragmencie pomyślałem, czy to nie dziennik Izabeli :P
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post


Skocz do:

UA-88656808-1