Tradycyjnie, wczoraj spałem mało, dzisiaj głównie odsypiałem. Obudziłem się w trakcie snu, pamiętając ciekawą fabułę, ale uznałem, że nie mam sił jej zapisywać. Oczywisty błąd. Na szczęście dalej przypominam sobie najważniejsze fragmenty.
#22 Sen przekształcił spokojny pobyt na wsi u chrzestnego w swego rodzaju grę. Już na wstępie lokacja nie przypominała znanej mi okolicy - podwórko składało się z kilku małych, kwadratowych pomieszczeń przyłączonych do siebie szeregowo. Wyżej lub niżej na wzgórzu znajdowały się inne domostwa, których ułożenie odgrywało kluczową rolę. Byliśmy bowiem podzieleni na dwa zespoły. Inspiracją okazał się gameplay z gry, który oglądałem przed zaśnięciem. Jedna drużyna miała za zadanie ukrywać przed drugą. Ci drudzy zazwyczaj stacjonowali przy domu wyżej, gdzie mieli świetną wizję na całą okolicę. Z tego powodu dotarcie do naszej kryjówki, czyli miejsca mojego tymczasowego pobytu, wiązało się ze skradaniem.
Choć akcja nie wyglądała tak dynamicznie, jak mogłoby się wydawać, to zawsze towarzyszył mi dreszczyk emocji, gdy widziałem całą grupę szukających stojącą przy murze na szczycie i bacznie nas wypatrującą. Często pojawiała się obawa przed wykryciem, szczególnie w momencie, jak wchodziliśmy do naszego pokoju - ostatniej ostoi spokoju.
Jakiś czas później pojawił się Traveler i nasz internetowy kolega Paskin. Ten drugi przeszedł kompletną zmianę i stał się dwugłowym potworem, bipolarną hydrą oscylującą między dwoma typami zachowania. Jej połowa uznawana za twórczą, artystyczną była koloru czerwonego i stanowiła ucieleśnienie spokoju. Nie stanowiła wówczas żadnego zagrożenia dla otoczenia. Inaczej było w przypadku jej drugiej części - logicznej, zimnej, koloru zielonego. Hydra zmieniała się wtedy w prawdziwą bestię, atakując każdego, kto znajdzie się w zasięgu jej wzroku.
W jednej ze scen po rozmowie z Travelerem dostałem strzykawkę z żółtą substancją, dzięki której miałem dokonać eutanazji na potworze. Odnalazłem go w jednym z pomieszczeń mieszczących się na wspomnianej wsi. Widziałem, jak stał przy ścianie ze swoimi znajomymi, w ręce również trzymając strzykawkę, ale z zielonym płynem. Podszedłem bez zastanowienia i wbiłem mu swoje narzędzie w klatkę piersiową. Z przerażeniem zorientowałem się po chwili, że jego strzykawka również zawierała niewielką ilość żółtej substancji. Potwór oddał mi tym samym, w efekcie obaj zeszliśmy ze sceny.
#23 Planowałem kupić małego gokarta, na którym wspólnie z innymi osobami mógłbym zjeżdżać ze stromej górki u mojego chrzestnego. W istocie chodziło nam o małe autka, jak te elektryczne dla dzieci, tylko z lepszymi osiągami i kształtami prawdziwych marek. Proces kupna okazał się szczególnie chaotyczny i przekombinowany. Z początkowych rozmów ze sprzedawcą na przystanku autobusowym dowiedziałem się, że najpierw trzeba wykupić odpowiedni klucz do skrzynki. Po wyborze auta, którym był jakiś czarny aston martin, zmuszony byłem wypełnić kilka formularzy. Jeden z nich przypominał składaną ulotkę, poszczególne pola wyboru należało zakolorować kredkami całkowicie, nie wychodząc za linię. Po tym arcytrudnym zadaniu kazano podpisać mi kilka druczków. Najciekawszy z nich mówił o jakimś wirusie, który mógł pochodzić z kraju, z którego sprowadzona autka - z Rosji. Miałem się zaszczepić w przypadku wystąpienia pierwszych jego objawów.
Po nużącym zakupie dane mi było przetestować auto. Z niewiadomych przyczyn musiałem to zrobić wewnątrz autokaru jeżdżącego po górskiej trasie. Jeździłem między siedzeniami i zawracałem przy samej kabinie kierowcy. Byłem trochę zawiedziony, zwłaszcza że nie udało mi się poczuć wspomnianych 120km/h.