Brudnopis
5 - 12 dzień kuracji

Działanie anhedonistyczne ustępuje, jednak obniżona wrażliwość zmysłów utrzymuje się. Czuję się, jakby część mojego mózgu cały czas spała, ale jednocześnie nie jestem zamulona. Tak postrzegają świat normalni ludzie i muszę to zaakceptować. Doznania synestetyczne praktycznie zniknęły. Brakuje mi tych miłych, ale nie tęsknię za tymi, które mnie torturowały.
Nastrój stabilny. Nie mogę zaznać już ani niesamowitej extazy, ani niewyobrażalnego cierpienia. Jestem cały czas w ochronnej bańce, która chroni mnie przed extremalnymi emocjami i silnymi doznaniami zmysłowymi.
Metaforyczna mentalna kastracja, chemiczna lobotomia.
Lek nakręcił mnie i pobudził do działania. Przekroczyłam granice swoich możliwości, zamęczyłam ciało, które zaliczyło w weekend poważny kryzys. Byłam zmęczona, ale nie zdawałam sobie z tego sprawy, gdyż byłam znieczulona. Powoli dochodzę do siebie i staram się oszczędzać. Nie mogę być potulnym, uległym barankiem, który zgadza się na wszystko i myśli, że zniesie wszystko, bo to fizycznie NIEMOŻLIWE.
Blokowanie wychwytu serotoniny nie rozwiązuje wszystkich problemów. Byłam zmuszona ponownie zastosować melisę i walerianę.
Faza REM nie resetuje mnie wystarczająco, jest emocjonalnie mdła. Jest odbiciem jawy, przypominającej teraz nieświadomy sen, w którym nic nie robi na mnie wrażenia. Nawet, gdyby teraz koło mnie przejechałaby żyrafa na rowerze, nie zaskoczyłoby mnie to. Trudno więc mówić o możliwości uświadomienia się we śnie. Zanikła moja nadzwyczajna czujność, nadwrażliwość na elementy "niepasujące" do mojej rzeczywistości, zarówno na jawie, jak i we śnie. Wiele rzeczy jest mi teraz obojętnych.
błogi niepokój
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Tak opisują swoje przeżycia pacjenci na 2 neuroleptykach w dużych dawkach w połączeniu z benzodiazepinami :)
No ale załóżmy, że twój poziom serotoniny był bazowo tak niski, że odczuwalna różnica jest ogromna ;). Receptory ostatecznie znajdą swoją równowagę i przestaniesz odczuwać dojmującą odmienność tego stanu, dopiero wtedy będziesz mogła obiektywnie spojrzeć na efekty zmiany :)
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Cytat:Tak opisują swoje przeżycia pacjenci na 2 neuroleptykach w dużych dawkach w połączeniu z benzodiazepinami :)
Rozumiem, że w tych opisach nadal rzuca się w oczy skłonność do drobiazgowej samoobserwacji, dramatyzowania, wyolbrzymiania pewnych rzeczy.
Może i są lekko przesadzone, ale przyjmijmy, że większość osób zażywających leki miała jednak jakiś okres prawidłowego funkcjonowania przed chorobą, nawet krótki. Ja nie mam takiego porównania, choć nie można wykluczyć, że taka faza również u mnie wystąpiła, ale w bardzo wczesnym okresie życia, z którego trudno mieć jakiekolwiek wyraźne wspomnienia. Weźmy to pod uwagę. Dlatego przy takim leku i przy tak śmiesznej dawce mogę odbierać wywołaną nim zmianę percepcji siebie i świata jako bardzo drastyczną.
błogi niepokój
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
13 - 20 dzień kuracji

Czuję się, jakby lek zatkał jakąś dziurę w mojej głowie. Jakby zamknął puszkę Pandory. Ograniczył mi kontakt z podświadomością. Z jednej strony to dobrze, bo nie atakują mnie złe myśli, przeszłość mnie nie nęka... ale jednak czegoś mi brakuje. Tego żywego, bolesnego doświadczenia. Tego dogłębnego wniknięcia w siebie.
Nadal nie znalazłam pracy ani nie założyłam rodziny. Na poprawę mojego stanu należy jeszcze poczekać.
Sertralina sprawia, że łatwiej akceptuję zmiany, ale zmniejsza moją tolerancję na powtarzalność. Coś za coś.
Wieszanie na sznurze do bielizny sześciu świeżo upranych identycznych skarpetek obok siebie przypiętych sześcioma spinaczami w tym samym kolorze nie sprawia mi już takiej przyjemności jak kiedyś. To tylko bezużyteczny nawyk.
Jestem rozczarowana, rozżalona. Liczyłam na to, że lek nie zadziała, że moja choroba jest nieuleczalna i jest czymś stabilnym, na czym mogę budować swoją tożsamość.
Pytanie brzmi, na czym polega działanie leku. Czy jest on jak chodzenie o lasce, dopóki połamana noga się nie zrośnie, czy może bardziej jak zastępcza, sztuczna kończyna z drewna. Jeśli to drugie, to pół biedy, można upajać się faktem, że lekarstwo jest niezbędne do właściwego funkcjonowania, już na zawsze. Ale jeśli prawdziwa okaże się opcja pierwsza, to... po odstawieniu leku już nie będę miała po co żyć. Zniknie multum objawów, które można by było bez końca obrabiać analitycznym umysłem.
błogi niepokój
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Laska. Jak noga się nie zrośnie, to można dalej chodzić o lasce. Albo się zrośnie, ale już nie nauczy biegać.
Nie chodzi o to, żeby lek pomógł spełnić narzuconą presję. Kiedy człowiek jest w odpowiednim nastroju, to szuka radości i przyjemności, zamiast ulgi i usprawiedliwienia.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Dzień 21 - 28

Powiedzmy, że przed leczeniem moje życie miało 5 kolorów, bardzo intensywnych. Teraz ma ich 16, ale są to same pastelowe barwy.

Jestem jak ptak, któremu otwarto klatkę, ale nie może odlecieć, bo nie wie, że ma taką możliwość, nie dopuszcza jej do siebie.

Podoba mi się, że w końcu moje ciało nadąża za moim umysłem. Przedtem było to niemożliwe. Przed leczeniem mózg wydawał polecenia, a ciało nie nadążało z ich wykonywaniem. W głowie działo się zbyt dużo, był jakiś kłopot z przesyłem impulsów nerwowych, bardzo odczuwalny. Po włączeniu leku przestałam odczuwać dokuczliwe szczypanie w układzie nerwowym, nie mam już poczucia, że powinnam coś robić "szybciej", ale nie jestem też patologicznie spowolniona nie zdając sobie tego sprawy. Robię wszystko we właściwym tempie. Wola wydaje się teraz bardziej zintegrowana z działaniem.

Nękają mnie myśli, że gdybym wzięła lek wcześniej, mogłabym mieć lepsze oceny, znajomych na studiach, uniknęłabym 30 rozmów kwalifikacyjnych... Może nawet nie rzuciłabym pracy na początku pandemii.

Wieszając skarpetki podobierałam je tym razem w dziwne "pary", np. jedna skarpetka moja, jedna rodziców albo dwie moje w różnych kolorach - przypięte dwoma jednakowymi spinaczami.

Chciałabym nie mieć przyjaciół
Chciałabym być sama i być szczęśliwa w samotności

Noszę swoje zwłoki na rękach

Muszę dotrzeć do swoich emocji, przedrzeć się przez serotoninową zalewę, odzyskać dawną siebie - prawdziwą siebie


Po SSRI wszystko to tylko sen, nie musisz się niczym przejmować. Nie smucisz się, nie złościsz, nie cieszysz. Po co cokolwiek tak przeżywać? Nie ma czym się martwić, ale nie ma też powodów do popadania w euforię
Jesteś niezależny od emocji. Tak jak i we śnie są ci obojętne konsekwencje twoich czynów. Nie możesz się wygłupić, ośmieszyć ani skompromitować. Nikogo też nie skrzywdzisz swoim zachowaniem. Wszelkie obawy są tylko w twojej głowie. To wytwór twojego umysłu, oderwany od rzeczywistości.

Ten lek tak lasuje mózg, że twoje samopoczucie wydaje ci się normalne, naturalne.

Moja dusza popełniła samobójstwo.
błogi niepokój
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post


Skocz do:

UA-88656808-1