02-08-2011, 13:48
DZIEŃ 2 1.08.2011
zapamiętanych snów - 2 (były trzy, ale jeden wyleciał mi z głowy)
przespanych godzin - 8, 5
LD - 0
po tej nocy mam w głowie całkiem sporo pojedynczych scen z różnych snów, których jednak nie potrafię poprowadzić dalej i przypomnieć sobie całości, a szkoda.
No! w każdym razie, jeden ze snów był następujący. Najpierw w roli obserwatora widzę grupę biednych ludzi- najpewniej murzynów, lub latynosów, uzbrojonych w starego typu muszkiety i włócznie. Przewodził im ktoś w stylu Che Guevary
, wiecie, jakiś taki południowoamerykański rewolucjonista. Mówił do swoich ludzi, zbierając ich broń w jedno miejsce (nie wiem co by to miało znaczyć
), że nikogo do przystąpienia do siebie nie zmusza, ma luźne zasady i to ich dobrowolny wybór itd. Reakcja pozostałych ludzi była różna, nie pamiętam zbyt dobrze, ale dało się wyczuć że część z nich nie kryje negatywnych emocji. Później mam mały przeskok, ale to dalej musiał być ten sam sen, po zarówno ludzie, jak i krajobraz się nie zmienił. Nie było już jednak Che Guevary. Przez suchy, płaski krajobraz płynęła mętna rzeka, a murzyni, bardzo cierpiący i spragnieni, byli przedstawieni jako niewolnicy. W pewnym momencie ich strażnicy (wyglądający trochę jak hiszpańscy plantatorzy/konkwistadorzy w kapeluszach) sobie gdzieś poszli, co niewolnicy wykorzystali próbując pić wodę z rzeki, co uczyniło ich radosnymi. Natomiast ja, z grupką innych osób, których zupełnie nie pamiętam, zrobiłem coś, co niewolnikom bardzo pomogło. Tu pamięć mam bardzo zamazaną, nie wiem, czy kogoś zabiłem, czy ułatwiłem im dostęp do rzeki, czy kogoś uwolniłem - nie pamiętam. Tu mniej więcej sen się kończy, pamiętam jeszcze dość dokładnie że zdziwiło mnie, że mimo pomocy i odejścia strażników, niektórzy niewolnicy nie próbują oswobodzić się z więzów, którymi np byli przywiązani do drzew. Może to symbol czegoś, może tylko senny bezsens ;
refleksje -
wieczorem dnia poprzedniego oglądałem program o brazylijskim architekcie Oskarze Niemayerze, który nie krył swoich prokomunistycznych i prorewolucyjnych przekonań. Stąd pewnie Che Guevara.
Sen II - i tu jest niezły odjazd. Sen był długi, szczegółowy i miał dość sensowną fabułę, co nie jest częste w moich snach.
Nie wiem czy zdołam go dobrze opisać i obawiam się że będzie można się pogubić, bo sam nie do końca potrafię go opisać, ale spróbuję. Sen dział się w całkowicie abstrakcyjnym świecie. Zaczęło się chyba od pojedynku dwóch kapłanów. Pojedynku nie w sensie walki, a argumentów, coś w stylu teologicznej dysputy, dodatkowo z użyciem magii, o władzę w państwie. (lekki odjazd : ] ) Wydaje mi się, ze jednym z tych kapłanów - władców byłem ja. Drugim - do końca nie wiem, ale chyba był to ktoś, kogo znam. Walkę wygrywam ja (nie zabijam mojego przeciwnika) przejmuję władzę i zmieniam ustrój królestwa (całkowicie wymyślona kraina, nic historycznego). Odrzucam jednowładztwo i separację mojego królestwa i powołuję radę i zapraszam na nią przedstawicieli różnych królestw, łącznie zasiada w niej kilka osób - ja, ten drugi kapłan, i przedstawiciele elfów i krasnoludów (
). Każda frakcja podczas rady miała swój kolor, ja miałem ciemno granatowy. Jest potrzeba wspólnego działania przeciwko wielkiemu zagrożeniu zza gór, nie wiem co to było, po prostu ogólny symbol wielkiego zła. krasnoludy chciały działać separatystycznie, nie podeszli do wspólnych rozmów. W końcu udało się ich nakłonić, lecz było już troszkę za późno, bo część ich ziem zostało kompletnie zniszczonych przez owo zło zza gór, w tym również wielki rów albo mur [nie pamiętam] który oddzielał nas od przeciwnika.Co dalej... zaczęliśmy pomagać krasnoludom, zalewanym przez lawę, zleciłem odkopywanie zawalonych tuneli i zreformowałem część wojska (jakby abstrakcji było mało, okazało się, ze mamy bardzo przestarzałe, drewniane czołgi :shock: ) i walka miała trwać nadal, choć krasnoludy zostały prawie całkowicie zniszczone. Tu mniej więcej sen się skończył, nie kojarzę dalszego ciągu.
zapamiętanych snów - 2 (były trzy, ale jeden wyleciał mi z głowy)
przespanych godzin - 8, 5
LD - 0
po tej nocy mam w głowie całkiem sporo pojedynczych scen z różnych snów, których jednak nie potrafię poprowadzić dalej i przypomnieć sobie całości, a szkoda.
No! w każdym razie, jeden ze snów był następujący. Najpierw w roli obserwatora widzę grupę biednych ludzi- najpewniej murzynów, lub latynosów, uzbrojonych w starego typu muszkiety i włócznie. Przewodził im ktoś w stylu Che Guevary
, wiecie, jakiś taki południowoamerykański rewolucjonista. Mówił do swoich ludzi, zbierając ich broń w jedno miejsce (nie wiem co by to miało znaczyć
), że nikogo do przystąpienia do siebie nie zmusza, ma luźne zasady i to ich dobrowolny wybór itd. Reakcja pozostałych ludzi była różna, nie pamiętam zbyt dobrze, ale dało się wyczuć że część z nich nie kryje negatywnych emocji. Później mam mały przeskok, ale to dalej musiał być ten sam sen, po zarówno ludzie, jak i krajobraz się nie zmienił. Nie było już jednak Che Guevary. Przez suchy, płaski krajobraz płynęła mętna rzeka, a murzyni, bardzo cierpiący i spragnieni, byli przedstawieni jako niewolnicy. W pewnym momencie ich strażnicy (wyglądający trochę jak hiszpańscy plantatorzy/konkwistadorzy w kapeluszach) sobie gdzieś poszli, co niewolnicy wykorzystali próbując pić wodę z rzeki, co uczyniło ich radosnymi. Natomiast ja, z grupką innych osób, których zupełnie nie pamiętam, zrobiłem coś, co niewolnikom bardzo pomogło. Tu pamięć mam bardzo zamazaną, nie wiem, czy kogoś zabiłem, czy ułatwiłem im dostęp do rzeki, czy kogoś uwolniłem - nie pamiętam. Tu mniej więcej sen się kończy, pamiętam jeszcze dość dokładnie że zdziwiło mnie, że mimo pomocy i odejścia strażników, niektórzy niewolnicy nie próbują oswobodzić się z więzów, którymi np byli przywiązani do drzew. Może to symbol czegoś, może tylko senny bezsens ;refleksje -
wieczorem dnia poprzedniego oglądałem program o brazylijskim architekcie Oskarze Niemayerze, który nie krył swoich prokomunistycznych i prorewolucyjnych przekonań. Stąd pewnie Che Guevara.
Sen II - i tu jest niezły odjazd. Sen był długi, szczegółowy i miał dość sensowną fabułę, co nie jest częste w moich snach.
Nie wiem czy zdołam go dobrze opisać i obawiam się że będzie można się pogubić, bo sam nie do końca potrafię go opisać, ale spróbuję. Sen dział się w całkowicie abstrakcyjnym świecie. Zaczęło się chyba od pojedynku dwóch kapłanów. Pojedynku nie w sensie walki, a argumentów, coś w stylu teologicznej dysputy, dodatkowo z użyciem magii, o władzę w państwie. (lekki odjazd : ] ) Wydaje mi się, ze jednym z tych kapłanów - władców byłem ja. Drugim - do końca nie wiem, ale chyba był to ktoś, kogo znam. Walkę wygrywam ja (nie zabijam mojego przeciwnika) przejmuję władzę i zmieniam ustrój królestwa (całkowicie wymyślona kraina, nic historycznego). Odrzucam jednowładztwo i separację mojego królestwa i powołuję radę i zapraszam na nią przedstawicieli różnych królestw, łącznie zasiada w niej kilka osób - ja, ten drugi kapłan, i przedstawiciele elfów i krasnoludów (
). Każda frakcja podczas rady miała swój kolor, ja miałem ciemno granatowy. Jest potrzeba wspólnego działania przeciwko wielkiemu zagrożeniu zza gór, nie wiem co to było, po prostu ogólny symbol wielkiego zła. krasnoludy chciały działać separatystycznie, nie podeszli do wspólnych rozmów. W końcu udało się ich nakłonić, lecz było już troszkę za późno, bo część ich ziem zostało kompletnie zniszczonych przez owo zło zza gór, w tym również wielki rów albo mur [nie pamiętam] który oddzielał nas od przeciwnika.Co dalej... zaczęliśmy pomagać krasnoludom, zalewanym przez lawę, zleciłem odkopywanie zawalonych tuneli i zreformowałem część wojska (jakby abstrakcji było mało, okazało się, ze mamy bardzo przestarzałe, drewniane czołgi :shock: ) i walka miała trwać nadal, choć krasnoludy zostały prawie całkowicie zniszczone. Tu mniej więcej sen się skończył, nie kojarzę dalszego ciągu.Kod:
Kod: Zaznacz wszystko
OGÓŁEM
[color=#80BF00]Ilość zapamiętanych snów:[/color] 3
[color=#80BF00]Ilość snów świadomych:[/color] 0
[color=#80BF00]Liczba przespanych godzin:[/color] 11,5




