31-12-2010, 12:26
Dzisiaj 4+1 i kolejne LD.
Tym razem długo trwało zanim skończył się ten dziwny dźwięk w uszach. Nagle wszystko ucichło, czuje jak mnie coś chwyta za nogi i z ogromną siłą ciągnie w dół łóżka. Trwa to dobrą chwilę, łóżko zdaje się być nieskończenie długie... w końcu spadam na podłogę. Patrze na swoją dłoń, potem na pokój. Pierwsze co mnie uderzyło, to duża realność tamtego świata. Wcześniej obraz miałem lekko zamazany, a teraz wszystko wyglądało na prawie tak jak w rzeczywistości (mówię prawie, jeszcze do prawdziwego świata trochę brakowało, np. stabilności). Otwieram okno, wyskakuję. Spoglądam w górę. W tym momencie zostaje oszołomiony przez NIE-SA-MO-WI-TY widok, gdybym był malarzem, na pewno bym to namalował. Niebo z jednej strony rozświetlone przez słońce, z drugiej zaś spowite niezliczonej ilości gwiazdami, galaktykami, różnymi zaskakującymi wzorami. Dzień i noc spotykają się na środku nieba, przebijają jedno przez drugie, można powiedzieć łagodnie się przenikają. Wygląda to fascynująco. Kładę się plecami na trawie, żeby móc dokładniej obserwować podzielone sklepienie. Jednak wewnętrzny wskaźnik oznajmia mi, już czas, czas wracać...
i to na tyle by było
Tym razem długo trwało zanim skończył się ten dziwny dźwięk w uszach. Nagle wszystko ucichło, czuje jak mnie coś chwyta za nogi i z ogromną siłą ciągnie w dół łóżka. Trwa to dobrą chwilę, łóżko zdaje się być nieskończenie długie... w końcu spadam na podłogę. Patrze na swoją dłoń, potem na pokój. Pierwsze co mnie uderzyło, to duża realność tamtego świata. Wcześniej obraz miałem lekko zamazany, a teraz wszystko wyglądało na prawie tak jak w rzeczywistości (mówię prawie, jeszcze do prawdziwego świata trochę brakowało, np. stabilności). Otwieram okno, wyskakuję. Spoglądam w górę. W tym momencie zostaje oszołomiony przez NIE-SA-MO-WI-TY widok, gdybym był malarzem, na pewno bym to namalował. Niebo z jednej strony rozświetlone przez słońce, z drugiej zaś spowite niezliczonej ilości gwiazdami, galaktykami, różnymi zaskakującymi wzorami. Dzień i noc spotykają się na środku nieba, przebijają jedno przez drugie, można powiedzieć łagodnie się przenikają. Wygląda to fascynująco. Kładę się plecami na trawie, żeby móc dokładniej obserwować podzielone sklepienie. Jednak wewnętrzny wskaźnik oznajmia mi, już czas, czas wracać...
i to na tyle by było





