12-10-2010, 02:14
kurcze, coraz częściej myślę o tym, że chciałbym już by świat się skończył i by spełnił się mój sen. To by była jakaś sprawiedliwość (przynajmniej dla mnie). Czasem czuje się bezsilny wobec tego świata i ludzi na nim żyjących. Ale zaraz potem sobie myślę, że prawdopodobieństwo zniknięcia ludzi ze świata, pozostawienia Ziemi zdatnej do życia i akurat moje (czy też nasze) przeżycie jest mało prawdopodobne. Bijąc się sam ze sobą, przekonuję siebie, że poniekąd to już się dzieje (doniesienia o zimie tysiąclecia; za parę dni naszą atmosferę muśnie planetoida; podobno za parę miesięcy ma być powtórka, z tym że większa i bardziej "celnie" będzie lecieć; rozbłysk Słońca, powtarzający się co ileś tam tysięcy lat; przebiegunowanie Ziemi i związane z tym dziwne jak dotąd zjawiska atmosferyczne; no i dla mnie najgorszy argument, ale wspomnieć muszę - kalendarz majów
). Nie można być jednak pewnym końca, więc zmagam się z codziennością i problemami tego świata. Ale podświadomie chyba chcę tego końca, chcę by to się wreszcie wydarzyło. A Wy? 
tylko nie wyskakujcie z żadnymi teoriami o depresji czy coś, bo czuję się dobrze
). Nie można być jednak pewnym końca, więc zmagam się z codziennością i problemami tego świata. Ale podświadomie chyba chcę tego końca, chcę by to się wreszcie wydarzyło. A Wy? 
tylko nie wyskakujcie z żadnymi teoriami o depresji czy coś, bo czuję się dobrze





