20-02-2026, 18:00
Było lato, stałam przy skalniaku na podwórku rodziców. Gdzieś za mną były mama i babcia, rozmawiałam z nimi bez odwracania się w ich stronę. Powiedziałam coś o tym, że jest niedobrze. Babcia zaczęła mi wciskać jakieś dobre rady i żebym wyjechała do jakiegoś jej ulubionego miejsca, jakby to miało w czymkolwiek pomóc. Odpowiedziałam jej z niechęcią, że to nie rozwiąże żadnego problemu.
====================================================
Rysowałam na tablecie, ale w jakiś sposób podłączonym do projektora, że widziałam obrazy na ścianie, nie na komputerze. Rysowałam fale na morzu, wielokrotnie cofając i poprawiając, szukając najlepszego stylu.
W tym samym pomieszczeniu albo tuż za ścianą była mama, która z kimś rozmawiała, głosy były mocno przytłumione.
====================================================
Coś w rodzaju filmu, odtwarzanie historii jakiejś kobiety, podczas spoglądania z góry na mapę jak z Company Of Heroes.
Narrator powtarzał plotki, że w czasie wojny babka tej kobiety była bardzo skąpa. Jak Niemcy wzięli dziadka do niewoli, po kilku latach oferowali możliwość wykupienia go z niewoli i uniknięcia egzekucji, ale ona przez skąpstwo nie skorzystała z tej oferty. W jakiś sposób ten dziadek przed śmiercią zdołał pozostawić w testamencie wnuczce wrak małego samolotu albo helikoptera. Jak ta wnuczka, już dorosła i dobrze sytuowana osoba, weszła do środka, uruchomił się hologram w stylu Gwiezdnych Wojen. Na nagraniu dziadek zaczął mówić coś o tym, że niech ją nie zwiedzie obecna zamożność, bo w przeszłości ich rodzina była tak biedna, że myli się w kałużach i jedli zdechłe jaszczurki.
====================================================
Jakaś dziwna alternatywna rzeczywistość, gdzie dom i podwórko rodziców zostały przeniesione na obrzeża najbliższego miasta.
Siedziałyśmy z siostrą na sznurkowej huśtawce za domem, narzekając o tym, że jak raz się udało uciec ze wsi do trochę mniejszej dziury, już rodzina zużyła limit szczęścia i nie zdołamy dalej poprawić sytuacji życiowej. Potem mówiła coś jeszcze, że jest w stanie wymyślić kolejną historię, pod warunkiem, że to nie będzie coś negatywnego, bo ona ma dość negatywności w życiu.
Potem jakoś całą rodziną jechaliśmy przez miasto kreskówkową kolejką bez dachu i dało się nad głowami widzieć równie kreskówkowe drewniane pomosty wychodzące z balkonów w kamienicach wokół. Było to dość zacienione miejsce, przez wysokie drzewa i budynki stojące dość blisko siebie po obu stronach wąskiej ulicy.
Zaczęłam pytać siostrę, czy tylko tak duże miasto jak Warszawa może spełnić warunki do uznania przeprowadzki za "poprawę poziomu życia".
====================================================
Rysowałam na tablecie, ale w jakiś sposób podłączonym do projektora, że widziałam obrazy na ścianie, nie na komputerze. Rysowałam fale na morzu, wielokrotnie cofając i poprawiając, szukając najlepszego stylu.
W tym samym pomieszczeniu albo tuż za ścianą była mama, która z kimś rozmawiała, głosy były mocno przytłumione.
====================================================
Coś w rodzaju filmu, odtwarzanie historii jakiejś kobiety, podczas spoglądania z góry na mapę jak z Company Of Heroes.
Narrator powtarzał plotki, że w czasie wojny babka tej kobiety była bardzo skąpa. Jak Niemcy wzięli dziadka do niewoli, po kilku latach oferowali możliwość wykupienia go z niewoli i uniknięcia egzekucji, ale ona przez skąpstwo nie skorzystała z tej oferty. W jakiś sposób ten dziadek przed śmiercią zdołał pozostawić w testamencie wnuczce wrak małego samolotu albo helikoptera. Jak ta wnuczka, już dorosła i dobrze sytuowana osoba, weszła do środka, uruchomił się hologram w stylu Gwiezdnych Wojen. Na nagraniu dziadek zaczął mówić coś o tym, że niech ją nie zwiedzie obecna zamożność, bo w przeszłości ich rodzina była tak biedna, że myli się w kałużach i jedli zdechłe jaszczurki.
====================================================
Jakaś dziwna alternatywna rzeczywistość, gdzie dom i podwórko rodziców zostały przeniesione na obrzeża najbliższego miasta.
Siedziałyśmy z siostrą na sznurkowej huśtawce za domem, narzekając o tym, że jak raz się udało uciec ze wsi do trochę mniejszej dziury, już rodzina zużyła limit szczęścia i nie zdołamy dalej poprawić sytuacji życiowej. Potem mówiła coś jeszcze, że jest w stanie wymyślić kolejną historię, pod warunkiem, że to nie będzie coś negatywnego, bo ona ma dość negatywności w życiu.
Potem jakoś całą rodziną jechaliśmy przez miasto kreskówkową kolejką bez dachu i dało się nad głowami widzieć równie kreskówkowe drewniane pomosty wychodzące z balkonów w kamienicach wokół. Było to dość zacienione miejsce, przez wysokie drzewa i budynki stojące dość blisko siebie po obu stronach wąskiej ulicy.
Zaczęłam pytać siostrę, czy tylko tak duże miasto jak Warszawa może spełnić warunki do uznania przeprowadzki za "poprawę poziomu życia".





