07-02-2025, 16:35
Była lekcja matematyki. Rozwiązywaliśmy zadania. Treść jednego z zadań miałem przepisaną do zeszytu. Nagle w podręczniku zniknęło to zadanie. Patrzę do zeszytu i też nie ma treści. Pani nauczycielka zdziwiona co się stało. Powiedziałem, że to się wszędzie teraz zmienia. Koniec lekcji. Wychodzimy ze szkoły, ale ja jeszcze wracam na piętro po coś. Na stosiku leżą gazety z programami telewizyjnymi. Wziąłem jedną i, gdzieś przełożyłem. Ktoś wziął cały stosik i przeniósł do klasy. Nie wiem po co tam poszedłem. Nie potrzebowałem żadnych gazet. Koleżanki już poszły do domu. Grupka uczniów biegła sobie. Szedłem sobie ulicą. Spotkałem trzech kolegów. Stali w jakichś krzakach. Jeden z nich coś o czymś do mnie mówił.
Lecę nad lasem. Wygląda to raczej jakbym przewijał i przybliżał mapę. Zauważam takie charakterystyczne drzewka. Ląduję obok strumyka (bo tam był obok tych drzewek). Na ścieżce znajduję wielki jak pięść, ciekawy kamień. Biorę go. Jest raczej ciężki. Ktoś mówi coś o mrówkach pod kamieniem. Wypuszczam kamień z ręki. Jednak nie ma tam żadnych mrówek. Biorę z powrotem kamień. Idę z nim zobaczyć kałużę czy coś tam. Przybiega dziewczynka. Mówię jej cześć chociaż jej nie znam. Przychodzą jeszcze jacyś chłopacy, chyba jej koledzy, pobawić się tam. Ląduje tutaj jakiś pan. Uciekam przez chwilę, ale się zatrzymuję. Nie ma przecież wrogich zamiarów. Chcę wyjść z tamtego miejsca. W ogóle to jest trochę jak jaskinia. Przed wyjściem patrzę na kamień. Zmienił się częściowo jego kolor, jakby miał niebieską skorupę. Wychodzę, ale ciężko się idzie mi pod górkę. Na dodatek mam coś z lewą nogą, ciągnę ją za sobą. Opieram się o ścianę tej niby jaskini i budzę się.
Lecę nad lasem. Wygląda to raczej jakbym przewijał i przybliżał mapę. Zauważam takie charakterystyczne drzewka. Ląduję obok strumyka (bo tam był obok tych drzewek). Na ścieżce znajduję wielki jak pięść, ciekawy kamień. Biorę go. Jest raczej ciężki. Ktoś mówi coś o mrówkach pod kamieniem. Wypuszczam kamień z ręki. Jednak nie ma tam żadnych mrówek. Biorę z powrotem kamień. Idę z nim zobaczyć kałużę czy coś tam. Przybiega dziewczynka. Mówię jej cześć chociaż jej nie znam. Przychodzą jeszcze jacyś chłopacy, chyba jej koledzy, pobawić się tam. Ląduje tutaj jakiś pan. Uciekam przez chwilę, ale się zatrzymuję. Nie ma przecież wrogich zamiarów. Chcę wyjść z tamtego miejsca. W ogóle to jest trochę jak jaskinia. Przed wyjściem patrzę na kamień. Zmienił się częściowo jego kolor, jakby miał niebieską skorupę. Wychodzę, ale ciężko się idzie mi pod górkę. Na dodatek mam coś z lewą nogą, ciągnę ją za sobą. Opieram się o ścianę tej niby jaskini i budzę się.





