13-10-2024, 16:21
Chodziłem po korytarzu jakiegoś budynku. Był to chyba szpital psychiatryczny. Dziwne to było. Widziałem lekarza. Na końcu korytarza usiadłem pod ścianą i obserwowałem co się działo. W kącie leżały jakieś śmieci. Ruszały się. Pod nimi siedziała jakaś istota. Ktoś rzucił w jej stronę jabłko lub coś podobnego. Rozprysło się. To stworzonko bardzo się zasmuciło. Podniosło się. Było podobne do dziewczyny, a raczej udawało dziewczynę. Rzuciło się na mnie. Okazało się wielką czarną modliszką. Chciała mnie zjeść zaczynając od twarzy. Ktoś ją zabrał ode mnie i odrzucił na poprzednie miejsce. Wstałem i zacząłem uciekać. Ta modliszka za mną biegła. Znowu mnie zaatakowała. Pamiętam, że była noc i lecieliśmy przy drzewach. Jakoś udało mi się zaplątać tą modliszkę w linki, które zwisały z jednego drzewa, a sam odleciałem. Potem znowu byłem w psychiatryku. Pomyślałem sobie, że pójdę do wyjścia. Były tam szklane drzwi. Powiedziałem pielęgniarce, że chcę tylko popatrzeć. Udało mi się przejść, a przeszedłem przez szybę jak przez gęsty płyn. Uciekłem. Jednak wróciłem po jakimś czasie. Zabrałem ze sobą jakąś dziewczynę, która też tam była. Razem uciekliśmy. Potem ona wchodziła na ośnieżoną górkę i zjeżdżała z niej na nartach.





