27-04-2023, 14:47
Choć miałem już dotychczas sporo refleksji na ten temat, to ostatnio miałem nieprzyjemny wgląd w to jak bardzo moja presja na doświadczanie "światła" od praktyki medytacji bierze się z chęci ucieczki "od siebie", czucia się "źle", tak żeby rozwinąć nawet nie tyle brak cierpienia, co duże zadowolenie. Zwróciłem jednak większą uwagę, jak to wszystko kręci się w okół aspektu samooceny. Porównania między tym co o sobie często myślę kiedy umysł jest zamglony, a jak zwykle myślę jak jest przejrzysty (to czemu jakości medytacyjne tak wpływają na samoocenę to już inna kwestia). I takiego postawienia sporego znaku równości między szczęściem, a tymi myślami. Pobyłem trochę z tymi refleksjami, a nieco później doświadczyłem ciężkiego bólu emocjonalnego. Będąc tym przytłoczonym zacząłem się przyglądać negatywnym myślom o sobie i zastanawiać, co jest w tym tak strasznego. Po jakimś czasie te uczucia minęły a we mnie rozwinęła się refleksja, że chyba idealizuje wysoką samoocenę i traktuje samoocenę samą w sobie za bardzo realną. Że myślę o sobie w tych "dobrych" momentach, albo o ludziach, którzy w moim odczuciu mają wysoką samoocenę i traktuje to bardzo poważnie. I czuję, że pojawił się przez te wszystkie refleksje większy swego rodzaju dystans do braku dystansu do siebie. Nie poświęcam już tyle energii na walkę, próby odbijania negatywnych myśli. I choć z początku odczuwałem to jako prowokowanie utraty czegoś cennego, to z czasem coraz mniej. I zmniejszył się ten znak równości między szczęściem i też samymi efektami medytacji a samooceną. Większy spokój, poczucie wolności. Co więcej samoocena szybciej wraca do równowagi co fajnie pokazuje jak próby jej kontroli są nie tylko nieskuteczne, zbędne, ale też i szkodzące.
Nie twierdzę, że te wglądy czy podejście jest samowystarczalne, ani tym bardziej że jest terapeutyczne. Stricte terapeutyczna byłaby praca nad zmianami treści umysłu, zamiast spojrzenie na to jak na jego grę. Sam zastanawiałem się czy te efekty nie biorą się z jakiegoś meta-boost'u samooceny z racji przeświadczenia o dystansie do samooceny (że to takie "duchowe"), albo to efekty medytacji, które miną. Natomiast to dla mnie na ten moment bardzo ciekawa i wyglądająca na cenną perspektywa w kontekście pogłębiania wglądu w pustkę myśli. Sam ten tekst w moim odczuciu jest wyrazem m.in. oswajania się z tym tematem, niejako idąc za ciosem.
Wrzucam cytat z książki Barry Magid "Koniec pogoni za szczęściem", który wręcz idealnie w moim odczuciu pasuje do tego o czym piszę.
EDIT: Skojarzyło mi się też z notką, którą kiedyś napisałem.
Jakiś czas temu ją odkopałem i co jakiś czas orientuje się, że wciąż w jakimś stopniu traktuje różne elementy psychiki jak taką właśnie wieżę, monument. Teraz przyjrzałem się samoocenie. Okazuje się, że gdy odważymy się zupełnie nic nie robić z negatywnymi myślami o sobie, ta wieża okazuje się samoregulującym procesem, w którym "my" tylko przeszkadzamy. Oczywiście piszę te wnioski w odniesieniu do swojego doświadczenia. Myślę, że wiele osób działa w jakimś stopniu pod tego typu odruchami i przekonaniami. Niektórzy mogą mieć inne wieże. Albo coś jeszcze całkiem innego. Każdy przywiązuje się do swojego "ja" na trochę inny sposób i w inny sposób komplikuje sobie życie. Wierzę, że wnikanie w niuanse tego procesu jest istotnym czynnikiem na drodze do głębokiej wolności i szczęścia.
Nie twierdzę, że te wglądy czy podejście jest samowystarczalne, ani tym bardziej że jest terapeutyczne. Stricte terapeutyczna byłaby praca nad zmianami treści umysłu, zamiast spojrzenie na to jak na jego grę. Sam zastanawiałem się czy te efekty nie biorą się z jakiegoś meta-boost'u samooceny z racji przeświadczenia o dystansie do samooceny (że to takie "duchowe"), albo to efekty medytacji, które miną. Natomiast to dla mnie na ten moment bardzo ciekawa i wyglądająca na cenną perspektywa w kontekście pogłębiania wglądu w pustkę myśli. Sam ten tekst w moim odczuciu jest wyrazem m.in. oswajania się z tym tematem, niejako idąc za ciosem.
Wrzucam cytat z książki Barry Magid "Koniec pogoni za szczęściem", który wręcz idealnie w moim odczuciu pasuje do tego o czym piszę.
Cytat:Kiedy pytam ludzi, na czym polega ich praktyka, zwykle słyszę coś w rodzaju: „Liczenie oddechów". Ale co ta osoba faktycznie robi? Którąkolwiek metodę stosujemy, nieuchronnie staramy się włączyć praktykę w służbę jednej lub wielu naszych fantazji o uleczeniu. Fantazja o uleczeniu to nasz prywatny mit, za pomocą którego zwykle staramy się wyjaśnić, co takiego jest z nami i naszym życiem nie tak i co naszym zdaniem mogłoby ten stan rzeczy poprawić. Czasem te fantazje są całkiem wyraźne: jesteśmy pewni, że wiemy, co tu nie gra i co chcemy osiągnąć. Oczywiście, to poczucie pewności nie gwarantuje, że mamy rację. Dalsza praktyka może nas zmusić do radykalnego zakwestionowania naszych przekonań co do tego, w czym tkwi problem i gdzie szukać jego rozwiązania. Czasem te fantazje kryją się w tle praktyki i jesteśmy ich mniej lub bardziej świadomi. Nauczyciel i uczeń muszą wówczas wspólnie dojść do tego, jak je w pełni wydobyć na światło dzienne i ujawnić ich założenia, jeszcze zanim uczeń będzie gotów się z nimi zmierzyć. Fantazje o uleczeniu przyjmują wiele form, a kiedy wiemy, gdzie się kryją, możemy je rozpoznać w przeróżnych sytuacjach.
(…)
Każdy, kto przychodzi na terapię albo zaczyna praktykę medytacyjną, czuje, że coś jest z nim nie tak, i chce to naprawić. Spodziewa się tej naprawy. Przychodzimy szukać ulgi w cierpieniu, jakkolwiek rozumiemy „cierpienie" i „ulgę". Tym niemniej zen (i może Bert Lance) mówi nam, że samo takie poszukiwanie może być przejawem braku równowagi, którą właśnie chcemy przywrócić. Jedynie przez pozostawienie wszystkiego takim, jakie jest, możemy uchronić się przed pozorną dychotomią problemów i rozwiązań, utrwalającą właśnie to, ku poprawieniu czego zmierzamy. Ale nie możemy dojść do tego wniosku zbyt gładko ani zbyt szybko. Najpierw musimy dokładnie zbadać wszystkie nasze odczucia, które mówią nam, że coś w nas szwankuje, i szczerze odpowiedzieć sobie na pytanie, jakiego rozwiązania, kuracji czy wybawienia potrzebujemy - a przynajmniej wydaje nam się, że potrzebujemy. Każdy z nas stara się w taki czy inny sposób wyleczyć się, ale często nasze nadzieje kryją się gdzieś w głębi, a my nie jesteśmy pewni ani czego tak naprawdę szukamy, ani jak zamierzamy to osiągnąć. Możemy dużo rozprawiać o tym, czego oczekujemy od medytacji, ale gdzieś w naszym umyśle zakorzeniona jest fantazja, że jest coś takiego, co naprawi nas raz na zawsze. To naprawianie może nosić różne nazwy. Jedną z nich jest „oświecenie". Można je sobie wyobrażać jako życie trwale i całkowicie wolne od wszelkich problemów. Oświecenie jest czymś rzeczywistym, bardziej rzeczywistym, niż moglibyśmy sobie w ogóle wyobrazić, ale nigdy nie dowiemy się, czym jest, jeśli będziemy mylić je z naszymi fantazjami i marzeniami.
(…)
„Gdybym tylko raz na zawsze mógł się pozbyć...". Spróbuj sam wstawić coś w miejsce kropek. Takie podejście do praktyki, jeśli nie stawimy mu czoła, robi z uczniów duchowych anorektyków (a czasem i anorektyków w sensie dosłownym): praktyka staje się szlachetną drogą oczyszczenia samego siebie z tego, czego się u siebie nienawidzi. Nienawiść do swojej śmiertelności czy jakichś defektów przeradza się w wojnę przeciw własnemu ciału. Trzeba je przekształcić w bezduszną maszynę, która wszystko zniesie, albo odrzucić jak plewy, które tylko osłaniają jakiegoś „prawdziwego", wyidealizowanego „mnie". Ruszamy na wojnę z własnym umysłem, staramy się odciąć emocje lub myśli w ogóle, jak gdybyśmy za to mogli raz na zawsze osiąść w spokojnej pustce. Chcemy zrobić z praktyki jakąś formę umysłowej lobotomii, która odetnie wszystko, co nas przeraża lub zawstydza, być może odcinając też przy okazji samo myślenie.
EDIT: Skojarzyło mi się też z notką, którą kiedyś napisałem.
Cytat:Podświadomie czujemy, że cegiełki, które dokładamy do naszego monumentu wiedzy, nie zawsze idealnie pasują. Ale boimy się nie dołożyć kolejnej w obawie, że nasz monument runie. Choć ta luka była już wcześniej, ale jej nie widzieliśmy. No, ale teraz pojawia się egzystencjalny lęk. Zwykle ledwo wyczuwalny i nienazwany. "Może wypadła?", "A jak wypadnie ta obok? Lepiej zapobiegać, niż leczyć", "Ile będzie mnie kosztowało zbudowanie nowego?", "Co pomyślą ludzie jak runie? Mają takie piękne monumenty! Wyśmieją mnie!". Co chwilę przychodzi jakieś trzęsienie ziemi i wystawia naszą budowlę na próbę.
Jakiś czas temu ją odkopałem i co jakiś czas orientuje się, że wciąż w jakimś stopniu traktuje różne elementy psychiki jak taką właśnie wieżę, monument. Teraz przyjrzałem się samoocenie. Okazuje się, że gdy odważymy się zupełnie nic nie robić z negatywnymi myślami o sobie, ta wieża okazuje się samoregulującym procesem, w którym "my" tylko przeszkadzamy. Oczywiście piszę te wnioski w odniesieniu do swojego doświadczenia. Myślę, że wiele osób działa w jakimś stopniu pod tego typu odruchami i przekonaniami. Niektórzy mogą mieć inne wieże. Albo coś jeszcze całkiem innego. Każdy przywiązuje się do swojego "ja" na trochę inny sposób i w inny sposób komplikuje sobie życie. Wierzę, że wnikanie w niuanse tego procesu jest istotnym czynnikiem na drodze do głębokiej wolności i szczęścia.
let's worship cats





