19-10-2022, 13:40
Standardowo pakowałam rzeczy do ucieczki przed jakimś kataklizmem. Pojechalismy do jakiegoś miejsca grupowego przechowywania ludności, gdzie panował tłok i harmider. Położyłam się na pryczy i prawie zasnęłam ale nagle wpadli dziwnie odziani żołnierze i krzyczeli, że panuje skażenie. Mało tego, źródło leży dokładnie w tym budynku. Wszyscy prawie uciekli, a ja próbowałam się dopytać o co chodzi dokładnie i chciałam pomóc. Jeden żołnierze powiedział, że gdzieś uchodzi wodorotlenek wapnia czy magnezu. Wszyscy biegali jak poparzeni. Chciałam im utorować drogę i podniosłam wielki stary telewizor i nie wiem dlaczego odłożyłam go na kuchnię opalaną węglem i zaczął się tlić. Stałam chwilę i patrzyłam i nie mogłam skumać dlaczego to zrobiłam. Wszyscy przenieśli się do nowego budynku. Były tam baseny, chyba jednak nie były przeznaczone do pływania bo miały wysokie pochylone betonowe brzegi, ale i tak wszyscy się tam moczyli. C skoczył do wody i uderzył w kant twarzą. Cudem brzegi nagle okazały się obłożone gumą i tylko się potłukł, nawet nie złamał nosa. Po tym pamiętam tylko urywki. Rozmowę z obszarpanym jegomościem w kapeluszu, który coś opowiadał. Rozmowy z siostrami w otoczeniu namiotów zrobionych z byleczego a wszystko okraszone strachem, przed katastrofą.





