16-09-2022, 02:04
Dzień 65
Dyscyplina nazywa się grav-surfing, jak powiedział jeden z fanów zagadniętych w okolicach toru wyścigowego. W czasie, kiedy na torze nic się nie działo, zeszliśmy na dół i mogłam zobaczyć z bliska te szerokie deski, na których latali zawodnicy. Rzeczywiście nie miały ani napędu, ani nic do sterowania. Kiedy pytałam, już bardziej dla formalności, czy rzeczywiście steruje się tym wyłącznie siłą umysłu, już wiedziałam, jaką dostanę odpowiedź.
Z dwójką młodych ludzi, którzy przedstawiali się jako Pat i Mavik, poszliśmy do pawilonu pod trybunami, gdzie składowano więcej takich desek. Pat uruchomił taką jedną przez dotykanie niewielkich symboli wyrytych na jednej z jej krawędzi
(przełączniki)
i urządzenie zawisło nieruchomo w powietrzu. Chłopak wskoczył na deskę zwinnym ruchem.
Pytałam go, czy na pewno chce startować w zamkniętym pomieszczeniu, czy jest pewien, że to się źle nie skończy, ale on tylko się roześmiał. Nie wykonał żadnego widocznego ruchu, kiedy mistycznym sposobem sprawił, że deska zaczęła płynąć w powietrzu. Pat skierował się do szerokiego łukowatego wyjścia i wydostał się na zewnątrz. Mavik i ja wybiegliśmy za nim. Przynajmniej na początku szybkość jego lotu nam na to pozwalała.
Kiedy znalazł się na torze – NAD NIM! - wyraźnie przyspieszył. Teraz zmienił pozycję ciała, stanął na lekko ugiętych nogach. Nie byłam pewna, jak bardzo mu to pomoże, kiedy rozwinie taką prędkość jak zawodnicy ścigający się tutaj dzień wcześniej. Jakimś niepojętym cudem jednak cały czas utrzymywał równowagę, nawet jak przyspieszał. Dobra, nie rozwinął może takiej szybkości jak miałam okazję obserwować podczas wyścigu, ale w fizycznym świecie człowiek jadący albo lecący w ten sposób na platformie bez żadnego uchwytu już dawno leżałby na glebie z poważnymi obrażeniami.
Mavik w którymś momencie spojrzał na mnie i najwyraźniej zinterpretował mój wyraz twarzy na swój sposób.
- Masz swoją deskę? – spytał szczerząc zęby w radosnym, nie wróżącym nic dobrego uśmiechu.
Cholera, oczywiście, że nie mam i nigdy nie miałam. O istnieniu grav-surfingu dowiedziałam się ledwie dzień wcześniej!
A on tymczasem, niech go diabli wezmą, wyciągnął z kieszeni jakiś niewielki obiekt. Kawałek kryształu albo czegoś bardziej metalicznego, o kilku ostrych wierzchołkach. Kiedy wyciągnął rękę z tym przed siebie, ten przedmiot zaczął znikać a przed nim zaczęła się materializować jak duch cholerna deska, już wisząca w gotowości pół metra nad ziemią.
- No, dalej, nie bój się.
Mavik zrobił nieokreślony gest, w jego mniemaniu chyba zachęcający. Ja raczej poczułam, że stopy wrastają mi w grunt.
Nie, nie o to chodziło, że tchórzyłam. ABSOLUTNIE nie o to. Po prostu wyobraziłam sobie, że próbuję wskoczyć na tę deskę i lecieć, tutaj, na stadionie, na oczach wszystkich Prawdziwych na trybunach i wokół toru. Już widziałam swój sromotny upadek i publiczne upokorzenie, na które zdecydowanie nie byłam gotowa.
Raz już ośmieszyłam się wystarczająco, żeby przez pewien czas trzymać się z daleka od Okręgu Jetter.
- Nie wykręcaj się. Widzę, że tchórzysz.
Skubana tulpa, jednak miała szansę mnie do tego namówić. Sama nie wiem jak, wskoczyłam na tę deskę. To trzymało poziom nawet całkiem stabilnie. Żeby tym jakkolwiek zachwiać, musiałam celowo używać więcej siły, przenosząc swój środek ciężkości.
- No dobra – mruknęłam – To jak tym poruszyć?
- Pomyśleć, że to wszystko iluzja twojego umysłu? - Kiri życzliwie podsunęła mi parafrazę z Matrixa. No, dziękuję, bardzo to było pomocne.
- Skoncentruj się na ruchu – powiedział Mavik niepewnie – To tak całkiem serio twój pierwszy raz na desce?
- Nie widać?
Spróbowałam jakoś przesunąć się do przodu. Spróbowałam chcieć się poruszyć.
To był proces podobny do emitowania energii? Może powinnam wejść w podobny stan umysłu jak przy zabawach w tworzenie kuli światła. O ile to nie były jakieś interakcje na poziomie Struktury. Deski miały na sobie przełączniki, które, o ile dobrze rozumiałam, powiązane były z oddziaływaniem na Strukturę.
Dobra, to musi dać się zrobić. Bez przełączników, bez transu i bez słów mocy. Nie wyobrażałam sobie utrzymywania transu lecąc ze znaczną szybkością, zatem to musiało być prostsze.
Chciałam ruszyć do przodu. To powinno ruszyć do przodu. To takie cholernie naturalne, że ta deska powinna przesuwać się do przodu.
Coś drgnęło. Prawie na pewno drgnęło. Jeszcze trochę, to takie naturalne i oczywiste…
Deska płynnym ruchem przeleciała metr do przodu, zanim znów zamarła wśród lekkich drgań.
Czy teraz powinnam skakać i cieszyć się jak Hiro Nakamura z „Herosów” po tym jak pierwszy raz użył swojej mocy?
- Skakać nie radzę, możesz tym za bardzo zachwiać.
Nie bez gorzkiej sarkastycznej satysfakcji pomyślałam, że nawet jakbym miała spaść, deska nie była tak wysoko nad ziemią. I w tym momencie stała w miejscu. Dopiero zamierzałam to zmienić.
Drugi raz poszło szybciej. Może już lepiej to czułam. Przesunęłam się kilka metrów wzdłuż toru, mniej więcej w momencie, kiedy Pat zrobił pełne okrążenie i przeleciał obok, machając do nas ręką.
Spróbowałam ruszyć za nim, niemiłosiernie powoli i niemrawo. Nie byłam pewna, JAK w ogóle to robiłam, mogłam stwierdzić tyle, że po prostu odruchowo się napinałam, ale nie było w tym żadnej celowości. A w momencie, kiedy w jeszcze bardziej mistyczny sposób przyspieszyłam, poczułam, że utrzymanie równowagi zaczyna wymagać wysiłku.
Pat znacznie się oddalił. Właściwie nie spodziewałam się, że będzie czekał na taką niedorajdę. Zaciskając zęby, spróbowałam przyspieszyć bardziej i może skręcić, coby lepiej dostosować swój ruch do toru wyścigowego, ciągnącego się teraz po mojej lewej stronie. Zdecydowanie nie powinnam robić tego jednocześnie na tym etapie. Nawet mi się jakoś udało. Tak, że deska przekrzywiła się, prawa strona znalazła się wyżej niż lewa a ja nagle znalazłam się na trawniku.
- Bardziej niebezpieczne niż hulajnogi elektryczne? - usłyszałam w głowie rozbawiony srebrny głosik. Na chwilę zamarłam, uświadamiając sobie, że moja tulpa, istota obecna jedynie w tym świecie, nigdy nie mogła widzieć hulajnogi elektrycznej. Bardziej niż kiedykolwiek wcześniej poczułam jak bardzo jesteśmy ze sobą powiązane.
Wstałam w momencie, kiedy zdążyłam wzbudzić zainteresowanie innych podróżników przebywających w tej samej części toru. Ktoś spytał mnie, czy wszystko było w porządku.
- Pierwszy raz? - spytał ciemnowłosy chłopak, który w niewyjaśniony sposób przez swoje rysy twarzy wydawał się jednocześnie starszy i młodszy ode mnie. Przytaknęłam.
- To jeszcze pewnie nieraz spadniesz – stwierdził beztrosko. Kiedy przyglądałam się jego uśmiechniętej śniadej twarzy, zwróciłam uwagę na jego oczy. Całe jednolicie czarne, bez tęczówek i białek. Pomyślałam, że jeśli nie zdołam zapamiętać twarzy, po tych oczach z pewnością zawsze go rozpoznam.
Próbowałam jeszcze wielokrotnie tej jazdy nad ziemią. Mavik był bardzo cierpliwy, wręcz sam mnie zachęcał do kolejnych prób.
- To jak z jazdą na rowerze – powiedział, kiedy po raz kolejny podnosiłam się z trawy – To chyba kwestia wyczucia, żeby poruszać się na tym i utrzymać równowagę.
- Może – mruknęłam niechętnie – Tylko tam przynajmniej wiem, że mam przebierać nogami. Tutaj… nie wiem co właściwie robię poza staniem na bardziej albo mniej ugiętych kolanach.
Mavik w zadumie pocierał palcem podbródek. Jeśli myślał, że jestem tępa i nie ogarniam, niech lepiej powie to na głos, zamiast silić się na dyplomację.
- Tu nie chodzi o to, żeby się spinać i jakoś stanąć. Musisz mieć intencję, co chcesz zrobić.
(Użyj Mocy, Luke)
Mimo wszystko nie byłam w stanie się poddać. Zamierzałam próbować do skutku – w tym przypadku tym pożądanym skutkiem miał być względnie płynny ruch z szybkością większą niż u zaspanego żółwia.
- Chodzi o latanie, prawda? - zagadnęła Kiri.
Wcale nie wydawało mi się, że chodziło o to. Miałam wrażenie, że deski do grav-surfingu i tak nie mogły wznieść się zbyt wysoko ponad stałe powierzchnie. Nie pozwalały na swobodny lot, chociaż niewątpliwie znacznie poszerzały możliwości. Przy poziomie wprawy porównywalnym z grupką dzieciaków, które miałam okazję obserwować, dało się osiągać całkiem przyzwoite szybkości.
Poczułam w pewnym momencie, że poruszam się szybciej i odruchowo pochyliłam się lekko do przodu, mocniej uginając kolana. To wszystko zależało od skupienia na intencji? Równowaga i stabilność też?
Stoję prosto i mocno, moje nogi są jak kamienne filary, związane z ziemią… eeee, deską… jak korzenie wielkiego przedwiecznego drzewa…
Kurczę, może praktyki medytacyjne miały tu dużo więcej zastosowań.
W którymś momencie Mavik odłączył się od Astralu. Pokazał mi wcześniej, skąd mogę pożyczyć deskę, jeśli zechcę bawić się dalej. A w tym momencie bardzo chciałam. Nabrałam jakiegoś rozpędu, nawet jeśli nie dosłownie. Nawet nie oczekiwałam, że zbliżę się do szybkości, którą wcześniej zaprezentował Pat. Wystarczającym sukcesem był dla mnie nieprzerwany ruch, który nie wyglądał jakbym łapała lagi.
Pocieszał mnie fakt, iż nie byłam jedyną bez doświadczenia w grav-surfingu. Po kilku godzinach mogłam się całkiem dobrze zorientować, dla kogo z ludzi wokół był to pierwszy albo drugi raz na desce. Tylko miałam dziwne wrażenie, że w przypadku dzieciaków i nastolatków upadki na trawnik przynajmniej wyglądały artystycznie. Miały w sobie ten romantyczny urok Odkrywania. Ci, którzy wyraźnie wyglądali na dorosłych, spadali na ziemię bardziej żenująco.
Gdzie dokładnie była ta granica między urokiem a żenadą?
Przynajmniej nie spadałam już tak często. Tylko w losowych momentach, kiedy byłam pewna, że nie wykonałam ABSOLUTNIE żadnych specjalnych działań, deska pode mną przyspieszała nagłym zrywem. Kiedy zdarzyło się to kilka razy, próbowałam bardziej uważnie obserwować siebie. Nie wyglądało na to, że akurat tuż przed tym jak deska wyrywała się do przodu, wykonywałam jakiś szczególny ruch albo gest.
Mogłam się tak bawić z przerwą półtora dnia. Potem wszyscy musieli zejść z toru, bo miały zacząć się wyścigi. Część osób odeszła albo zerwała połączenie, reszta zajęła miejsca na trybunach. Ja też postanowiłam zostać.
Przyglądając się pierwszej ósemce zawodników ustawiających się na starcie, uświadomiłam sobie nagle ciszę w mojej głowie. Nie słyszałam dochodzącego zewsząd i znikąd głosu Kiri. Z niewyjaśnionego powodu moja gadatliwa tulpa zdecydowała się dać mi spokój. A przy moich akrobatycznych popisach miała tyle doskonałych okazji do prawienia mi złośliwości!
W którymś momencie spytałam kogoś z fanów, na jakich zasadach podróżnicy mogli startować w zawodach. Nie żebym też chciała. Zdecydowanie się do tego nie rwałam. Tylko chciałam wiedzieć. Tak z ciekawości.
Okazało się, że podstawowym warunkiem była możliwość swobodnej projekcji astralnej na życzenie dowolnego dnia, tak, żeby mieć gwarancję pojawienia się na czas zawodów. Taka zasada obowiązywała tu właściwie w każdej dyscyplinie sportu. No i oczywiście dobrze było mieć jakieś doświadczenie w panowaniu nad tą lewitującą deską.
Ciekawe… Pierwszy z tych warunków na upartego spełniałam właściwie od początku, chociaż nadal nie miałam pojęcia dlaczego. Czy nie do końca kontrolowane, ale codzienne i stabilne przejścia się liczyły? Drugi… Jak długo musiałabym trenować, żeby na tym latać? Czy to naprawdę działało podobnie jak emitowanie energii? Miałam wrażenie, że prędzej już nauczę się tego, niż zdołam przekształcić zabawy z energią w coś pożytecznego jak telekineza.
I nie, powtarzam, nie myślałam serio o startowaniu. Nie planowałam tu sportowej kariery. To były tylko takie luźne rozważania.
Dyscyplina nazywa się grav-surfing, jak powiedział jeden z fanów zagadniętych w okolicach toru wyścigowego. W czasie, kiedy na torze nic się nie działo, zeszliśmy na dół i mogłam zobaczyć z bliska te szerokie deski, na których latali zawodnicy. Rzeczywiście nie miały ani napędu, ani nic do sterowania. Kiedy pytałam, już bardziej dla formalności, czy rzeczywiście steruje się tym wyłącznie siłą umysłu, już wiedziałam, jaką dostanę odpowiedź.
Z dwójką młodych ludzi, którzy przedstawiali się jako Pat i Mavik, poszliśmy do pawilonu pod trybunami, gdzie składowano więcej takich desek. Pat uruchomił taką jedną przez dotykanie niewielkich symboli wyrytych na jednej z jej krawędzi
(przełączniki)
i urządzenie zawisło nieruchomo w powietrzu. Chłopak wskoczył na deskę zwinnym ruchem.
Pytałam go, czy na pewno chce startować w zamkniętym pomieszczeniu, czy jest pewien, że to się źle nie skończy, ale on tylko się roześmiał. Nie wykonał żadnego widocznego ruchu, kiedy mistycznym sposobem sprawił, że deska zaczęła płynąć w powietrzu. Pat skierował się do szerokiego łukowatego wyjścia i wydostał się na zewnątrz. Mavik i ja wybiegliśmy za nim. Przynajmniej na początku szybkość jego lotu nam na to pozwalała.
Kiedy znalazł się na torze – NAD NIM! - wyraźnie przyspieszył. Teraz zmienił pozycję ciała, stanął na lekko ugiętych nogach. Nie byłam pewna, jak bardzo mu to pomoże, kiedy rozwinie taką prędkość jak zawodnicy ścigający się tutaj dzień wcześniej. Jakimś niepojętym cudem jednak cały czas utrzymywał równowagę, nawet jak przyspieszał. Dobra, nie rozwinął może takiej szybkości jak miałam okazję obserwować podczas wyścigu, ale w fizycznym świecie człowiek jadący albo lecący w ten sposób na platformie bez żadnego uchwytu już dawno leżałby na glebie z poważnymi obrażeniami.
Mavik w którymś momencie spojrzał na mnie i najwyraźniej zinterpretował mój wyraz twarzy na swój sposób.
- Masz swoją deskę? – spytał szczerząc zęby w radosnym, nie wróżącym nic dobrego uśmiechu.
Cholera, oczywiście, że nie mam i nigdy nie miałam. O istnieniu grav-surfingu dowiedziałam się ledwie dzień wcześniej!
A on tymczasem, niech go diabli wezmą, wyciągnął z kieszeni jakiś niewielki obiekt. Kawałek kryształu albo czegoś bardziej metalicznego, o kilku ostrych wierzchołkach. Kiedy wyciągnął rękę z tym przed siebie, ten przedmiot zaczął znikać a przed nim zaczęła się materializować jak duch cholerna deska, już wisząca w gotowości pół metra nad ziemią.
- No, dalej, nie bój się.
Mavik zrobił nieokreślony gest, w jego mniemaniu chyba zachęcający. Ja raczej poczułam, że stopy wrastają mi w grunt.
Nie, nie o to chodziło, że tchórzyłam. ABSOLUTNIE nie o to. Po prostu wyobraziłam sobie, że próbuję wskoczyć na tę deskę i lecieć, tutaj, na stadionie, na oczach wszystkich Prawdziwych na trybunach i wokół toru. Już widziałam swój sromotny upadek i publiczne upokorzenie, na które zdecydowanie nie byłam gotowa.
Raz już ośmieszyłam się wystarczająco, żeby przez pewien czas trzymać się z daleka od Okręgu Jetter.
- Nie wykręcaj się. Widzę, że tchórzysz.
Skubana tulpa, jednak miała szansę mnie do tego namówić. Sama nie wiem jak, wskoczyłam na tę deskę. To trzymało poziom nawet całkiem stabilnie. Żeby tym jakkolwiek zachwiać, musiałam celowo używać więcej siły, przenosząc swój środek ciężkości.
- No dobra – mruknęłam – To jak tym poruszyć?
- Pomyśleć, że to wszystko iluzja twojego umysłu? - Kiri życzliwie podsunęła mi parafrazę z Matrixa. No, dziękuję, bardzo to było pomocne.
- Skoncentruj się na ruchu – powiedział Mavik niepewnie – To tak całkiem serio twój pierwszy raz na desce?
- Nie widać?
Spróbowałam jakoś przesunąć się do przodu. Spróbowałam chcieć się poruszyć.
To był proces podobny do emitowania energii? Może powinnam wejść w podobny stan umysłu jak przy zabawach w tworzenie kuli światła. O ile to nie były jakieś interakcje na poziomie Struktury. Deski miały na sobie przełączniki, które, o ile dobrze rozumiałam, powiązane były z oddziaływaniem na Strukturę.
Dobra, to musi dać się zrobić. Bez przełączników, bez transu i bez słów mocy. Nie wyobrażałam sobie utrzymywania transu lecąc ze znaczną szybkością, zatem to musiało być prostsze.
Chciałam ruszyć do przodu. To powinno ruszyć do przodu. To takie cholernie naturalne, że ta deska powinna przesuwać się do przodu.
Coś drgnęło. Prawie na pewno drgnęło. Jeszcze trochę, to takie naturalne i oczywiste…
Deska płynnym ruchem przeleciała metr do przodu, zanim znów zamarła wśród lekkich drgań.
Czy teraz powinnam skakać i cieszyć się jak Hiro Nakamura z „Herosów” po tym jak pierwszy raz użył swojej mocy?
- Skakać nie radzę, możesz tym za bardzo zachwiać.
Nie bez gorzkiej sarkastycznej satysfakcji pomyślałam, że nawet jakbym miała spaść, deska nie była tak wysoko nad ziemią. I w tym momencie stała w miejscu. Dopiero zamierzałam to zmienić.
Drugi raz poszło szybciej. Może już lepiej to czułam. Przesunęłam się kilka metrów wzdłuż toru, mniej więcej w momencie, kiedy Pat zrobił pełne okrążenie i przeleciał obok, machając do nas ręką.
Spróbowałam ruszyć za nim, niemiłosiernie powoli i niemrawo. Nie byłam pewna, JAK w ogóle to robiłam, mogłam stwierdzić tyle, że po prostu odruchowo się napinałam, ale nie było w tym żadnej celowości. A w momencie, kiedy w jeszcze bardziej mistyczny sposób przyspieszyłam, poczułam, że utrzymanie równowagi zaczyna wymagać wysiłku.
Pat znacznie się oddalił. Właściwie nie spodziewałam się, że będzie czekał na taką niedorajdę. Zaciskając zęby, spróbowałam przyspieszyć bardziej i może skręcić, coby lepiej dostosować swój ruch do toru wyścigowego, ciągnącego się teraz po mojej lewej stronie. Zdecydowanie nie powinnam robić tego jednocześnie na tym etapie. Nawet mi się jakoś udało. Tak, że deska przekrzywiła się, prawa strona znalazła się wyżej niż lewa a ja nagle znalazłam się na trawniku.
- Bardziej niebezpieczne niż hulajnogi elektryczne? - usłyszałam w głowie rozbawiony srebrny głosik. Na chwilę zamarłam, uświadamiając sobie, że moja tulpa, istota obecna jedynie w tym świecie, nigdy nie mogła widzieć hulajnogi elektrycznej. Bardziej niż kiedykolwiek wcześniej poczułam jak bardzo jesteśmy ze sobą powiązane.
Wstałam w momencie, kiedy zdążyłam wzbudzić zainteresowanie innych podróżników przebywających w tej samej części toru. Ktoś spytał mnie, czy wszystko było w porządku.
- Pierwszy raz? - spytał ciemnowłosy chłopak, który w niewyjaśniony sposób przez swoje rysy twarzy wydawał się jednocześnie starszy i młodszy ode mnie. Przytaknęłam.
- To jeszcze pewnie nieraz spadniesz – stwierdził beztrosko. Kiedy przyglądałam się jego uśmiechniętej śniadej twarzy, zwróciłam uwagę na jego oczy. Całe jednolicie czarne, bez tęczówek i białek. Pomyślałam, że jeśli nie zdołam zapamiętać twarzy, po tych oczach z pewnością zawsze go rozpoznam.
Próbowałam jeszcze wielokrotnie tej jazdy nad ziemią. Mavik był bardzo cierpliwy, wręcz sam mnie zachęcał do kolejnych prób.
- To jak z jazdą na rowerze – powiedział, kiedy po raz kolejny podnosiłam się z trawy – To chyba kwestia wyczucia, żeby poruszać się na tym i utrzymać równowagę.
- Może – mruknęłam niechętnie – Tylko tam przynajmniej wiem, że mam przebierać nogami. Tutaj… nie wiem co właściwie robię poza staniem na bardziej albo mniej ugiętych kolanach.
Mavik w zadumie pocierał palcem podbródek. Jeśli myślał, że jestem tępa i nie ogarniam, niech lepiej powie to na głos, zamiast silić się na dyplomację.
- Tu nie chodzi o to, żeby się spinać i jakoś stanąć. Musisz mieć intencję, co chcesz zrobić.
(Użyj Mocy, Luke)
Mimo wszystko nie byłam w stanie się poddać. Zamierzałam próbować do skutku – w tym przypadku tym pożądanym skutkiem miał być względnie płynny ruch z szybkością większą niż u zaspanego żółwia.
- Chodzi o latanie, prawda? - zagadnęła Kiri.
Wcale nie wydawało mi się, że chodziło o to. Miałam wrażenie, że deski do grav-surfingu i tak nie mogły wznieść się zbyt wysoko ponad stałe powierzchnie. Nie pozwalały na swobodny lot, chociaż niewątpliwie znacznie poszerzały możliwości. Przy poziomie wprawy porównywalnym z grupką dzieciaków, które miałam okazję obserwować, dało się osiągać całkiem przyzwoite szybkości.
Poczułam w pewnym momencie, że poruszam się szybciej i odruchowo pochyliłam się lekko do przodu, mocniej uginając kolana. To wszystko zależało od skupienia na intencji? Równowaga i stabilność też?
Stoję prosto i mocno, moje nogi są jak kamienne filary, związane z ziemią… eeee, deską… jak korzenie wielkiego przedwiecznego drzewa…
Kurczę, może praktyki medytacyjne miały tu dużo więcej zastosowań.
W którymś momencie Mavik odłączył się od Astralu. Pokazał mi wcześniej, skąd mogę pożyczyć deskę, jeśli zechcę bawić się dalej. A w tym momencie bardzo chciałam. Nabrałam jakiegoś rozpędu, nawet jeśli nie dosłownie. Nawet nie oczekiwałam, że zbliżę się do szybkości, którą wcześniej zaprezentował Pat. Wystarczającym sukcesem był dla mnie nieprzerwany ruch, który nie wyglądał jakbym łapała lagi.
Pocieszał mnie fakt, iż nie byłam jedyną bez doświadczenia w grav-surfingu. Po kilku godzinach mogłam się całkiem dobrze zorientować, dla kogo z ludzi wokół był to pierwszy albo drugi raz na desce. Tylko miałam dziwne wrażenie, że w przypadku dzieciaków i nastolatków upadki na trawnik przynajmniej wyglądały artystycznie. Miały w sobie ten romantyczny urok Odkrywania. Ci, którzy wyraźnie wyglądali na dorosłych, spadali na ziemię bardziej żenująco.
Gdzie dokładnie była ta granica między urokiem a żenadą?
Przynajmniej nie spadałam już tak często. Tylko w losowych momentach, kiedy byłam pewna, że nie wykonałam ABSOLUTNIE żadnych specjalnych działań, deska pode mną przyspieszała nagłym zrywem. Kiedy zdarzyło się to kilka razy, próbowałam bardziej uważnie obserwować siebie. Nie wyglądało na to, że akurat tuż przed tym jak deska wyrywała się do przodu, wykonywałam jakiś szczególny ruch albo gest.
Mogłam się tak bawić z przerwą półtora dnia. Potem wszyscy musieli zejść z toru, bo miały zacząć się wyścigi. Część osób odeszła albo zerwała połączenie, reszta zajęła miejsca na trybunach. Ja też postanowiłam zostać.
Przyglądając się pierwszej ósemce zawodników ustawiających się na starcie, uświadomiłam sobie nagle ciszę w mojej głowie. Nie słyszałam dochodzącego zewsząd i znikąd głosu Kiri. Z niewyjaśnionego powodu moja gadatliwa tulpa zdecydowała się dać mi spokój. A przy moich akrobatycznych popisach miała tyle doskonałych okazji do prawienia mi złośliwości!
W którymś momencie spytałam kogoś z fanów, na jakich zasadach podróżnicy mogli startować w zawodach. Nie żebym też chciała. Zdecydowanie się do tego nie rwałam. Tylko chciałam wiedzieć. Tak z ciekawości.
Okazało się, że podstawowym warunkiem była możliwość swobodnej projekcji astralnej na życzenie dowolnego dnia, tak, żeby mieć gwarancję pojawienia się na czas zawodów. Taka zasada obowiązywała tu właściwie w każdej dyscyplinie sportu. No i oczywiście dobrze było mieć jakieś doświadczenie w panowaniu nad tą lewitującą deską.
Ciekawe… Pierwszy z tych warunków na upartego spełniałam właściwie od początku, chociaż nadal nie miałam pojęcia dlaczego. Czy nie do końca kontrolowane, ale codzienne i stabilne przejścia się liczyły? Drugi… Jak długo musiałabym trenować, żeby na tym latać? Czy to naprawdę działało podobnie jak emitowanie energii? Miałam wrażenie, że prędzej już nauczę się tego, niż zdołam przekształcić zabawy z energią w coś pożytecznego jak telekineza.
I nie, powtarzam, nie myślałam serio o startowaniu. Nie planowałam tu sportowej kariery. To były tylko takie luźne rozważania.





