12-05-2022, 20:37
Jak juź pewnie się domyśliliście, w italicsach daję moje najbardziej dramatyczne chore fantazje, które z jakiegoś powodu odstają poziomem od reszty tekstu.
~8~
Żyjemy w czasach, w których na światło dzienne wychodzi na pęczki podobnych historii. Moja jest tylko jedną z wielu. Lecz podczas gdy inne dziewczyny tego typu lgnęły do społecznych prawideł, odgrywając sztuczne role, ja obrałam przeciwny kierunek. Tworzyłam wynaturzony, patologiczny obraz siebie. Pragnęłam, aby mój autyzm był najgłębszy, jak się da – i jednocześnie nie rzucał się w oczy. Zamplifikowany i podkreślony na maksa, karykaturalny wręcz, a przez to odrealniony. Im bardziej „udaję”, tym bardziej odsuwam od siebie prawdziwość swoich problemów. Wyrzekam się normalności, w szczególności tej fałszywej.
Chciałam być tak zamknięta w sobie, żeby aż ludzie mówili „to niemożliwe, nie da się tak funkcjonować, nikt nie wytrzymałby tego psychicznie”. A ja chciałam udowodnić, że wytrzymam. Po co angażować się w relacje, jeśli po chwili i tak się coś zepsuje? I tak mnie odrzucą, porzucą, nieważne, co robię. Nie mogę liczyć na innych, olewają mnie, gdy wykazuję gotowość do kontaktu – no to ja będę olewać ich. Nie obchodzimy siebie nawzajem. Już więcej mnie nie zranicie. Ani dokuczaniem, ani obojętnością na mnie.
- Jak się dzisiaj czujesz?
- Lepiej. Już nie chcę się zabić. Teraz czuję taki żywy smutek. Jakby coś odmarzło wewnątrz mnie. Byłam świadoma wiecznej zmarzliny we mnie, ale nie miałam pojęcia, że jest aż tak rozległa.
- Tak bywa, że czasem podczas terapii następuje pogorszenie, by potem mogło być lepiej.
- Wiem. Teraz dzięki ruszaniu rękami i bujaniu tułowiem łapię lepszy kontakt z ciałem. Przedtem to było zamrożone. Przez cały okres edukacji od 5 do 25 lat przez 90% czasu byłam odcięta od tego, co czułam. Chciałam tylko przetrwać, wytrzymać do końca dnia w szkole, przecierpieć i wrócić do domu… Byłam odcięta od własnego ciała, musiałam ignorować to, co się w nim działo – inaczej uciekłabym, wrzeszczała, zrobiła komuś krzywdę. Albo zatracałabym się w dziwnych bezcelowych ruchach. Nie mogłam tak się zachowywać. Musiałam być taka jak inni, a nie „psychiczną wariatką”. Wstydziłam się siebie i chciałam zniknąć. I teraz czuję jakby ta dziecięca część mnie się integrowała z tą dorosłą. Już nie czuję martwej pustki, tylko ten smutek. Jest jak lodowata woda, słonawa, jak odmrożone łzy. A wcześniej czułam ból w całym ciele i nie mogłam jeść. Jeśli jadłam, to bez przyjemności, nie smakowało mi, pchałam jedzenie w siebie na siłę. Teraz czuję, jakby jakieś drzwi otworzyły się we mnie.
- Bardzo dobrze. Czyli widzisz jakiś efekt terapii?
- No, tak jak mówiłam.
- Żeby spełniać marzenia, trzeba być dobrze osadzonym w ciele. Zbudować pomost pomiędzy myśleniem a działaniem. Myśli bez działania nie przynoszą owoców. Z kolej działanie bez myślenia, bez kontaktu z samym sobą i swoim sercem, poddawanie się czyimś sugestiom na ślepo – też nie prowadzi do niczego dobrego.
- A co to ma do rzeczy?
- Mam na myśli, że bez spójności umysłu, duszy i ciała nie zrealizujesz swojego celu. Wyrażasz siebie za pomocą ciała. Ogranicza cię to wszystko, co w nim zamrożone. Masz w sobie na pewno dużo nawyków, których nie rozumiesz, a które zaczną mieć sens dopiero po odmrożeniu tych zablokowanych emocji.
- Czuję obrzydzenie do niechcianych/złych/niegrzecznych/nieadekwatnych reakcji mojego ciała.
- Dlaczego?
- Bo są tak bardzo w kontraście do tej rzekomo „prawdziwej mnie”, tak bardzo oderwane i niepasujące do ślicznego, inteligentnego, wybitnie uzdolnionego dziecka, fajnego i rozgadanego… To się tak gryzie ze sobą.
- Każde dziecko bywa czasem niegrzeczne, problematyczne.
- No, ale nie aż w tak rażący sposób, odstający od… hmm… jego funkcjonowania intelektualnego… nie wiem, czy to dobre słowo… w sensie, ze jak nie radzi sobie w jakiejś sytuacji, to jakby nagle stało się kimś innym… jakby je szatan opętał czy coś… jakby na czas „złego zachowania” podmieniono normalne, zdrowe dziecko na jakąś kukłę z niedojebaniem mózgowym, którą kontroluje nie wiadomo kto… że to aż niemożliwe, że dziecko, które dorośli znają jako bystre, kontaktowe, mogłoby zachowywać się w ten sposób… - poczerwieniałam na twarzy. – Od najmłodszych lat byłam świadoma tego, że nie panuję nad sobą. Robiłam różne złe rzeczy, których nie umiałam powstrzymać. A inne dzieci umiały panować nad sobą i wykorzystywały to do manipulowania dorosłymi. Tak łatwo było mnie rozdrażnić, sprowokować do ataku, a potem wychodziło na to, że to prowokator był ofiarą. Czułam się gorsza od innych dzieci, bo kontrolowały swoje reakcje emocjonalne, były lepsze ode mnie, choć nie potrafiły czytać, pisać i liczyć.
Wiedziałam, że brakuje mi czegoś, że inne dzieci są z jednej strony niby głupsze, za to pod wieloma względami znacznie lepiej rozwinięte ode mnie. Nie wiedziałam, z czego to wynika. A psycholog powiedziała matce, że to się samo naprostuje w późniejszych latach, jak będę więcej z dziećmi przebywać. Bo niby za dużo z dorosłymi przebywałam. No i przez te osiem lat przyglądałam się dzieciom, obserwowałam je, ale postępy w kontakcie były bardzo nieznaczne. Nawiązano ze mną parę płytkich, powierzchownych relacji, ale porozpadały się.
Do trzynastych urodzin ciągle jeszcze miałam nadzieję, że po prostu trafiam na „niewłaściwe osoby”, że to z nimi coś jest nie tak, a nie ze mną. Że w gimnazjum wszystko się ułoży i tam w końcu będą ci dobrzy ludzie, którzy mnie polubią. Jednak poznałam pierwszego fikcyjnego przedstawiciela mojego gatunku… i to odmieniło moje postrzeganie siebie i świata. Wtedy też zostałam zraniona…
zaprzeczenie… chronić tę część osobowości… nie zabiorą mi jej… ona nie jest kłamstwem… zręby pod PTSD… istniały już wcześniej…
- I co takiego się potem wydarzyło?
- Odkryłam, że zamykanie się w sobie sprawia mi przyjemność. A nie powinno. Nie wolno mi było odpuszczać kontroli nad sobą.
Ten chłopiec z filmu… on nie był wkurwiający, bo po prostu był sobą… a przynajmniej taką grał rolę. Normalnie odbierałam dzieci jako drażniące,,, a tej fikcyjnej postaci nie. On był taki bliski, jak nikt wcześniej, taki podobny do mnie, uosobienie mojej prawdziwej natury – nie tego, co chcieli widzieć we mnie dorośli.
Nie rozumiałam, o co chodziło, gdy mama po kilku razach zabroniła mi przebywać sama z ojcem, bo wtedy „dziczeję”. Kiedy miała złamaną nogę, to już było po pierwszej komunii, mieszkaliśmy wszyscy u babci, ale ja chciałam chodzić do kościoła, po drugiej stronie ulicy, przy której był nasz prawdziwy dom. Żeby nie chodzić daleko z samego rana po śniadaniu, nie wstawać specjalnie wcześniej, szłam do prawdziwego domu z ojcem na noc i potem szedł ze mną do kościoła rano. Ale że ojciec niekontaktowy człowiek, to nie kwapił się do wciągania mnie w kontakt, dawał jeść, pilnował i tyle, a ja odpływałam w swój świat, swoje zabawy, klocki itd. I jak po kilkunastu godzinach wracałam do babci, to ona i mama widziały, że jestem jakaś inna, jakbym zapomniała, jak mam się przy nich zachowywać… Ich upomnienia, uwagi wpędzały w mnie w poczucie winy, wstydu. Jakbym zrobiła coś złego. Aż trzeba było zaprzestać mnie puszczania mnie z ojcem samej gdzieś na dłużej.
Teraz trochę im współczuję, bo robiły to ze strachu o mnie. Dla mojego dobra…
- A ty o czym marzysz? Jaki jest twój cel obecnie?
- Osiągnąć maksymalne zaangażowanie w relacje i jednocześnie nie stracić dostępu do maksymalnej głębokości własnego świata.
- Hmm… brzmi ciekawie. Co jest potrzebne, aby to osiągnąć?
Zorientował się, że lepiej reaguję na „co jest potrzebne” niż „czego potrzebujesz”. No fajnie. Tego drugiego mój umysł nie trawi.
- Wybaczyć sobie i innym, wyczyścić swoje zbiorniki na emocje, zacząć robić coś inaczej niż zwykle. Ale tak, żeby siebie nie przestraszyć. Pokonać strach przed zmianami. Zmniejszyć swoje wymagania wobec innych osób.
I żeby życie nie składało się z samego autyzmu. Obsesji na jego punkcie. I doszukiwania się coraz to nowszych objawów w dzieciństwie, wcześniej pomijanych – obecne nie mają znaczenia, bo autyzm manifestuje się w dzieciństwie, a w dorosłości te same objawy mogą być oznaką czegokolwiek. Te z dzieciństwa są najważniejsze, późniejsze mogą oznaczać dowolną chorobę psychiczną.
Wyjść z tej pętli, w którą wpadłam w wieku 14 lat.
Chciałam być tak zamknięta w sobie, żeby aż ludzie mówili „to niemożliwe, nie da się tak funkcjonować, nikt nie wytrzymałby tego psychicznie”. A ja chciałam udowodnić, że wytrzymam. Po co angażować się w relacje, jeśli po chwili i tak się coś zepsuje? I tak mnie odrzucą, porzucą, nieważne, co robię. Nie mogę liczyć na innych, olewają mnie, gdy wykazuję gotowość do kontaktu – no to ja będę olewać ich. Nie obchodzimy siebie nawzajem. Już więcej mnie nie zranicie. Ani dokuczaniem, ani obojętnością na mnie.
- Jak się dzisiaj czujesz?
- Lepiej. Już nie chcę się zabić. Teraz czuję taki żywy smutek. Jakby coś odmarzło wewnątrz mnie. Byłam świadoma wiecznej zmarzliny we mnie, ale nie miałam pojęcia, że jest aż tak rozległa.
- Tak bywa, że czasem podczas terapii następuje pogorszenie, by potem mogło być lepiej.
- Wiem. Teraz dzięki ruszaniu rękami i bujaniu tułowiem łapię lepszy kontakt z ciałem. Przedtem to było zamrożone. Przez cały okres edukacji od 5 do 25 lat przez 90% czasu byłam odcięta od tego, co czułam. Chciałam tylko przetrwać, wytrzymać do końca dnia w szkole, przecierpieć i wrócić do domu… Byłam odcięta od własnego ciała, musiałam ignorować to, co się w nim działo – inaczej uciekłabym, wrzeszczała, zrobiła komuś krzywdę. Albo zatracałabym się w dziwnych bezcelowych ruchach. Nie mogłam tak się zachowywać. Musiałam być taka jak inni, a nie „psychiczną wariatką”. Wstydziłam się siebie i chciałam zniknąć. I teraz czuję jakby ta dziecięca część mnie się integrowała z tą dorosłą. Już nie czuję martwej pustki, tylko ten smutek. Jest jak lodowata woda, słonawa, jak odmrożone łzy. A wcześniej czułam ból w całym ciele i nie mogłam jeść. Jeśli jadłam, to bez przyjemności, nie smakowało mi, pchałam jedzenie w siebie na siłę. Teraz czuję, jakby jakieś drzwi otworzyły się we mnie.
- Bardzo dobrze. Czyli widzisz jakiś efekt terapii?
- No, tak jak mówiłam.
- Żeby spełniać marzenia, trzeba być dobrze osadzonym w ciele. Zbudować pomost pomiędzy myśleniem a działaniem. Myśli bez działania nie przynoszą owoców. Z kolej działanie bez myślenia, bez kontaktu z samym sobą i swoim sercem, poddawanie się czyimś sugestiom na ślepo – też nie prowadzi do niczego dobrego.
- A co to ma do rzeczy?
- Mam na myśli, że bez spójności umysłu, duszy i ciała nie zrealizujesz swojego celu. Wyrażasz siebie za pomocą ciała. Ogranicza cię to wszystko, co w nim zamrożone. Masz w sobie na pewno dużo nawyków, których nie rozumiesz, a które zaczną mieć sens dopiero po odmrożeniu tych zablokowanych emocji.
- Czuję obrzydzenie do niechcianych/złych/niegrzecznych/nieadekwatnych reakcji mojego ciała.
- Dlaczego?
- Bo są tak bardzo w kontraście do tej rzekomo „prawdziwej mnie”, tak bardzo oderwane i niepasujące do ślicznego, inteligentnego, wybitnie uzdolnionego dziecka, fajnego i rozgadanego… To się tak gryzie ze sobą.
- Każde dziecko bywa czasem niegrzeczne, problematyczne.
- No, ale nie aż w tak rażący sposób, odstający od… hmm… jego funkcjonowania intelektualnego… nie wiem, czy to dobre słowo… w sensie, ze jak nie radzi sobie w jakiejś sytuacji, to jakby nagle stało się kimś innym… jakby je szatan opętał czy coś… jakby na czas „złego zachowania” podmieniono normalne, zdrowe dziecko na jakąś kukłę z niedojebaniem mózgowym, którą kontroluje nie wiadomo kto… że to aż niemożliwe, że dziecko, które dorośli znają jako bystre, kontaktowe, mogłoby zachowywać się w ten sposób… - poczerwieniałam na twarzy. – Od najmłodszych lat byłam świadoma tego, że nie panuję nad sobą. Robiłam różne złe rzeczy, których nie umiałam powstrzymać. A inne dzieci umiały panować nad sobą i wykorzystywały to do manipulowania dorosłymi. Tak łatwo było mnie rozdrażnić, sprowokować do ataku, a potem wychodziło na to, że to prowokator był ofiarą. Czułam się gorsza od innych dzieci, bo kontrolowały swoje reakcje emocjonalne, były lepsze ode mnie, choć nie potrafiły czytać, pisać i liczyć.
Wiedziałam, że brakuje mi czegoś, że inne dzieci są z jednej strony niby głupsze, za to pod wieloma względami znacznie lepiej rozwinięte ode mnie. Nie wiedziałam, z czego to wynika. A psycholog powiedziała matce, że to się samo naprostuje w późniejszych latach, jak będę więcej z dziećmi przebywać. Bo niby za dużo z dorosłymi przebywałam. No i przez te osiem lat przyglądałam się dzieciom, obserwowałam je, ale postępy w kontakcie były bardzo nieznaczne. Nawiązano ze mną parę płytkich, powierzchownych relacji, ale porozpadały się.
Do trzynastych urodzin ciągle jeszcze miałam nadzieję, że po prostu trafiam na „niewłaściwe osoby”, że to z nimi coś jest nie tak, a nie ze mną. Że w gimnazjum wszystko się ułoży i tam w końcu będą ci dobrzy ludzie, którzy mnie polubią. Jednak poznałam pierwszego fikcyjnego przedstawiciela mojego gatunku… i to odmieniło moje postrzeganie siebie i świata. Wtedy też zostałam zraniona…
zaprzeczenie… chronić tę część osobowości… nie zabiorą mi jej… ona nie jest kłamstwem… zręby pod PTSD… istniały już wcześniej…
- I co takiego się potem wydarzyło?
- Odkryłam, że zamykanie się w sobie sprawia mi przyjemność. A nie powinno. Nie wolno mi było odpuszczać kontroli nad sobą.
Ten chłopiec z filmu… on nie był wkurwiający, bo po prostu był sobą… a przynajmniej taką grał rolę. Normalnie odbierałam dzieci jako drażniące,,, a tej fikcyjnej postaci nie. On był taki bliski, jak nikt wcześniej, taki podobny do mnie, uosobienie mojej prawdziwej natury – nie tego, co chcieli widzieć we mnie dorośli.
Nie rozumiałam, o co chodziło, gdy mama po kilku razach zabroniła mi przebywać sama z ojcem, bo wtedy „dziczeję”. Kiedy miała złamaną nogę, to już było po pierwszej komunii, mieszkaliśmy wszyscy u babci, ale ja chciałam chodzić do kościoła, po drugiej stronie ulicy, przy której był nasz prawdziwy dom. Żeby nie chodzić daleko z samego rana po śniadaniu, nie wstawać specjalnie wcześniej, szłam do prawdziwego domu z ojcem na noc i potem szedł ze mną do kościoła rano. Ale że ojciec niekontaktowy człowiek, to nie kwapił się do wciągania mnie w kontakt, dawał jeść, pilnował i tyle, a ja odpływałam w swój świat, swoje zabawy, klocki itd. I jak po kilkunastu godzinach wracałam do babci, to ona i mama widziały, że jestem jakaś inna, jakbym zapomniała, jak mam się przy nich zachowywać… Ich upomnienia, uwagi wpędzały w mnie w poczucie winy, wstydu. Jakbym zrobiła coś złego. Aż trzeba było zaprzestać mnie puszczania mnie z ojcem samej gdzieś na dłużej.
Teraz trochę im współczuję, bo robiły to ze strachu o mnie. Dla mojego dobra…
- A ty o czym marzysz? Jaki jest twój cel obecnie?
- Osiągnąć maksymalne zaangażowanie w relacje i jednocześnie nie stracić dostępu do maksymalnej głębokości własnego świata.
- Hmm… brzmi ciekawie. Co jest potrzebne, aby to osiągnąć?
Zorientował się, że lepiej reaguję na „co jest potrzebne” niż „czego potrzebujesz”. No fajnie. Tego drugiego mój umysł nie trawi.
- Wybaczyć sobie i innym, wyczyścić swoje zbiorniki na emocje, zacząć robić coś inaczej niż zwykle. Ale tak, żeby siebie nie przestraszyć. Pokonać strach przed zmianami. Zmniejszyć swoje wymagania wobec innych osób.
I żeby życie nie składało się z samego autyzmu. Obsesji na jego punkcie. I doszukiwania się coraz to nowszych objawów w dzieciństwie, wcześniej pomijanych – obecne nie mają znaczenia, bo autyzm manifestuje się w dzieciństwie, a w dorosłości te same objawy mogą być oznaką czegokolwiek. Te z dzieciństwa są najważniejsze, późniejsze mogą oznaczać dowolną chorobę psychiczną.
Wyjść z tej pętli, w którą wpadłam w wieku 14 lat.
Planowane wyłączenie sieci DMN w godzinach 23:00 - 04:00





