05-05-2022, 19:59
~2~
- Spróbuj przypomnieć sobie jak najwięcej z wczesnego dzieciństwa. Musimy ustalić, w którym momencie powstały uwarunkowania, które sprawiają, że funkcjonujesz tak jak teraz.
- Chyba w momencie, gdy mój mózg przestał produkować właściwą ilość serotoniny i przestał redukować nadliczbowe połączenia nerwowe – cedzę jadowitym tonem.
Źrenice terapeuty rozszerzyły się na ułamek sekundy.
- Hmm… - milcząca pauza. – Skupmy się, proszę, na tym, co to w praktyce oznacza.
- Traktuję innych ludzi jak zagrożenie. Niezależnie od tego, co o mnie myślą. Co MOGĄ o mnie myśleć. Sama ich obecność jest dla mnie zagrożeniem.
Normalnie ludzie mają odruch komunikacji na widok drugiego człowieka. U mnie zamiast tego jest odruch braku kontaktu. Przezwyciężanie go powoduje ból. Żeby przezwyciężyć ten odruch, muszę odciąć się od tego bólu. Dokonać pewnego rodzaju dysocjacji. Nieadekwatne reakcje odłożyć na później, gdy już ludzie nie będą widzieli. Odreagowuję z opóźnieniem, rozumie pan.
- Chyba w momencie, gdy mój mózg przestał produkować właściwą ilość serotoniny i przestał redukować nadliczbowe połączenia nerwowe – cedzę jadowitym tonem.
Źrenice terapeuty rozszerzyły się na ułamek sekundy.
- Hmm… - milcząca pauza. – Skupmy się, proszę, na tym, co to w praktyce oznacza.
- Traktuję innych ludzi jak zagrożenie. Niezależnie od tego, co o mnie myślą. Co MOGĄ o mnie myśleć. Sama ich obecność jest dla mnie zagrożeniem.
Normalnie ludzie mają odruch komunikacji na widok drugiego człowieka. U mnie zamiast tego jest odruch braku kontaktu. Przezwyciężanie go powoduje ból. Żeby przezwyciężyć ten odruch, muszę odciąć się od tego bólu. Dokonać pewnego rodzaju dysocjacji. Nieadekwatne reakcje odłożyć na później, gdy już ludzie nie będą widzieli. Odreagowuję z opóźnieniem, rozumie pan.
Oczy terapeuty przybrały na chwilę wyraz utraty kontaktu z otoczeniem, jakby się nad czymś głęboko zastawiał. Ale zaraz powrócił do rzeczywistości, nie przestając się jednak trzymać za okolicę ust. Mam go! Zagięłam go tym stwierdzeniem. Teraz zrozumie, że NIE DA się mnie zmienić. Jest bezradny… Terapia w tym nurcie nie ma sensu. Zaraz sam to przyzna.
- Postawa obronna jest wyraźnie zaznaczona u Pani. A co by się stało, gdyby nie odcinała się Pani od tych przykrych odczuć? Zaakceptowała je?
- Nie rozumie pan. Te uczucia właśnie powstrzymuję mnie przed kontaktem. Sprawiają, że nie mogę mówić, nie mam do tego motywacji. Równie dobrze mogłabym mówić do drzewa w lesie, do ściany, do telewizora.
- Próbowała pani?
Oszalał. Kurwa, oszalał.
- Nie! – odpowiadam oburzona. – Rozumiem, że o to właśnie chodzi w kontakcie. Żeby wyobrazić sobie, że ktoś cię słyszy, słucha, rozumie, co do niego mówisz. Że jest zainteresowany tobą, kontaktem.
- Ale mówiła pani, że ma pani potrzebę kontaktu.
- Ale nie wiem, skąd ona się bierze! Jest taka kapryśna. Często jej nie ma wtedy, gdy ludzie tego kontaktu potrzebują. Kiedy próbują rozmawiać ze mną. A ja pozostaję obojętna na próby rozmowy dopóki nie UDOWODNIĄ, że naprawdę im na tym zależy.
- Czyli nie wierzy im pani? Nie wierzy, że ci ludzie chcą nawiązać z panią kontakt?
- Tak, dokładnie. To wydaje mi się takie nierealne i nienaturalne. Tu nawet nie chodzi o to, że oni mogą pomyśleć, że jestem nudna i głupia.
- Przyzwyczaiła się Pani, że ludzie tak o Pani myślą. Dawali to Pani do zrozumienia, jak mniemam?
Skubany jest.
- No, w przedszkolu, szkole podstawowej zdecydowanie tak.
- A potem?
- Potem… już nie, bo nie próbowałam nawiązywać kontaktu, inni ze mną też nie, olewali mnie, w liceum już nawet nikt mi nie dokuczał z powodu mojego zachowania. Czasem jakaś dziewczyna powiedziała coś niemiłego, ale nie po to, by czerpać przyjemność z dręczenia mnie. To była taka chwila szczerości.
- A więc jednak były jakieś kontakty.
- Gdy zmuszano nas do prac w grupach, tak. Często to nauczyciele dobierali te zespoły, przydzielali mnie do jakiegoś. Nikt z własnej woli by raczej nie chciał.
- To musiało być dla Pani trudne.
Empatyczne słuchanie w pełnej krasie. Nie daję się nabrać na ten szablonowy tekst. Zaraz, przecież ja sama non stop posługuję się szablonowymi tekstami. Kurwa. Ale chuj z tym, bez tego nie ma komunikacji z mojej strony.
- Owszem, było trudne. A teraz nie mogę się odnaleźć w środowisku pracy. O rynku pracy już nie mówiąc.
- Dokończymy w następny wtorek o siedemnastej.
- Nie chcę o tym rozmawiać.
- A o czym chce pani rozmawiać?
- Nie wiem. Pan ma zgadnąć. Niech pan wymyśli, i to ma być coś takiego, żeby mi się podobało. Ja nie wymyślę, mam pustkę w głowie.
- Rozumiem.
- Ale ja nie CZUJĘ, żeby pan rozumiał. Skąd mam wiedzieć, czy pan nie mówi tak, bo TAK TRZEBA?
Wiara w nieuleczalność mojego autyzmu ogranicza możliwość robienia postępów. Uniemożliwia jakąkolwiek drobną zmianę. Wczepiam się w swoją chorobę, bo daje mi poczucie stabilności. Moje myślenie jest bardziej sztywne, niż wynikałoby to z samego odmiennego funkcjonowania mózgu. Innymi słowy – za nieelastyczność mojego myślenia tylko w niewielkim stopniu odpowiadają fizyczne bariery. Problem owszem jest „w głowie”, ale nie ma aż tak silnego podłoża neurologicznego, jak próbuję wszystkim wokół wmówić. I zasłaniam się tym, zamiast po prostu „zmienić swoje myślenie”.
- Gdy w pani życiu nastąpi jakaś zmiana, naturalnie może się pojawić więcej zachowań powtarzalnych, ale one ustępują w momencie, gdy organizm i umysł zaadaptują się do tej zmiany.
- A jeśli się nie zaadaptują? – wypalam roztropnie.
- To znaczy, że trzeba wybrać inne rozwiązanie, kolejną zmianę, przy której obciążenie psychofizyczne będzie mniejsze.
- A te zachowania powtarzalne? Co z nimi?
- Niestety musisz pogodzić się z tym, że do jakiegoś stopnia zawsze będą obecne w twoim życiu. Można je modyfikować, zamieniać na inne, bardziej „znośne” dla otoczenia, ale nadal to będzie część specyfiki twojego układu nerwowego. Jesteś niejako „skazana” na nie, jeśli chcesz radzić sobie bez leków. Musisz umieć uspokajać się niefarmakologicznie.
Poczułam ciepło w sercu. W końcu czuję się rozumiana. Chłop przyznał mi rację. Nie muszę z nim dłużej walczyć. Teraz muszę poukładać sobie to wszystko w głowie.
Czuję przedziwną lekkość na duszy, ale i zarazem ścisk w gardle. Nikt do tej pory mnie tak nie traktował. Nikt, przez całe życie…
Przepełniało mnie cukrowe uczucie, jakiego dotychczas doznawałam po uwalniających emocjonalnie snach. Tym razem jednak całkiem na jawie. Nikt przedtem nie dotknął mojego jestestwa tak głęboko. Terapeuta ofiarował mi coś bardzo cennego. Nigdy nie czułam się tak rozumiana i akceptowana. Może tylko raz, na obozie terapeutycznym, ale wtedy to uczucie szybko się ulotniło, gdyż nie poszanowano mojej odmienności. Czegoś wtedy zabrakło, jak gdyby terapeuta niedostatecznie się przyłożył… i nie udało się do końca przeniknąć przez moją maskę i dotrzeć do prawdziwej mnie, wolnej od chorych społecznych oczekiwań.
Odczuwałam ciche zadowolenie, wykonując zadaną „pracę domową”. Miałam ustalić, na ile sposobów można wykonywać powtarzalne ruchy palcami. Okazuje się, że jest ich nieskończenie wiele. Nieograniczoność w ograniczoności.
Moje dłonie na powrót wypełniły się energią życiową. Pozwoliłam sobie uwolnić je od dokuczliwego napięcia spowodowanego samym moim istnieniem. Czułam się, jakbym „robiła sobie dobrze”, lecz w totalnie nieseksualny, nieerotyczny sposób, nawet nie mający nic wspólnego z genitaliami. Eksplorowałam nieznaną krainę, leżąc w ciemności w łóżku przed zaśnięciem.
Wszystko zaczęło układać się w całość. To dlatego na wspomnianym obozie nazwano moje dłonie „rękoma staruszki”. To dlatego z fascynacją wpatrywałam się w poruszające się palce przygłupa-sawanta na filmie sensacyjnym. Nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo za tym tęsknię… i dlaczego. Muszę to robić, jeśli chcę odzyskać swoje ciało. Jeśli zbyt długo to powstrzymuję, ogarnia mnie dysocjacyjny bezwład, znieczulenie.
Nie mogę dłużej odcinać się od mojego ciała… Byłam dla niego tak okrutna przez wiele lat. Nie mogę w to uwierzyć, jak bardzo. Nie docierało to do mnie, zanim nie zaczęły się kłopoty psychosomatyczne na studiach. Wtedy ciało powiedziało mi, że nie można go dłużej ignorować, nie daje się oszukać. Osiągnęło limit swojej wytrzymałości. Wszystko ma swoją cenę – zwłaszcza pozorny psychoruchowy spokój… Leki nie dadzą mi permanentnej ulgi. Pozostaje tylko zaakceptować naturę swojego ciała.
Nie mogę sobie przypomnieć, kiedy przestałam to robić i dlaczego. Przecież wszyscy to robią na pewnym etapie życia, prawda? Wszystkie niemowlaki niekontrolowanie poruszają paluszkami i wtedy jest to urocze i słodkie… Ale co dalej? Co, jeśli jakaś część ciebie utknie w tym miejscu?
- Postawa obronna jest wyraźnie zaznaczona u Pani. A co by się stało, gdyby nie odcinała się Pani od tych przykrych odczuć? Zaakceptowała je?
- Nie rozumie pan. Te uczucia właśnie powstrzymuję mnie przed kontaktem. Sprawiają, że nie mogę mówić, nie mam do tego motywacji. Równie dobrze mogłabym mówić do drzewa w lesie, do ściany, do telewizora.
- Próbowała pani?
Oszalał. Kurwa, oszalał.
- Nie! – odpowiadam oburzona. – Rozumiem, że o to właśnie chodzi w kontakcie. Żeby wyobrazić sobie, że ktoś cię słyszy, słucha, rozumie, co do niego mówisz. Że jest zainteresowany tobą, kontaktem.
- Ale mówiła pani, że ma pani potrzebę kontaktu.
- Ale nie wiem, skąd ona się bierze! Jest taka kapryśna. Często jej nie ma wtedy, gdy ludzie tego kontaktu potrzebują. Kiedy próbują rozmawiać ze mną. A ja pozostaję obojętna na próby rozmowy dopóki nie UDOWODNIĄ, że naprawdę im na tym zależy.
- Czyli nie wierzy im pani? Nie wierzy, że ci ludzie chcą nawiązać z panią kontakt?
- Tak, dokładnie. To wydaje mi się takie nierealne i nienaturalne. Tu nawet nie chodzi o to, że oni mogą pomyśleć, że jestem nudna i głupia.
- Przyzwyczaiła się Pani, że ludzie tak o Pani myślą. Dawali to Pani do zrozumienia, jak mniemam?
Skubany jest.
- No, w przedszkolu, szkole podstawowej zdecydowanie tak.
- A potem?
- Potem… już nie, bo nie próbowałam nawiązywać kontaktu, inni ze mną też nie, olewali mnie, w liceum już nawet nikt mi nie dokuczał z powodu mojego zachowania. Czasem jakaś dziewczyna powiedziała coś niemiłego, ale nie po to, by czerpać przyjemność z dręczenia mnie. To była taka chwila szczerości.
- A więc jednak były jakieś kontakty.
- Gdy zmuszano nas do prac w grupach, tak. Często to nauczyciele dobierali te zespoły, przydzielali mnie do jakiegoś. Nikt z własnej woli by raczej nie chciał.
- To musiało być dla Pani trudne.
Empatyczne słuchanie w pełnej krasie. Nie daję się nabrać na ten szablonowy tekst. Zaraz, przecież ja sama non stop posługuję się szablonowymi tekstami. Kurwa. Ale chuj z tym, bez tego nie ma komunikacji z mojej strony.
- Owszem, było trudne. A teraz nie mogę się odnaleźć w środowisku pracy. O rynku pracy już nie mówiąc.
- Dokończymy w następny wtorek o siedemnastej.
- Nie chcę o tym rozmawiać.
- A o czym chce pani rozmawiać?
- Nie wiem. Pan ma zgadnąć. Niech pan wymyśli, i to ma być coś takiego, żeby mi się podobało. Ja nie wymyślę, mam pustkę w głowie.
- Rozumiem.
- Ale ja nie CZUJĘ, żeby pan rozumiał. Skąd mam wiedzieć, czy pan nie mówi tak, bo TAK TRZEBA?
Wiara w nieuleczalność mojego autyzmu ogranicza możliwość robienia postępów. Uniemożliwia jakąkolwiek drobną zmianę. Wczepiam się w swoją chorobę, bo daje mi poczucie stabilności. Moje myślenie jest bardziej sztywne, niż wynikałoby to z samego odmiennego funkcjonowania mózgu. Innymi słowy – za nieelastyczność mojego myślenia tylko w niewielkim stopniu odpowiadają fizyczne bariery. Problem owszem jest „w głowie”, ale nie ma aż tak silnego podłoża neurologicznego, jak próbuję wszystkim wokół wmówić. I zasłaniam się tym, zamiast po prostu „zmienić swoje myślenie”.
- Gdy w pani życiu nastąpi jakaś zmiana, naturalnie może się pojawić więcej zachowań powtarzalnych, ale one ustępują w momencie, gdy organizm i umysł zaadaptują się do tej zmiany.
- A jeśli się nie zaadaptują? – wypalam roztropnie.
- To znaczy, że trzeba wybrać inne rozwiązanie, kolejną zmianę, przy której obciążenie psychofizyczne będzie mniejsze.
- A te zachowania powtarzalne? Co z nimi?
- Niestety musisz pogodzić się z tym, że do jakiegoś stopnia zawsze będą obecne w twoim życiu. Można je modyfikować, zamieniać na inne, bardziej „znośne” dla otoczenia, ale nadal to będzie część specyfiki twojego układu nerwowego. Jesteś niejako „skazana” na nie, jeśli chcesz radzić sobie bez leków. Musisz umieć uspokajać się niefarmakologicznie.
Poczułam ciepło w sercu. W końcu czuję się rozumiana. Chłop przyznał mi rację. Nie muszę z nim dłużej walczyć. Teraz muszę poukładać sobie to wszystko w głowie.
Czuję przedziwną lekkość na duszy, ale i zarazem ścisk w gardle. Nikt do tej pory mnie tak nie traktował. Nikt, przez całe życie…
Przepełniało mnie cukrowe uczucie, jakiego dotychczas doznawałam po uwalniających emocjonalnie snach. Tym razem jednak całkiem na jawie. Nikt przedtem nie dotknął mojego jestestwa tak głęboko. Terapeuta ofiarował mi coś bardzo cennego. Nigdy nie czułam się tak rozumiana i akceptowana. Może tylko raz, na obozie terapeutycznym, ale wtedy to uczucie szybko się ulotniło, gdyż nie poszanowano mojej odmienności. Czegoś wtedy zabrakło, jak gdyby terapeuta niedostatecznie się przyłożył… i nie udało się do końca przeniknąć przez moją maskę i dotrzeć do prawdziwej mnie, wolnej od chorych społecznych oczekiwań.
Odczuwałam ciche zadowolenie, wykonując zadaną „pracę domową”. Miałam ustalić, na ile sposobów można wykonywać powtarzalne ruchy palcami. Okazuje się, że jest ich nieskończenie wiele. Nieograniczoność w ograniczoności.
Moje dłonie na powrót wypełniły się energią życiową. Pozwoliłam sobie uwolnić je od dokuczliwego napięcia spowodowanego samym moim istnieniem. Czułam się, jakbym „robiła sobie dobrze”, lecz w totalnie nieseksualny, nieerotyczny sposób, nawet nie mający nic wspólnego z genitaliami. Eksplorowałam nieznaną krainę, leżąc w ciemności w łóżku przed zaśnięciem.
Wszystko zaczęło układać się w całość. To dlatego na wspomnianym obozie nazwano moje dłonie „rękoma staruszki”. To dlatego z fascynacją wpatrywałam się w poruszające się palce przygłupa-sawanta na filmie sensacyjnym. Nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo za tym tęsknię… i dlaczego. Muszę to robić, jeśli chcę odzyskać swoje ciało. Jeśli zbyt długo to powstrzymuję, ogarnia mnie dysocjacyjny bezwład, znieczulenie.
Nie mogę dłużej odcinać się od mojego ciała… Byłam dla niego tak okrutna przez wiele lat. Nie mogę w to uwierzyć, jak bardzo. Nie docierało to do mnie, zanim nie zaczęły się kłopoty psychosomatyczne na studiach. Wtedy ciało powiedziało mi, że nie można go dłużej ignorować, nie daje się oszukać. Osiągnęło limit swojej wytrzymałości. Wszystko ma swoją cenę – zwłaszcza pozorny psychoruchowy spokój… Leki nie dadzą mi permanentnej ulgi. Pozostaje tylko zaakceptować naturę swojego ciała.
Nie mogę sobie przypomnieć, kiedy przestałam to robić i dlaczego. Przecież wszyscy to robią na pewnym etapie życia, prawda? Wszystkie niemowlaki niekontrolowanie poruszają paluszkami i wtedy jest to urocze i słodkie… Ale co dalej? Co, jeśli jakaś część ciebie utknie w tym miejscu?
Planowane wyłączenie sieci DMN w godzinach 23:00 - 04:00





