11-01-2022, 04:38
Ohayo, wszem nomadom sennych stepów, niech Morfeusz prowadzi was bezpiecznie przez wyśnione krainy. Mnie dziś ***... nwm czy na szczęście, złość, czy na przestrogę.
10-11.01.2K22
Czas snu: 4h
...Zaschło mi w gardle, tyle pamiętam. Chciałem wziąć łyk wody marki “Gruz”. Gdy podniosłem rękę i zbliżyłem butelkę do ust. Ta niczym ryba wyślizgnęła się z mej dłoni i pędem skoczyła do przodu i zaklinowała w przełyku...
Obudziłem się od razu na równe nogi, od razu z treścią żołądkową, która podeszła do gardła. Problem w tym, że przez jakieś (nwm dokładnie nie liczyłem) 20-30 sekund nie chciała się ruszyć ani w jedną ani w drugą. Wszelkie mięśnie przełyku odmówiły współpracy. Disclaimer - niczego nie piłem przed snem. Nie mam pojęcia dlaczego tak się stało może w końcu *** mnie dopadli, może to znak od ***, że *** a może pier*olę głupoty i organizm dostał czkawki. Tak czy siak skoro piszę te słowa to jakoś się udało. Nie uśmiechało mi się dusić i szarpać w konwulsjach przez kilka minut, ze smakiem kwasu od ust do płuc więc zmusiłem w końcu organizm do posłuszeństwa i wyrwania się z objęć zarzyganej śmierci.
Chociaż właściwie to uratował mnie instynkt przetrwania tudzież odruchy bezwarunkowe, bo jak pomyślę, że sesja zaraz i inny syf to ***
Potem prawie nie umarłem drugi raz gdy po wszystkim zapaliłem fajurę. Mało sobie płuc nie wypaliłem. Opary kwasu żołądkowego + dym i nikotyna to niezbyt dobre połączenie.
Teraz zaś to wszystko piszę. Dlaczego nwm. Chyba tylko, bo mogę. Taka mała senna anegdotka bez puenty i w sumie jakiegokolwiek wartościowego przekazu. Nawet nie najgorsze co mnie ostatnio spotkało.
Btw. możliwe, że wrócę i będę regularnie pisać posty. Od roku próbuję wyskrobać ale nie wychodzi mi to na dobre. Brakuje mi katharsis...
Peace yo
10-11.01.2K22
Czas snu: 4h
...Zaschło mi w gardle, tyle pamiętam. Chciałem wziąć łyk wody marki “Gruz”. Gdy podniosłem rękę i zbliżyłem butelkę do ust. Ta niczym ryba wyślizgnęła się z mej dłoni i pędem skoczyła do przodu i zaklinowała w przełyku...
Obudziłem się od razu na równe nogi, od razu z treścią żołądkową, która podeszła do gardła. Problem w tym, że przez jakieś (nwm dokładnie nie liczyłem) 20-30 sekund nie chciała się ruszyć ani w jedną ani w drugą. Wszelkie mięśnie przełyku odmówiły współpracy. Disclaimer - niczego nie piłem przed snem. Nie mam pojęcia dlaczego tak się stało może w końcu *** mnie dopadli, może to znak od ***, że *** a może pier*olę głupoty i organizm dostał czkawki. Tak czy siak skoro piszę te słowa to jakoś się udało. Nie uśmiechało mi się dusić i szarpać w konwulsjach przez kilka minut, ze smakiem kwasu od ust do płuc więc zmusiłem w końcu organizm do posłuszeństwa i wyrwania się z objęć zarzyganej śmierci.
Chociaż właściwie to uratował mnie instynkt przetrwania tudzież odruchy bezwarunkowe, bo jak pomyślę, że sesja zaraz i inny syf to ***
Potem prawie nie umarłem drugi raz gdy po wszystkim zapaliłem fajurę. Mało sobie płuc nie wypaliłem. Opary kwasu żołądkowego + dym i nikotyna to niezbyt dobre połączenie.
Teraz zaś to wszystko piszę. Dlaczego nwm. Chyba tylko, bo mogę. Taka mała senna anegdotka bez puenty i w sumie jakiegokolwiek wartościowego przekazu. Nawet nie najgorsze co mnie ostatnio spotkało.
Btw. możliwe, że wrócę i będę regularnie pisać posty. Od roku próbuję wyskrobać ale nie wychodzi mi to na dobre. Brakuje mi katharsis...
Peace yo
Dlaczego intuicja podpowiada mi, że z tego koszmaru już się nie obudzę? Bo wcale jeszcze nie poszedłem spać a koszmar dopadł mnie na jawie.





