07-01-2022, 02:59
Dzień 61
Chociaż mrużyłam oczy, widziałam jedynie sylwetki, ciemne humanoidalne kontury. Były zbyt oddalone, żebym mogła rozróżniać rysy twarzy. Nie po raz pierwszy pomyślałam, że może istniał sposób przeniesienia samego wzroku, tak jakbym patrzyła przez lornetkę. Przypadkowe odkrycie czegoś takiego też mogłoby być sporym bonusem, ale ostatecznie nie po to tkwiłam tu już trzeci dzień.
Skoncentrowałam się i wniknęłam umysłem nieco głębiej w rzeczywistość. Starałam się utrzymać trans na poziomie, gdzie najlepiej dostrzegałam odrębność obiektów, nie wchodząc w kod źródłowy. Poruszające się osoby dość jednoznacznie odcinały się od otoczenia. Na pewno była to inna energia, zdecydowanie JAKOŚCIOWO, nie ilościowo. Kiedy przesunęłam postrzeganie bardziej w kierunku Struktury, wyczułam ich pola siłowe. Nie ich konfigurację czy opór jaki mi stawiały, ale samo ich istnienie. Być może nawet gdyby zdecydowali się na całkowita odsłonięcie, tutaj postrzegałabym ich dokładnie tak samo jak teraz.
- Zdecydowanie Prawdziwi – stwierdziłam. Fadhir parsknął krótkim śmiechem.
- I jak to stwierdziłaś, znowu szukałaś osłony? - spytał – Mówiłem już, że to nie jest najlepszy sposób. Jedyne co daje całkowitą pewność, to kiedy zobaczysz prawdziwy, ludzki ident.
Westchnęłam. Miałam wrażenie, że te osłony również były charakterystyczne dla astralnych podróżników – i chyba dla wszystkiego, co do nich należało. Być może dotyczyło to również chowańców, ale tego jeszcze do tej pory nie sprawdzałam. Na podstawie dotychczasowej wiedzy miałam powody sądzić, iż właśnie tak było.
Skoncentrowałam się znowu. Póki byłam ogólnie rozluźniona, za każdym razem było to łatwiejsze. Spróbowałam sięgnąć umysłem do smukłej sylwetki, która wyłoniła się spomiędzy budynków na skraju miasta. W tym przypadku nie czułam nic podobnego do pola siłowego. Odruchowo skupiłam się bardziej na Strukturze. Prawie na pewno istota astralna. Dla ostatecznego rozstrzygnięcia posłałam w jego stronę odpowiednie słowa.
ird’ir
Odbiłam się od błędu systemu jak od ściany. Faktycznie nie człowiek. Spróbowałam sięgnąć głębiej, wyciągnąć z niego cokolwiek. W sposób, którego absolutnie nie byłabym w stanie świadomie powtórzyć, jakoś skłoniłam stworzenie do zdradzenia mi swojej tożsamości. Odczytałam długi ciąg znaków. Vkr-d2tyMjMyODc2NzY4NTYwOTIzMTQK. Mimowolnie się uśmiechnęłam. To brzmiało nawet trochę znajomo.
Otworzyłam oczy i odwróciłam się do Fadhira.
- Ten szczupły, który idzie w naszym kierunku, to chyba goblin – oznajmiłam triumfalnie. Spróbowałam mentalnie przekazać towarzyszowi informacje wyciągnięte z goblina, ale nie dałam rady. Pole siłowe Fadhira skutecznie blokowało próby nawiązywania połączenia.
- W sumie dlaczego oni nie mają normalnych imion? - spytałam – Tylko te… numery seryjne czy co to jest?
Fadhir wzruszył ramionami.
- A odczytałaś jego? Cóż, nie widzę w jakim celu mieliby mieć imiona. Są tylko zjawiskami, jakie tu występują. Częścią układu. Komórki w naszych fizycznych ciałach też nie mają imion.
- Ta twoja Vilma ma imię – zauważyłam – I stworzenia w moim domu, przynajmniej niektóre, też.
- Bo one są... bardziej przeznaczone do interakcji z prawdziwymi ludźmi? W takiej sytuacji imiona ułatwiają sprawę. I zazwyczaj te jednostki żyją dość długo, czasami tylko jakaś rekonfiguracja Matrixa może je załatwić.
- A reszta?
Przypomniał mi się gnom spotkany kiedyś podczas wyprawy przez łąki. Kilka tygodni życia, tak przynajmniej twierdził.
- No cóż, komórki są regularnie wymieniane…
Potrząsnęłam głową i pochyliłam się do przodu, szukając na skraju miasta kolejnego celu.
Siedzieliśmy w pobliżu granicy terenu Jetter, wśród traw, mając słupki graniczne około dwóch metrów za plecami. Wystarczająco daleko, żeby widzieć jedynie sylwetki osób kręcących się pomiędzy pierwszymi budynkami, ale wciąż na terenie oddziaływania miasta. Fadhir zdawał się absolutnie nie przejmować tym, czy ktoś na niego patrzy, ja cały czas czułam się nieswojo. Może podróżnicy snuli się po Astralu w losowych miejscach ale rzadko SIEDZIELI w tych losowych miejscach na ziemi, tak jak my gdzieś na środku łąki.
Cholera, w końcu nawet mnie tu nie znali! Przynajmniej do momentu, kiedy ktoś z Prawdziwych sprawdziłby mój ident… i w sumie co dalej? Co by to dało?
- Fadhir, inni też robią to samo co my?
- Czyli co?
- No, identyfikują sobie dla zabawy inne osoby.
- Nie mam pojęcia – mruknął Fadhir – Teoretycznie mogą, ale bez żadnego celu wątpię, żeby im się chciało. A czemu pytasz, ukrywasz się przed kimś?
- No, nie – to była prawda. Ale niewiele mnie to pocieszało. Byłam przekonana, że jakaś kompromitacja tutaj była kwestią czasu.
- Dam ci taką radę na przyszłość – odezwał się Fadhir – Jak kiedykolwiek będziesz się przed kimś albo przed czymś ukrywać, po prostu tu nie przychodź. Tutaj nie masz szans. Serwer tego Matrixa tak działa, że twoja obecność tutaj jest zapisana w Strukturze. To jest widoczne dla każdego, kto zechce tego szukać i nie ukryjesz tego żadnym sposobem. Mogą cię zlokalizować z dokładnością do obszaru w czwartym wymiarze. Jak się bardziej postarają, na poziomie energii zobaczą dokładniej.
Odruchowo pochyliłam się do przodu jeszcze bardziej, jak w jakiejś satyrze „Króla Lwa”. Ukrywanie się wśród wysokich traw zapewne niewiele mi dawało, jeśli obok głowa i ramiona Fadhira były doskonale widoczne z daleka.
My patrzyliśmy na innych podróżników, oni mogli na nas.
Koncentrowałam się na na sylwetce kobiety w czymś w rodzaju lekkiego płaszcza. Zgadywałam, że to raczej Prawdziwa, ale dopuszczałam myśl, że to jednak taka no, przejrzała driada…
- Sylf – poprawił mnie Fadhir z rozbawieniem – To są sylfy. W większości stworzone do interakcji z podróżnikami. Jak jeszcze nie miałaś z nimi do czynienia, to pewnie szybko zauważysz, że są dużo bardziej… cywilizowane niż reszta tej astralnej hołoty.
Przytaknęłam. Kobieta w płaszczu okazała się jednak człowiekiem.
Byłam trochę rozczarowana, że w tym momencie jakoś nie widziałam w okolicy zwierząt. Miałam wielką ochotę sprawdzić, czy rzeczywiście tulpy były tak samo łatwe do identyfikacji.
- Ci dwaj po lewej też Prawdziwi – oznajmiłam triumfalnie po chwili – I ten trzeci dalej też.
Owszem, widziałam identy znacznej części osób, które próbowałam mentalnie badać. I absolutnie nic z tego nie wynikało. Nie próbowałam nawet zapamiętywać ich imion, bo ta wiedza nie była mi absolutnie do niczego potrzebna. Ale gdybym chciała… Mogłabym pewnie później śledzić dowolną osobę jakbym nieco się postarała. Cudowne możliwości dla stalkerów…
Zdołałam jeszcze znaleźć dwa gobliny. W jednym przypadku miałam wrażenie, że i tak oszukuję. Tamten osobnik snuł się na tyłach budynków w podejrzany sposób, o jaki nie podejrzewałabym prawdziwych.
- Zdziwiłabyś się. Spójrz na siebie.
Jednak miałam wrażenie, że byłam raczej wyjątkiem od reguły. Jeszcze nie spotkałam nikogo miotającego się tak chaotycznie jak ja – przynajmniej w dotychczasowej próbce badawczej.
- No i sama widzisz, że niewiele jeszcze widziałaś.
Zamknęłam oczy i odchyliłam głowę do tyłu. Spróbowałam wrócić do tego wyciszonego stanu umysłu, który utrzymywałam jeszcze kilka minut wcześniej. Poczułam się lekko zniecierpliwiona. Pierwszy raz w ciągu tych trzech dni. To chyba jakiś absolutny rekord! Nie podejrzewałam nawet, że potrafię pozostawać w stanie wyciszenia tak długo.
Może gdybym nie pozwoliła się rozproszyć, teraz z marszu osiągnęłabym pełen trans.
- Zmęczona? - zagadnął Fadhir. W odpowiedzi uśmiechnęłam się cierpko.
- Tutaj to raczej niemożliwe.
- Wiesz, że miałem na myśli zmęczenie w sensie mentalnym. Widzę, że tracisz koncentrację. Czas na przerwę?
Fadhir podniósł się i rozprostował nogi końskiej części ciała. Po chwili wahania ja również podniosłam się z ziemi. Energicznymi ruchami strzepnęłam pył i źdźbła trawy z ubrania. Tak, ręcznie, jak zwierzęta… Na to jeszcze żadnej magicznej sztuczki nie miałam.
Ruszyliśmy w stronę obrzeży Jetter. Nie byliśmy jedynymi wkraczającymi do miasta, chociaż zdecydowanie większość wchodzących wybierała raczej ścieżki. Miałam wrażenie, że sam fakt, iż byliśmy we dwójkę czynił nasz widok bardziej normalnym.
- Coś do picia? - spytał Fadhir – Stawiam.
- Idziemy do tej twojej Vilmy?
- Ona nie moja, tylko tutejsza…
Tak, zabawny żart, milordzie.
Kiedy Fadhir kluczył uliczkami wśród pociemniałych drewnianych budynków, ja denerwowałam się coraz bardziej. Do diabła, do tej pory nie zdołałam określić swojej sytuacji finansowej tutaj. Wiedziałam tylko tyle, że jakieś środki płatnicze tutaj istniały. Nie wiedziałam, czym są, czy jakieś posiadałam i skąd podróżnicy w ogóle je brali.
Fadhir je posiadał, tyle mogłam stwierdzić.
- To może go o to spytaj…
Prędzej mi język uschnie i odpadnie.
Weszliśmy do miejsca przypominającego trochę tawernę – może przez to ciemne drewno z każdej strony. Na sali na parterze było już kilka osób, ktoś na nasz widok podniósł głowę. Wyraźnie – i nie bez pewnej satysfakcji – zauważyłam, że tym razem uwaga Prawdziwych nie skupiała się na mnie, ale na Fadhirze. No cóż, podróżnik w postaci centaura siłą rzeczy wyróżniał się z tłumu. Niejeden Prawdziwy tu mutował, ale nie aż tak…
Vilma, o której wcześniej mówił Fadhir, także okazała się nie-driadą… To znaczy, przepraszam, SYLFIDĄ. Miała brunatną skórę jak reszta jej gatunku, okrągłą, łagodną twarz o regularnych rysach i ciemne włosy z bordowymi pasemkami, gładko zaczesane i ciasno związane na czubku głowy.
Kiedy Fadhir spytał, na co mam ochotę, szybko wskazałam lemoniadę z lodem i miętą. Wolałam nie zastanawiać się zbyt długo, czym były mieszanki w nietypowych kolorach, prezentujące się dumnie w wąskich butelkach albo co oznaczały abstrakcyjne nazwy nabazgrane żółtą kredą na tablicach wiszących za ladą.
Fadhir mruknął o czymś ciemnym. Nie wiem, czy Vilma słyszała go dlatego, że stał bliżej, czy częściowo mogła czytać jego myśli albo intencje, bo tylko skinęła głową i sięgnęła po wysoki kufel. A potem sylfida podeszła do…
Cholera, serio?!
Przetarłam oczy. Po prawej stronie od miejsca, gdzie przed ladą ustawiała się kolejka, leżały poziomo beczki z metalowymi kranikami. Vilma, ze swobodną wprawą osoby robiącej to od zawsze, odkręciła jeden z tych kraników i nalała do kufla coś, co wyglądało jak piwo.
Fadhir podziękował i wziął nasze napoje. Oszołomiona, bezwolnie poszłam za nim do stolika w kącie. Obojętnie przyjęłam obecność piętra i prowadzących na nie schodów. Przelotnie pomyślałam tylko, że Fadhirowi nie byłoby łatwo się tam dostać. Potem zarejestrowałam jeszcze fakt, iż pomieszczenie nie miało okien, jedynie ciemne pionowe szczeliny w ścianach, zaczynające się metr nad podłogą i ciągnące ponad pół metra w górę.
Fadhir postawił naczynia na blacie i spróbował wcisnąć się między stół a ścianę. Położył końską część ciała na podłodze. Nad blat wystawały tylko jego ramiona i głowa. Gestem wskazał mi krzesło naprzeciwko.
- Siadaj, dzieciaku.
Zajęłam miejsce i sięgnęłam po swoją lemoniadę. Na zewnętrznej stronie wysokiej szklanki zdążyła skroplić się para. Niektóre zjawiska fizyczne były tu całkiem realistyczne.
Pochyliłam się nad naczyniem, przywołując na twarz pogodną obojętność. Nawet jeśli Prawdziwi nie mogli swobodnie czytać sobie nawzajem w myślach, Fadhir bez problemu mógł widzieć moją minę. Wolałam nie zastanawiać się, jak łatwo byłoby mu dostrzec myślokształty. Byłam pewna, że w tym momencie nad moją głową unosiła się chmura migających znaków zapytania.
Podniosłam szklankę. Próbowałam przez warstwę lemoniady zobaczyć dno. Trudno było mi tak na pierwszy rzut oka sprawdzić, czy każde naczynie w tm lokalu miało ten świecący dotykowy przełącznik do teleportacji. Przesunęłam po denku dłonią. Coś tam rzeczywiście było, lekko wklęsły wzór. Podniosłam szklankę wyżej.
- Toast? - spytał Fadhir, szczerząc zęby w uśmiechu. Podniósł i wysunął w moją stronę swój kufel z czymś, co z bliska jeszcze bardziej przypominało piwo.
- Za to wariatkowo wokół nas? - zaproponował – I za nas, wariatów, siedzących tu, chociaż moglibyśmy robić w tym czasie milion bardziej pożytecznych rzeczy.
- Za Wymiar Astralny – powiedziałam uroczyście, stukając swoją szklanką w jego kufel.
Chociaż mrużyłam oczy, widziałam jedynie sylwetki, ciemne humanoidalne kontury. Były zbyt oddalone, żebym mogła rozróżniać rysy twarzy. Nie po raz pierwszy pomyślałam, że może istniał sposób przeniesienia samego wzroku, tak jakbym patrzyła przez lornetkę. Przypadkowe odkrycie czegoś takiego też mogłoby być sporym bonusem, ale ostatecznie nie po to tkwiłam tu już trzeci dzień.
Skoncentrowałam się i wniknęłam umysłem nieco głębiej w rzeczywistość. Starałam się utrzymać trans na poziomie, gdzie najlepiej dostrzegałam odrębność obiektów, nie wchodząc w kod źródłowy. Poruszające się osoby dość jednoznacznie odcinały się od otoczenia. Na pewno była to inna energia, zdecydowanie JAKOŚCIOWO, nie ilościowo. Kiedy przesunęłam postrzeganie bardziej w kierunku Struktury, wyczułam ich pola siłowe. Nie ich konfigurację czy opór jaki mi stawiały, ale samo ich istnienie. Być może nawet gdyby zdecydowali się na całkowita odsłonięcie, tutaj postrzegałabym ich dokładnie tak samo jak teraz.
- Zdecydowanie Prawdziwi – stwierdziłam. Fadhir parsknął krótkim śmiechem.
- I jak to stwierdziłaś, znowu szukałaś osłony? - spytał – Mówiłem już, że to nie jest najlepszy sposób. Jedyne co daje całkowitą pewność, to kiedy zobaczysz prawdziwy, ludzki ident.
Westchnęłam. Miałam wrażenie, że te osłony również były charakterystyczne dla astralnych podróżników – i chyba dla wszystkiego, co do nich należało. Być może dotyczyło to również chowańców, ale tego jeszcze do tej pory nie sprawdzałam. Na podstawie dotychczasowej wiedzy miałam powody sądzić, iż właśnie tak było.
Skoncentrowałam się znowu. Póki byłam ogólnie rozluźniona, za każdym razem było to łatwiejsze. Spróbowałam sięgnąć umysłem do smukłej sylwetki, która wyłoniła się spomiędzy budynków na skraju miasta. W tym przypadku nie czułam nic podobnego do pola siłowego. Odruchowo skupiłam się bardziej na Strukturze. Prawie na pewno istota astralna. Dla ostatecznego rozstrzygnięcia posłałam w jego stronę odpowiednie słowa.
ird’ir
Odbiłam się od błędu systemu jak od ściany. Faktycznie nie człowiek. Spróbowałam sięgnąć głębiej, wyciągnąć z niego cokolwiek. W sposób, którego absolutnie nie byłabym w stanie świadomie powtórzyć, jakoś skłoniłam stworzenie do zdradzenia mi swojej tożsamości. Odczytałam długi ciąg znaków. Vkr-d2tyMjMyODc2NzY4NTYwOTIzMTQK. Mimowolnie się uśmiechnęłam. To brzmiało nawet trochę znajomo.
Otworzyłam oczy i odwróciłam się do Fadhira.
- Ten szczupły, który idzie w naszym kierunku, to chyba goblin – oznajmiłam triumfalnie. Spróbowałam mentalnie przekazać towarzyszowi informacje wyciągnięte z goblina, ale nie dałam rady. Pole siłowe Fadhira skutecznie blokowało próby nawiązywania połączenia.
- W sumie dlaczego oni nie mają normalnych imion? - spytałam – Tylko te… numery seryjne czy co to jest?
Fadhir wzruszył ramionami.
- A odczytałaś jego? Cóż, nie widzę w jakim celu mieliby mieć imiona. Są tylko zjawiskami, jakie tu występują. Częścią układu. Komórki w naszych fizycznych ciałach też nie mają imion.
- Ta twoja Vilma ma imię – zauważyłam – I stworzenia w moim domu, przynajmniej niektóre, też.
- Bo one są... bardziej przeznaczone do interakcji z prawdziwymi ludźmi? W takiej sytuacji imiona ułatwiają sprawę. I zazwyczaj te jednostki żyją dość długo, czasami tylko jakaś rekonfiguracja Matrixa może je załatwić.
- A reszta?
Przypomniał mi się gnom spotkany kiedyś podczas wyprawy przez łąki. Kilka tygodni życia, tak przynajmniej twierdził.
- No cóż, komórki są regularnie wymieniane…
Potrząsnęłam głową i pochyliłam się do przodu, szukając na skraju miasta kolejnego celu.
Siedzieliśmy w pobliżu granicy terenu Jetter, wśród traw, mając słupki graniczne około dwóch metrów za plecami. Wystarczająco daleko, żeby widzieć jedynie sylwetki osób kręcących się pomiędzy pierwszymi budynkami, ale wciąż na terenie oddziaływania miasta. Fadhir zdawał się absolutnie nie przejmować tym, czy ktoś na niego patrzy, ja cały czas czułam się nieswojo. Może podróżnicy snuli się po Astralu w losowych miejscach ale rzadko SIEDZIELI w tych losowych miejscach na ziemi, tak jak my gdzieś na środku łąki.
Cholera, w końcu nawet mnie tu nie znali! Przynajmniej do momentu, kiedy ktoś z Prawdziwych sprawdziłby mój ident… i w sumie co dalej? Co by to dało?
- Fadhir, inni też robią to samo co my?
- Czyli co?
- No, identyfikują sobie dla zabawy inne osoby.
- Nie mam pojęcia – mruknął Fadhir – Teoretycznie mogą, ale bez żadnego celu wątpię, żeby im się chciało. A czemu pytasz, ukrywasz się przed kimś?
- No, nie – to była prawda. Ale niewiele mnie to pocieszało. Byłam przekonana, że jakaś kompromitacja tutaj była kwestią czasu.
- Dam ci taką radę na przyszłość – odezwał się Fadhir – Jak kiedykolwiek będziesz się przed kimś albo przed czymś ukrywać, po prostu tu nie przychodź. Tutaj nie masz szans. Serwer tego Matrixa tak działa, że twoja obecność tutaj jest zapisana w Strukturze. To jest widoczne dla każdego, kto zechce tego szukać i nie ukryjesz tego żadnym sposobem. Mogą cię zlokalizować z dokładnością do obszaru w czwartym wymiarze. Jak się bardziej postarają, na poziomie energii zobaczą dokładniej.
Odruchowo pochyliłam się do przodu jeszcze bardziej, jak w jakiejś satyrze „Króla Lwa”. Ukrywanie się wśród wysokich traw zapewne niewiele mi dawało, jeśli obok głowa i ramiona Fadhira były doskonale widoczne z daleka.
My patrzyliśmy na innych podróżników, oni mogli na nas.
Koncentrowałam się na na sylwetce kobiety w czymś w rodzaju lekkiego płaszcza. Zgadywałam, że to raczej Prawdziwa, ale dopuszczałam myśl, że to jednak taka no, przejrzała driada…
- Sylf – poprawił mnie Fadhir z rozbawieniem – To są sylfy. W większości stworzone do interakcji z podróżnikami. Jak jeszcze nie miałaś z nimi do czynienia, to pewnie szybko zauważysz, że są dużo bardziej… cywilizowane niż reszta tej astralnej hołoty.
Przytaknęłam. Kobieta w płaszczu okazała się jednak człowiekiem.
Byłam trochę rozczarowana, że w tym momencie jakoś nie widziałam w okolicy zwierząt. Miałam wielką ochotę sprawdzić, czy rzeczywiście tulpy były tak samo łatwe do identyfikacji.
- Ci dwaj po lewej też Prawdziwi – oznajmiłam triumfalnie po chwili – I ten trzeci dalej też.
Owszem, widziałam identy znacznej części osób, które próbowałam mentalnie badać. I absolutnie nic z tego nie wynikało. Nie próbowałam nawet zapamiętywać ich imion, bo ta wiedza nie była mi absolutnie do niczego potrzebna. Ale gdybym chciała… Mogłabym pewnie później śledzić dowolną osobę jakbym nieco się postarała. Cudowne możliwości dla stalkerów…
Zdołałam jeszcze znaleźć dwa gobliny. W jednym przypadku miałam wrażenie, że i tak oszukuję. Tamten osobnik snuł się na tyłach budynków w podejrzany sposób, o jaki nie podejrzewałabym prawdziwych.
- Zdziwiłabyś się. Spójrz na siebie.
Jednak miałam wrażenie, że byłam raczej wyjątkiem od reguły. Jeszcze nie spotkałam nikogo miotającego się tak chaotycznie jak ja – przynajmniej w dotychczasowej próbce badawczej.
- No i sama widzisz, że niewiele jeszcze widziałaś.
Zamknęłam oczy i odchyliłam głowę do tyłu. Spróbowałam wrócić do tego wyciszonego stanu umysłu, który utrzymywałam jeszcze kilka minut wcześniej. Poczułam się lekko zniecierpliwiona. Pierwszy raz w ciągu tych trzech dni. To chyba jakiś absolutny rekord! Nie podejrzewałam nawet, że potrafię pozostawać w stanie wyciszenia tak długo.
Może gdybym nie pozwoliła się rozproszyć, teraz z marszu osiągnęłabym pełen trans.
- Zmęczona? - zagadnął Fadhir. W odpowiedzi uśmiechnęłam się cierpko.
- Tutaj to raczej niemożliwe.
- Wiesz, że miałem na myśli zmęczenie w sensie mentalnym. Widzę, że tracisz koncentrację. Czas na przerwę?
Fadhir podniósł się i rozprostował nogi końskiej części ciała. Po chwili wahania ja również podniosłam się z ziemi. Energicznymi ruchami strzepnęłam pył i źdźbła trawy z ubrania. Tak, ręcznie, jak zwierzęta… Na to jeszcze żadnej magicznej sztuczki nie miałam.
Ruszyliśmy w stronę obrzeży Jetter. Nie byliśmy jedynymi wkraczającymi do miasta, chociaż zdecydowanie większość wchodzących wybierała raczej ścieżki. Miałam wrażenie, że sam fakt, iż byliśmy we dwójkę czynił nasz widok bardziej normalnym.
- Coś do picia? - spytał Fadhir – Stawiam.
- Idziemy do tej twojej Vilmy?
- Ona nie moja, tylko tutejsza…
Tak, zabawny żart, milordzie.
Kiedy Fadhir kluczył uliczkami wśród pociemniałych drewnianych budynków, ja denerwowałam się coraz bardziej. Do diabła, do tej pory nie zdołałam określić swojej sytuacji finansowej tutaj. Wiedziałam tylko tyle, że jakieś środki płatnicze tutaj istniały. Nie wiedziałam, czym są, czy jakieś posiadałam i skąd podróżnicy w ogóle je brali.
Fadhir je posiadał, tyle mogłam stwierdzić.
- To może go o to spytaj…
Prędzej mi język uschnie i odpadnie.
Weszliśmy do miejsca przypominającego trochę tawernę – może przez to ciemne drewno z każdej strony. Na sali na parterze było już kilka osób, ktoś na nasz widok podniósł głowę. Wyraźnie – i nie bez pewnej satysfakcji – zauważyłam, że tym razem uwaga Prawdziwych nie skupiała się na mnie, ale na Fadhirze. No cóż, podróżnik w postaci centaura siłą rzeczy wyróżniał się z tłumu. Niejeden Prawdziwy tu mutował, ale nie aż tak…
Vilma, o której wcześniej mówił Fadhir, także okazała się nie-driadą… To znaczy, przepraszam, SYLFIDĄ. Miała brunatną skórę jak reszta jej gatunku, okrągłą, łagodną twarz o regularnych rysach i ciemne włosy z bordowymi pasemkami, gładko zaczesane i ciasno związane na czubku głowy.
Kiedy Fadhir spytał, na co mam ochotę, szybko wskazałam lemoniadę z lodem i miętą. Wolałam nie zastanawiać się zbyt długo, czym były mieszanki w nietypowych kolorach, prezentujące się dumnie w wąskich butelkach albo co oznaczały abstrakcyjne nazwy nabazgrane żółtą kredą na tablicach wiszących za ladą.
Fadhir mruknął o czymś ciemnym. Nie wiem, czy Vilma słyszała go dlatego, że stał bliżej, czy częściowo mogła czytać jego myśli albo intencje, bo tylko skinęła głową i sięgnęła po wysoki kufel. A potem sylfida podeszła do…
Cholera, serio?!
Przetarłam oczy. Po prawej stronie od miejsca, gdzie przed ladą ustawiała się kolejka, leżały poziomo beczki z metalowymi kranikami. Vilma, ze swobodną wprawą osoby robiącej to od zawsze, odkręciła jeden z tych kraników i nalała do kufla coś, co wyglądało jak piwo.
Fadhir podziękował i wziął nasze napoje. Oszołomiona, bezwolnie poszłam za nim do stolika w kącie. Obojętnie przyjęłam obecność piętra i prowadzących na nie schodów. Przelotnie pomyślałam tylko, że Fadhirowi nie byłoby łatwo się tam dostać. Potem zarejestrowałam jeszcze fakt, iż pomieszczenie nie miało okien, jedynie ciemne pionowe szczeliny w ścianach, zaczynające się metr nad podłogą i ciągnące ponad pół metra w górę.
Fadhir postawił naczynia na blacie i spróbował wcisnąć się między stół a ścianę. Położył końską część ciała na podłodze. Nad blat wystawały tylko jego ramiona i głowa. Gestem wskazał mi krzesło naprzeciwko.
- Siadaj, dzieciaku.
Zajęłam miejsce i sięgnęłam po swoją lemoniadę. Na zewnętrznej stronie wysokiej szklanki zdążyła skroplić się para. Niektóre zjawiska fizyczne były tu całkiem realistyczne.
Pochyliłam się nad naczyniem, przywołując na twarz pogodną obojętność. Nawet jeśli Prawdziwi nie mogli swobodnie czytać sobie nawzajem w myślach, Fadhir bez problemu mógł widzieć moją minę. Wolałam nie zastanawiać się, jak łatwo byłoby mu dostrzec myślokształty. Byłam pewna, że w tym momencie nad moją głową unosiła się chmura migających znaków zapytania.
Podniosłam szklankę. Próbowałam przez warstwę lemoniady zobaczyć dno. Trudno było mi tak na pierwszy rzut oka sprawdzić, czy każde naczynie w tm lokalu miało ten świecący dotykowy przełącznik do teleportacji. Przesunęłam po denku dłonią. Coś tam rzeczywiście było, lekko wklęsły wzór. Podniosłam szklankę wyżej.
- Toast? - spytał Fadhir, szczerząc zęby w uśmiechu. Podniósł i wysunął w moją stronę swój kufel z czymś, co z bliska jeszcze bardziej przypominało piwo.
- Za to wariatkowo wokół nas? - zaproponował – I za nas, wariatów, siedzących tu, chociaż moglibyśmy robić w tym czasie milion bardziej pożytecznych rzeczy.
- Za Wymiar Astralny – powiedziałam uroczyście, stukając swoją szklanką w jego kufel.





