31-08-2021, 15:40
Jeżdżę kolejką przez piękny krajobraz. Kolejka kończy się przy wyrzutni do czarnej dziury na niebie. Waham się czy dać się wynieść. Podlatuje do mnie ten Kozioł hemafrodyta, tylko cały biały i miłym głosem coś tłumaczy. Budzę się.
Stoję przed lustrem i pękają mi zęby. Krew się leje strumieniem. Wiem, że jak czegoś nie zrobię to zejdę. Chcę dzwonić po karetkę, ale nie mogę znaleźć telefonu. Mdleje we śnie i niby budzę się w łóżku i to znowu sen. Na szczęście wszystkie zęby na miejscu. Sen opowiada o pewnej kobiecie prowadzącej szemrane interesy.
Skaczę po podwórku, latam, robię akrobacje. Przychodzi jakiś wojskowy. Popisuję się przed nim żeby widział, że jestem dość sprawna do misji, ale jestem wciąż dzieckiem i chyba nic z tego nie będzie.
Trwa huragan. Przechodzę z grupą ludzi z jednego budynku do drugiego. Staramy się umieścić wszystkie dzieci w bezpiecznych miejscach. Wiatr wyrywa okna, zrywa dachy. Ciągle okazuje się, że któreś z dzieci jest nie tam gdzie powinno być. Cały czas słychać huk wiatru, apokalipsa. Chyba pierwszy raz w śnie, dzwonię bez problemu.
Jeżdzę rowerem z dwoma mężczyznami. Jeździmy przez trawiaste wzgórza. Jedziemy pod jaskinię. Tam mamy odpocząć. Jeden z rowerzystów jedzie po jakiś prowiant. Drugi patrzy na mnie ze złością, mówi zostaliśmy sami, teraz się policzymy i chce się rzucić na mnie z pięściami i wtedy się budzę.
Stoję przed lustrem i pękają mi zęby. Krew się leje strumieniem. Wiem, że jak czegoś nie zrobię to zejdę. Chcę dzwonić po karetkę, ale nie mogę znaleźć telefonu. Mdleje we śnie i niby budzę się w łóżku i to znowu sen. Na szczęście wszystkie zęby na miejscu. Sen opowiada o pewnej kobiecie prowadzącej szemrane interesy.
Skaczę po podwórku, latam, robię akrobacje. Przychodzi jakiś wojskowy. Popisuję się przed nim żeby widział, że jestem dość sprawna do misji, ale jestem wciąż dzieckiem i chyba nic z tego nie będzie.
Trwa huragan. Przechodzę z grupą ludzi z jednego budynku do drugiego. Staramy się umieścić wszystkie dzieci w bezpiecznych miejscach. Wiatr wyrywa okna, zrywa dachy. Ciągle okazuje się, że któreś z dzieci jest nie tam gdzie powinno być. Cały czas słychać huk wiatru, apokalipsa. Chyba pierwszy raz w śnie, dzwonię bez problemu.
Jeżdzę rowerem z dwoma mężczyznami. Jeździmy przez trawiaste wzgórza. Jedziemy pod jaskinię. Tam mamy odpocząć. Jeden z rowerzystów jedzie po jakiś prowiant. Drugi patrzy na mnie ze złością, mówi zostaliśmy sami, teraz się policzymy i chce się rzucić na mnie z pięściami i wtedy się budzę.





