08-02-2021, 09:25
Uświadomiłem się we śnie na podstawie jasności pomieszczenia. Spojrzałem na godzinę i trzeźwo wydedukowałem, że o 3.00 w nocy ( zresztą realna godzina LD ) nie może być za żaluzjami jasno jak w dzień, a i dziwne, że w pokoju jest gorąco jak w lato. Z kolei żadnego wpływu na uświadomienie się nie miał już fakt, że spałem w łazience. No niemniej wyskoczyłem przez okno. Po krótkim patrolu sen szybko wprowadził jeden ze swoich ulubionych motywów - pociągi. Siedziałem ostatecznie na dachu jednego, pędzącego obok czterech równoległych lokomotyw, sieć torów zawieszona była też w przestrzeni, tworząc tunel. Kiedy któryś pociąg trafiał na tor kierujący się ku górze i kończący na szczycie tunelu, wtedy cały transformował się w skomplikowany układ wielkich trybów trybów, zawijał się wokół przekątnego toru i osiągał pierwotną formę u szczytu tunelu. Skojarzyło mi się to wtedy z podwójną helisą w DNA.
W środku przedziału to już nie do końca pociąg, po przestrzeń nieproporcjonalnie większa, choć wciąż podłużna i architektonicznie zbliżona. Wzdłuż korytarza po obu stronach szeregi piętrowych wanien, takich biednych, płaskich, z plastiku. W każdej wannie jakiś geriatryczny rezydent, oprzyrządowanie dookoła wskazywało jednak na klimaty szpitalne niż higieniczne. Tu doczepiła się moich pleców karłowata projekcja. Mój standardowy sposób skupienia się na kilku kolejnych czynnościach nie poskutkował, ponieważ diabeł posunął się do treści świądu, który nie daje o sobie zapomnieć.
Wyleciałem za kolejne okno, nie doczekałem się niestety kreatywnych krajobrazów, a zamiast tego dość standardowe wiejsko-leśne przestrzenie z licznymi, rzadko rozłożonymi kreatywnymi kontrapcjami. Przypominało to więc wizytę w galerii sztuki. W jednym miejscu stół pingpongowy z niebieskiego kryształu wycięty na kształt prehistorycznej ryby, kawałek dalej mini-katedra przedrzeźniająca chóralnym sakralnym echem każde moje słowo. Pasażer z moich pleców kpił ze mnie, namawiając mnie, żebym obierał jak najciaśniejsze przejścia i przeloty.
Zdesperowany podjąłem dialog z projekcją, w sposób jaki przypomina prowadzenie z kimś rozmowy podczas robienia niebezpiecznej rzeczy. Dość szybko poskutkowało, postać sunęła wkrótce obok mnie i przybrała postać 7-letniego dzieciaka znajomych. Domagał się rywalizacji w przechodzeniu przez ciasne przejścia, co ostentacyjnie wykonywał i nazywał to próbą Hamiltona ( hybryda nazewnictwa metod oceny depresji ). Ostatni raz widziałem go kątem oka przy dwóch brzozach z milimetrami odstępu między sobą, co do których fałszywie przekonałem go, że pokonałem tą przeszkodę. Od tego czasu zwiedzanie było swobodniejsze, mimo jego płaczu i próśb pomocy.
W środku przedziału to już nie do końca pociąg, po przestrzeń nieproporcjonalnie większa, choć wciąż podłużna i architektonicznie zbliżona. Wzdłuż korytarza po obu stronach szeregi piętrowych wanien, takich biednych, płaskich, z plastiku. W każdej wannie jakiś geriatryczny rezydent, oprzyrządowanie dookoła wskazywało jednak na klimaty szpitalne niż higieniczne. Tu doczepiła się moich pleców karłowata projekcja. Mój standardowy sposób skupienia się na kilku kolejnych czynnościach nie poskutkował, ponieważ diabeł posunął się do treści świądu, który nie daje o sobie zapomnieć.
Wyleciałem za kolejne okno, nie doczekałem się niestety kreatywnych krajobrazów, a zamiast tego dość standardowe wiejsko-leśne przestrzenie z licznymi, rzadko rozłożonymi kreatywnymi kontrapcjami. Przypominało to więc wizytę w galerii sztuki. W jednym miejscu stół pingpongowy z niebieskiego kryształu wycięty na kształt prehistorycznej ryby, kawałek dalej mini-katedra przedrzeźniająca chóralnym sakralnym echem każde moje słowo. Pasażer z moich pleców kpił ze mnie, namawiając mnie, żebym obierał jak najciaśniejsze przejścia i przeloty.
Zdesperowany podjąłem dialog z projekcją, w sposób jaki przypomina prowadzenie z kimś rozmowy podczas robienia niebezpiecznej rzeczy. Dość szybko poskutkowało, postać sunęła wkrótce obok mnie i przybrała postać 7-letniego dzieciaka znajomych. Domagał się rywalizacji w przechodzeniu przez ciasne przejścia, co ostentacyjnie wykonywał i nazywał to próbą Hamiltona ( hybryda nazewnictwa metod oceny depresji ). Ostatni raz widziałem go kątem oka przy dwóch brzozach z milimetrami odstępu między sobą, co do których fałszywie przekonałem go, że pokonałem tą przeszkodę. Od tego czasu zwiedzanie było swobodniejsze, mimo jego płaczu i próśb pomocy.





