31-01-2021, 18:36
Była lekcja Informatyki. Na ławce miałem jedzenie i coś jadłem. Słabo mi szło. Na dodatek jedzenie leżało bezpośrednio na ławce. Kroiłem kawałki czegoś niebieskiego i jadłem. Zdrapywałem też coś z ławki. Była mowa o torcie (nauczycielka od Informatyki miała urodziny) i już pojawił się na papierze śniadaniowym, ale tylko taki kawałek na jeden gryz. Już wyszliśmy. Jakaś dziewczyna miała podręcznik do biologii i powiedziała, że już wypełniła ćwiczenia (ale to może był inny sen). Stałem z innymi na korytarzu, ale tak jakbym dopiero teraz dowiedział się o tym torcie (w-zetce?) i już miałem wrócić do sali, żeby sobie ukroić cały normalny kawałek, gdy tu nagle coś (niby) strasznego z góry schodami do nas nadchodzi. Coś czarnego. Wszyscy w panice, rzucają się do ucieczki. To malutki ludzik ubrany na czarno zjeżdża na schodach na czarnym malutkim koniku. Uciekam i zatrzymuję się na holu przed windą. Inni jeszcze przybiegają jakby z podziemi, z ukrytych pomieszczeń (może z szatni). Ludzik na koniku postukuje. To był żołnierz. Okrążając mnie, ukłuł mnie w łydkę ostrym końcem karabinu. Za nim szły małe ludziki (krasnoludki?), miały kilka centymetrów wzrostu. Byli częściowo przezroczyści, przez co wydawali się być jasno brązowi. Wchodzę szybko do windy. Stali tam w ciemności jacyś starsi ludzie. Nic nie wiedzieli co się dzieje. Krzyczę do nich, że uciekamy z psychiatryka. Czekaliśmy, aż winda ruszy do góry. Winda była z czarnego metalu, bez drzwi, dalej bezpośrednio ciągnął się tak samo metalicznie czarny korytarz. Biegnę korytarzem, razem ze mną dwie dziewczyny i jakiś znajomy. Zatrzymaliśmy się w takim rozwidleniu. Ściany tu były z jakiegoś powyginanego żelastwa. Po prawej stronie było wycięte przejście na jakąś zieleń, pewnie park. Na przodzie była rozmazana, zamglona droga. Chciałem iść w zieleń, ale dziewczyna woła, że nie, że idziemy tędy, czyli trzecim przejściem, tym też z przodu, ale po lewej stronie. Wchodzimy niewielkimi schodkami i przechodzimy przez szklane drzwi na słoneczny dzień. Te dwie dziewczyny siedziały na ławce. Dosiadłem się do nich. Sen się przeniósł do mieszkania. Znowu ten żołnierz prowadzi długi sznur krasnoludków. Chcą wyjść, więc otwieram im drzwi. Z drzwiami na klatce schodowej jakoś sami sobie poradzili, bo akurat ktoś otwierał.





