20-12-2020, 17:23
Jadę, gdzieś autobusem, chyba do sklepu. Nie wiem po co tam jadę autobusem jak to jest niedaleko. Na drugim przystanku wsiadają panowie konduktorzy. Chwilę czekam i wybiegam z autobusu. Słyszę jeszcze jak jeden woła mnie po nazwisku. Skąd je zna, czy teraz w autobusach są kamery z rozpoznawaniem twarzy? Przebiegam przez ulicę, nie wiadomo gdzie. Wbiegam do jakiegoś bloku. Ktoś za mną ciągle idzie (albo ja za tym kimś, to nie było pewne). Na klatce schodowej były moje koty. Jakoś weszły do tamtejszej piwnicy. Zabrałem je i wychodzę z tego bloku. Otwieram drzwi, a tam znowu takie same. Otwieram te następne i znowu pojawiają się następne. Stwierdzam, że to samoreplikujące się fraktalne drzwi. Widzę dwa symbole. Po prawej kwadrat, a po lewej trójkąt lub coś podobnego. Po otwarciu, którychś następnych drzwi docieram do właściwych. Biorę koty znowu ze sobą, bo w czasie otwierania kolejnych drzwi, ciągle znikały i pojawiały się w piwnicy i musiałem po nie wracać. Także za każdym razem, po otwarciu kolejnych drzwi, ten ktoś jakby od nowa szedł za mną (albo przede mną), jakby się to co chwilę resetowało. W końcu, gdy wyszedłem z tego bloku z kotami, wsiadłem do autobusu. Bez kasowania biletu. Tym razem kanary się nie zjawiły.
Słyszę w myślach imię "Cynthia".
Lato. Siedzę sobie w dużym pokoju. Dużo osób znanych i nieznanych. Nie ma drzwi od balkonu, ani okien. Balkon nie ma płotu, jest tylko zasłonięty różowym materiałem. Za pomocą telekinezy poruszam jakimś napompowanym niebieskim woreczkiem z lodem czy czymś. Przelatuje przez zasłonę. Przyciągam go, aż z silnie, bo prawie by mi rozciął policzek krawędzią. Trzymam. Przychodzi jakaś dziewczyna z brązowym kucem. Zaraz wychodzę z nią jechać do hotelu.
Znalazłem się w labiryncie ścian, dopiero co się budującego kościoła. Jakaś kobieta wskazała leżący na ziemi kamyk. Spytała się czy to ja go tam zostawiłem. "Nie". "Wierzę ci", odpowiedziała. Powiedziała to tak jakoś niepokojąco, jakby ten kamień leżący na ziemi oznaczał coś strasznego. Podała mi kamień. Tam było przejście do piwnic. Biegnę za kotami, aby się nie zgubiły. Ta odnoga piwnicy w rzeczywistości jest krótka, a we śnie ciągnie się kilometrami. Piwniczny korytarz zmienia się pociąg. Koty wskakują do przejścia pomiędzy przedziałami. Drzwi się zasuwają. To jest winda. Z daleka rzucam tym kamieniem. Drzwi się rozsuwają. Koty wybiegają na drugą stronę. Tam jest inny korytarz, szkolny czy coś. I znowu następne drzwi przedziałowe, które są windą. Tym razem dobiegam i otwieram drzwi. Dalej jest bank, nikogo nie ma. Potem przebiegam dalej. Docieram do swojego pokoju. Leżę w łóżku. Widzę, że koty się podwoiły. Jedna z kopii nie ma włosów/sierści. Idę do kuchni. Tamta kobieta z kościoła zemdlała i upadła na mnie. Śpi.
Słyszę w myślach imię "Cynthia".
Lato. Siedzę sobie w dużym pokoju. Dużo osób znanych i nieznanych. Nie ma drzwi od balkonu, ani okien. Balkon nie ma płotu, jest tylko zasłonięty różowym materiałem. Za pomocą telekinezy poruszam jakimś napompowanym niebieskim woreczkiem z lodem czy czymś. Przelatuje przez zasłonę. Przyciągam go, aż z silnie, bo prawie by mi rozciął policzek krawędzią. Trzymam. Przychodzi jakaś dziewczyna z brązowym kucem. Zaraz wychodzę z nią jechać do hotelu.
Znalazłem się w labiryncie ścian, dopiero co się budującego kościoła. Jakaś kobieta wskazała leżący na ziemi kamyk. Spytała się czy to ja go tam zostawiłem. "Nie". "Wierzę ci", odpowiedziała. Powiedziała to tak jakoś niepokojąco, jakby ten kamień leżący na ziemi oznaczał coś strasznego. Podała mi kamień. Tam było przejście do piwnic. Biegnę za kotami, aby się nie zgubiły. Ta odnoga piwnicy w rzeczywistości jest krótka, a we śnie ciągnie się kilometrami. Piwniczny korytarz zmienia się pociąg. Koty wskakują do przejścia pomiędzy przedziałami. Drzwi się zasuwają. To jest winda. Z daleka rzucam tym kamieniem. Drzwi się rozsuwają. Koty wybiegają na drugą stronę. Tam jest inny korytarz, szkolny czy coś. I znowu następne drzwi przedziałowe, które są windą. Tym razem dobiegam i otwieram drzwi. Dalej jest bank, nikogo nie ma. Potem przebiegam dalej. Docieram do swojego pokoju. Leżę w łóżku. Widzę, że koty się podwoiły. Jedna z kopii nie ma włosów/sierści. Idę do kuchni. Tamta kobieta z kościoła zemdlała i upadła na mnie. Śpi.





