19-12-2020, 13:10
W książce, którą czytałem litery zaczęły się upłynniać, zmieniać kolory w bardzo szybki sposób. Każda miała co chwilę różny kolor. Zaczęły dołem wypływać z książki. Stałem, gdzieś przy ulicy. Zaczął padać śnieg. To te litery spadały w formie śniegu (zwykłego, białego).
Na niebie był księżyc w kształcie serca i dwie duże planety blisko siebie.
Skądś wracałem z tatą. Przechodzimy przez ulicę. Blokują mi się nogi i spycha mnie w lewą stronę pasów. Przeszedłem, ale zjawiła się policja. Chcieli dać mi mandat. Tłumaczę się, że mi coś się z nogami stało i przeszedłem kilka centymetrów za pasami. No dobra, nie dali mi kary. Idziemy dalej. Wyremontowali jakiś mały sklep, chyba z ubraniami. Był tam wizerunek księcia w niebieskim płaszczu. Dalej patrzę, a w trawie leżą druty, blachy i ogólnie gruz. To był zniszczony kiosk. Pomyślałem, że też powinni tak wyremontować. Nagle zaczynam biec, jakbym jednak zdecydował się uciekać przed policją. Wskakuję na dach tego sklepu i biegnę po nim, przeskakują na dach kościoła, który się tam pojawił, znowu na drugą stronę, na dach sklepu i z powrotem na kościół. Za każdym razem policja była w miejscu, gdzie skoczyłem. Zeskoczyłem i biegłem pomiędzy blokami, na około. Wpadłem na siatkowe ogrodzenie przy lesie i się zaplątałem. Policja już tu była i zakuli mnie w kajdanki. Obudziłem się i sprawdziłem czy nie mam kajdanek na rękach. Nie miałem.
Wyszedłem z jakiegoś tunelu i szedłem przez chwilę korytarzem za kilkoma dziewczynkami. Usiadły przy stolikach otwartego baru, aby coś zjeść.
Przybliżyła się do mnie daleka wizja. Jakieś magazyny, pokoje. Wszystkie meble i co tam było było z drewna. Za dużo szczegółów, by to zapamiętać i opisać. Możliwe, że te pomieszczenia były fraktalne. W jednym pomieszczeniu stał z tyłu telewizor, a przed nim stał piosenkarz i piosenkarka. To byli metalowcy. Dziwnie wyglądali, tak kanciasto. Zaczęli tańczyć tak po metalowemu i śpiewać. Nie byłem pewien czy to rzeczywiście był metal. Muzyka to jakieś hałasy, ale nie metalowe.
Na niebie był księżyc w kształcie serca i dwie duże planety blisko siebie.
Skądś wracałem z tatą. Przechodzimy przez ulicę. Blokują mi się nogi i spycha mnie w lewą stronę pasów. Przeszedłem, ale zjawiła się policja. Chcieli dać mi mandat. Tłumaczę się, że mi coś się z nogami stało i przeszedłem kilka centymetrów za pasami. No dobra, nie dali mi kary. Idziemy dalej. Wyremontowali jakiś mały sklep, chyba z ubraniami. Był tam wizerunek księcia w niebieskim płaszczu. Dalej patrzę, a w trawie leżą druty, blachy i ogólnie gruz. To był zniszczony kiosk. Pomyślałem, że też powinni tak wyremontować. Nagle zaczynam biec, jakbym jednak zdecydował się uciekać przed policją. Wskakuję na dach tego sklepu i biegnę po nim, przeskakują na dach kościoła, który się tam pojawił, znowu na drugą stronę, na dach sklepu i z powrotem na kościół. Za każdym razem policja była w miejscu, gdzie skoczyłem. Zeskoczyłem i biegłem pomiędzy blokami, na około. Wpadłem na siatkowe ogrodzenie przy lesie i się zaplątałem. Policja już tu była i zakuli mnie w kajdanki. Obudziłem się i sprawdziłem czy nie mam kajdanek na rękach. Nie miałem.
Wyszedłem z jakiegoś tunelu i szedłem przez chwilę korytarzem za kilkoma dziewczynkami. Usiadły przy stolikach otwartego baru, aby coś zjeść.
Przybliżyła się do mnie daleka wizja. Jakieś magazyny, pokoje. Wszystkie meble i co tam było było z drewna. Za dużo szczegółów, by to zapamiętać i opisać. Możliwe, że te pomieszczenia były fraktalne. W jednym pomieszczeniu stał z tyłu telewizor, a przed nim stał piosenkarz i piosenkarka. To byli metalowcy. Dziwnie wyglądali, tak kanciasto. Zaczęli tańczyć tak po metalowemu i śpiewać. Nie byłem pewien czy to rzeczywiście był metal. Muzyka to jakieś hałasy, ale nie metalowe.





