10-12-2020, 14:46
To był taki szkolny pałac. Schodzę szerokimi białymi schodami. Mamy iść biegać z klasą. Przed drzwiami wyjściowymi leżą dwie pary moich butów. W tych nie będę biegać, bo to dobre wyjściowe. Idę szukać trampków. Nie wiem nawet, którym pokoju czy sali je zostawiłem i nie mogłem ich znaleźć (może dlatego, że nie mam żadnych trampek). W tym czasie wszyscy już zdążyli wrócić z biegów. Nauczycielka woła wszystkich "dzieci, chodźcie, będzie test z robienia kwiatków". Idziemy na piętro. Otwiera się niewielkie pomieszczenie. Jakaś szalona kobieta stoi z karabinkiem załadowanym przezroczystym żółto pomarańczowym żelem. Z tyłu odchodzą przewody napełniające tym płynem. Ona trzęsie się jak jakaś narkomanka czy alkoholiczka. Porusza się na wszystkie strony. Sprawdza tylko co jakiś czas maszynę ustawioną z tyłu za nią. To była wirówka, też skacząca. Jest uzależniona od robienia dzieciom donosowych wtrysków. My się ustawiamy w kolejkę. Pomyślałem, że niech kilka osób przejdzie to wtedy wchodzę. Tamtej ręce coraz mocniej się trzęsą ze zniecierpliwienia. Już nawet wypuściła trochę w powietrze "dla spróbowania". Wchodzą jedna osoba, druga, trzecia. Szybciej, szybciej! No to teraz ja. Nadstawiam nos i mi wstrzykuje ten żel do lewej dziurki. Od razu źle się czuję. Połowę zatok mam zapchanych, ciężko mi oddychać, nie czuję lewej strony głowy. Wychodzę. Przechodzę w tył kolejki, aż do schodów. Nie wiedzą, że to tylko pogorszy sytuację. I o co miało chodzić z tym "testem"?, że niby teraz będą sprawdzać kiedy się to rozpuści i wypłynie nosa? Czuję się zły, że tak dałem się nabrać. Trzeba było iść biegać w tych kapciach albo na bosaka.





