28-11-2020, 20:57
Patrzę się przez okno do wnętrza kiosku. Na łóżku leży półnaga kobieta. Nad nią koc zawisł jakby fala się zatrzymała lub wiatr zawiał. Z obrazu wiszącego na ścianie wychodzi czyjaś ręka. Są tam jeszcze inne postacie. Wszystko to jest nieruchome, jakby zapauzowane. Wydaje mi się, że to mogą być duchy. Szyba robi się ciemna i obraz zanika.
Przechadzam się przez tłum tańczących powiększonych świeczek na tort urodzinowy. Poruszają się w powietrzu raz w lewo, a raz w prawą stronę. Z przodu ktoś idzie ubrany w garnitur i kapelusz. Zatrzymuję się przed klatką schodową. Biorę podłużne szyszki i wrzucam w krzaki. Dowiedziałem się od kogoś, że jak zgniją to z tego coś wyrośnie ciekawego. Patrzę się do góry na ścianę. U kogoś, chyba z drugiego piętra, rosną grzyby pod parapetem.
Jakaś sąsiadka, której nigdy nie widziałem, wchodzi do piwnicy i bierze mój nowy rower jakby to był jej. Pewnie nawet się nie zastanowiła. Jedzie za bloki, tam gdzie z góry widać las. Wychodzi na to, że my jedziemy jednocześnie na tym rowerze, a ona nawet mnie nie zauważa. W pewnym momencie zawracam i się zatrzymuję. Gdy schodzę, ona jedzie, a ja ją gonię. Na razie powoli jedzie i prawie ją doganiam, ale jak wyjeżdża na główną ulicę, to przyśpiesza. Biegnę szybciej. Obraz się rozmazuje i jak robi się wyraźnie, znajduję się w jakich ruinach. Jakaś pani tam się zajmuje naprawą samochodów czy motorów, domyślam się. Chociaż dziwne, że ktoś tam jest. Przecież wszystko tu porozwalane jakby lata temu nastąpiło trzęsienie ziemi. Mówię jej, że jakaś kobieta weszła do piwnicy i zabrała mi rower, bo myślała, że to jest jej. Pytam się jej, czy może tu nie przejeżdżała, chociaż znałem już odpowiedź. "Jakaś kobieta pojechała na rowerze, tak? Nie, nie widziałam takowej." Wychodzę z tego pomieszczenia i budynku. Z oddali widzę, że wyszedłem z przeogromnego kościoła. Pewnie to był jeden z tych Fraktalnych Kościołów. Za nim widziałem most.
Przechadzam się przez tłum tańczących powiększonych świeczek na tort urodzinowy. Poruszają się w powietrzu raz w lewo, a raz w prawą stronę. Z przodu ktoś idzie ubrany w garnitur i kapelusz. Zatrzymuję się przed klatką schodową. Biorę podłużne szyszki i wrzucam w krzaki. Dowiedziałem się od kogoś, że jak zgniją to z tego coś wyrośnie ciekawego. Patrzę się do góry na ścianę. U kogoś, chyba z drugiego piętra, rosną grzyby pod parapetem.
Jakaś sąsiadka, której nigdy nie widziałem, wchodzi do piwnicy i bierze mój nowy rower jakby to był jej. Pewnie nawet się nie zastanowiła. Jedzie za bloki, tam gdzie z góry widać las. Wychodzi na to, że my jedziemy jednocześnie na tym rowerze, a ona nawet mnie nie zauważa. W pewnym momencie zawracam i się zatrzymuję. Gdy schodzę, ona jedzie, a ja ją gonię. Na razie powoli jedzie i prawie ją doganiam, ale jak wyjeżdża na główną ulicę, to przyśpiesza. Biegnę szybciej. Obraz się rozmazuje i jak robi się wyraźnie, znajduję się w jakich ruinach. Jakaś pani tam się zajmuje naprawą samochodów czy motorów, domyślam się. Chociaż dziwne, że ktoś tam jest. Przecież wszystko tu porozwalane jakby lata temu nastąpiło trzęsienie ziemi. Mówię jej, że jakaś kobieta weszła do piwnicy i zabrała mi rower, bo myślała, że to jest jej. Pytam się jej, czy może tu nie przejeżdżała, chociaż znałem już odpowiedź. "Jakaś kobieta pojechała na rowerze, tak? Nie, nie widziałam takowej." Wychodzę z tego pomieszczenia i budynku. Z oddali widzę, że wyszedłem z przeogromnego kościoła. Pewnie to był jeden z tych Fraktalnych Kościołów. Za nim widziałem most.





