24-11-2020, 22:35
7 listopada
Wchodziliśmy z koleżanką na bardzo wysoką wieżę budowlaną. Była dosłownie w chmurach. Mieliśmy na sobie niebieskie szelki zabezpieczające. Byliśmy już na szczycie, słyszałem przez chwilę czyiś głos, coś w stylu "schodzimy już". Ja też chciałem zejść bo bardzo się bałem. Przez chwilę był tam też mój znajomy i powiedział coś w stylu "wyjdziesz za tą barierkę z prawej strony?". Ja byłem w tym momencie zamiast w środku wieży od strony drabiny, to po zewnętrznej stronie. Czułem jak buja się na boki i delikatnie trzeszczy. Zaczęliśmy schodzić na dół, ja byłem wyżej. Koleżanka musiała przepiąć swoją sprzączkę od szelek, ledwo zdążyła to zrobić a spadła z drabiny. Zawiesiła się na szelkach, bujnęło ją daleko do przodu i wróciła na drabinę. Bardzo mnie to przestraszyło. Powiedziałem "a co jakbyś spadła?" a ona coś w stylu "w locie jeszcze można zdążyć zaczepić szelki". Zeszliśmy niżej, i ja musiałem przepiąć swoje szelki, ale nie było o co, bo wieża niżej była już z litego betonu. W betonie była tylko jakaś rurka. Przebiłem ją sprzączką, ale nie zapiąłem jej. Z rurki zaczęła płynąć kremowa ciecz, wyglądała jak mleko toffi. Powiedziałem do koleżanki "czujesz zapach spalenizny?". Po chwili ciecz była na nas, widziałem jak koleżance spływa ona po dolnej części twarzy, wypluwa ją z ust. Okazało się że był to jakiś słaby kwas. Lekko zdeformował nam skórę. Nagle znaleźliśmy się na ziemi cali przemoczeni. Przez chwilę pojawiła się tam też jakaś blondynka ubrana cała na biało, ale jej nie znam.
Wchodziliśmy z koleżanką na bardzo wysoką wieżę budowlaną. Była dosłownie w chmurach. Mieliśmy na sobie niebieskie szelki zabezpieczające. Byliśmy już na szczycie, słyszałem przez chwilę czyiś głos, coś w stylu "schodzimy już". Ja też chciałem zejść bo bardzo się bałem. Przez chwilę był tam też mój znajomy i powiedział coś w stylu "wyjdziesz za tą barierkę z prawej strony?". Ja byłem w tym momencie zamiast w środku wieży od strony drabiny, to po zewnętrznej stronie. Czułem jak buja się na boki i delikatnie trzeszczy. Zaczęliśmy schodzić na dół, ja byłem wyżej. Koleżanka musiała przepiąć swoją sprzączkę od szelek, ledwo zdążyła to zrobić a spadła z drabiny. Zawiesiła się na szelkach, bujnęło ją daleko do przodu i wróciła na drabinę. Bardzo mnie to przestraszyło. Powiedziałem "a co jakbyś spadła?" a ona coś w stylu "w locie jeszcze można zdążyć zaczepić szelki". Zeszliśmy niżej, i ja musiałem przepiąć swoje szelki, ale nie było o co, bo wieża niżej była już z litego betonu. W betonie była tylko jakaś rurka. Przebiłem ją sprzączką, ale nie zapiąłem jej. Z rurki zaczęła płynąć kremowa ciecz, wyglądała jak mleko toffi. Powiedziałem do koleżanki "czujesz zapach spalenizny?". Po chwili ciecz była na nas, widziałem jak koleżance spływa ona po dolnej części twarzy, wypluwa ją z ust. Okazało się że był to jakiś słaby kwas. Lekko zdeformował nam skórę. Nagle znaleźliśmy się na ziemi cali przemoczeni. Przez chwilę pojawiła się tam też jakaś blondynka ubrana cała na biało, ale jej nie znam.





