15-11-2020, 14:39
Na krawędzi stromej rozpadliny stał jeden dom. Miał może trzy albo cztery piętra. Dziwiłem się, że został wybudowany w takim miejscu. Przecież może się kiedyś zsunąć lub ktoś może tam spaść, a nie było żadnego ogrodzenia. Jakoś udało mi się zejść na sam dół po skarpie (możliwe, że były tam drewniane schody). To było chyba koryto wyschniętej rzeki. Po bokach były łąki i drzewa. W oddali ktoś "płynął" na drewnianej tratwie z kółkami. Odpychał się długim kijem od ziemi zamiast wiosłowania. Nie wiem, czy płynął w moją stronę, czy w odwrotną. Chyba się zatrzymał. Na tej swojej tratwie miał wielkiego czarnego wilka i psa. Pies się patrzył nieruchomo na wilka. W pewnym momencie wilk zniknął. Trochę się przestraszyłem i pobiegłem do tego domu, który okazał się moim sennym domem. Wbiegłem na piętro coś sprawdzić (w sumie to nie wiem po co). Kot wybiegł na zewnątrz, ale nie wiem czy zwykłymi drzwiami czy bezpośrednio z piętra. Poszedłem szukać kota, aby go wilk nie pożarł. Gdy już prawie złapałem kota, ten gdzieś uciekał. Nie był to mój kot z rzeczywistości. Był rudopomarańczowy, lekko przezroczysty. Nagle ten wilk przybiegł, czy raczej jakoś tak przyskoczył i stał bokiem. Niby się go bałem na początku, ale tak na prawdę mnie nie obchodził. Nawet nie wiem co ten ogromny wilk chciał zrobić, zjeść kota? Poszedłem znowu szukać kota. Teraz, zamiast koryta wysuszonej rzeki, były tam betonowe chodniki i bloki. Gdy znalazłem kota, wilk znowu zastąpił mi przejście, a potem poszedł, gdzieś za blok w krzaki. Chyba go kot wcale nie interesował. Ściemniało się. Wbiegłem na drugie piętro domu. Tam były trzy pokoje bez drzwi, bardzo blisko siebie. Mój był po środku. Miał większe przejście. Stały tam jakieś komputery. Zrobiło się ciemno i się obudziłem.





