06-11-2020, 03:37
Kolejny ch*jowy dzień, kolejna ch*jowa noc, kolejny raz zasnąłem z nadzieją, że już się nie obudzę i kolejny ku*wa raz ma nadzieja była płonna.
Ógolnie tu miał być wstęp dotyczący sytuacji ze świata (chyba) realnego, który rzutuje na me sny. Rozpisałem się, nawet bardzo i to trzy razy. Nie ma go gdyż A) sytuacja co chwila się zmienia i co wczoraj było czymś dziś jest czymś innym B) nikogo to raczej nie obchodzi. Soł usunąłem w cholerę cały zapis, który i tak sprowadzał się do jednego. Podświadomość chce mnie udupić... i to tak fest.
23-24.10.2K20
Czas snu: 4h po południu i w nocy kolejne 10. Zapamiętałem sen tylko z drzemki. To był piątek, po tygodniach niewyspania mózg widząc, że idę spać drugi raz tego dnia i wyśpię się uznał chyba, iż trzeba wszystkie moce przerobowe przerzucić na odpoczynek a sny to tam walić.
...Słonecznie. Przedmieścia. Jeździłem sobie rowerem. Trafiłem przed jakąś knajpę. Zobaczyłem bilbord wskazujący, że szukają pracownika. Zrobiłem smartfonem zdjęcie numeru telefonu z bilbordu. Uznałem to za zatrudnienie się. Znów zacząłem jeździć rowerkiem, uszczęśliwiony z powodu znalezienia pracy. Jednak z tyłu głowy miałem dziwne uczucie, że coś jest nie tak. Po drodze spotkałem kilka postaci, których pamiętać nie chcę i jako tako większość na szczęście zapomniałem.
(...) Znalazłem się na autostradzie. Nie była to polska autostrada to na pewno, bo miała więcej niż dwa pasy H3H3. Nie jeździły po niej żadne samochody. Nadal było słonecznie. Nie miałem już swojego roweru. Dostrzegłem cztery humanoidalne postacie ubrane w a jakże strój jednej z serialowych postaci, która ciągle siedzi mi w głowie i przez którą mam masę przemyśleń natury egzystencjonalnej. Zaczęły się do mnie łasić. KuuuUUUr... odszedłem z jedną z nich kawałek dalej i zacząłem rozmawiać. Nie ważne o czym. Przeszliśmy się. Doszliśmy do parku. Usiedliśmy na ławce. Nadal rozmawialiśmy. W międzyczasie forma dziewczyny zmieniła się w bardziej ludzką. Poprzednie ubrania zostały zastąpione czarnymi, skórzanymi. Kurtką, spodniami i glanami. Kolor włosów przeszedł w ciemny rudy. Przypominała pewną znaną mi kiedyś dziewczynę.
Zaczęło padać. Na szczęście ławka miała składany daszek jak na krzesełkach wyciągów narciarskich. Zakryliśmy się. Byliśmy sami w parnej bańce. Szyby zaparowały. Wyglądała na taką która pali. Wyciągnąłem więc paczkę petów chcąc jej zaimponować, pokazać jaki to ja nie kozak, palacz, dymkarz. Z paczką działo się jednak coś dziwnego. Papierosy w środku były pocięte i sczerniałe. Niektóre się żarzyły. Nie wiem dlaczego (a raczej we śnie nie wiedziałem) ale wyglądało to strasznie. [w następnym śnie miałem prawie identyczną sytuację] Wyjąłem jednego peta a paczkę szybko schowałem. Miałem ją poczęstować ale widząc w jakim stanie są moje szlugi odpuściłem sobie. Odpaliłem. Oczywiście przez szerokie nacięcia nie mogłem dobrze się zaciągnąć. Rozmawialiśmy jeszcze trochę ale z każdą chwilą czułem się coraz gorzej w tym ciasnym, plastikowym więzieniu. Z ulgą przyjąłem koniec deszczu. Odkryłem kotarę. Świeże podeszczowe powietrze ukoiło mnie trochę. Wstaliśmy. Puściłem na cały zycher https://www.youtube.com/watch?v=AgR3Loil...el=TrapFly z telefonu, po czym schowałem go do kieszeni. Zaczęliśmy iść obok siebie, śpiewać i tańczyć w rytm muzyki. Pełna czilera utopia. Gdzieś w połowie piosenki przechodziliśmy przez wiadukt nad autostradą pełną rozpędzonych samochodów. W głębi siebie usłyszałem jedno głośne słowo "SKACZ!". Odrzuciłem natychmiast tę myśl argumentując, że dopóki trwa ta piosenka to za dobrze się bawię. Szliśmy tańcząc dalej. Nuta się skończyła. Otworzyłem oczy które zamknąłem pod koniec kawałka i zacząłem się odwracać "No dobra, teraz mogę już sk...". Niczego za mną nie było. Odwróciłem się ponownie. Nie było przy mnie mojej towarzyszki. Szukałem jej wzrokiem, szukałem czegokolwiek. Otaczała mnie jedynie biała, nieprzenikniona mgła i dobijająca samotność...
Obudziłem się zlany potem.
W następnych dniach miałem jeszcze dwa dłuższe sny i kilka krótszych. Nie będę ich zapisywał, bo raz nie chcę ich pamiętać, dwa na szczęście większość z nich udało mi się już wymazać. Obecnie wszystko co uda mi się zapamiętać po obudzeniu od razu usuwam z pamięci. Boję się tego czym karmi mnie podświadomość. Chyba ma już dość i chce żebym ja również miał. Najstraszniejsza jest symbolika ryjąca mi i tak już zrytą psyche. Może trochę przesadzam a może nie i to o czym myślę jest tym o czym myślę. Powyższy sen zapisałem tylko dlatego, że już zacząłem go zapisywać gdy jeszcze nie wiedziałem, że kolejne będą równie przerażające. Do tego wkleił się już w moje myśli chyba na amen i uznałem, że może zapisanie go pozwoli w końcu zamknąć tę sprawę.
Peace yo
Ógolnie tu miał być wstęp dotyczący sytuacji ze świata (chyba) realnego, który rzutuje na me sny. Rozpisałem się, nawet bardzo i to trzy razy. Nie ma go gdyż A) sytuacja co chwila się zmienia i co wczoraj było czymś dziś jest czymś innym B) nikogo to raczej nie obchodzi. Soł usunąłem w cholerę cały zapis, który i tak sprowadzał się do jednego. Podświadomość chce mnie udupić... i to tak fest.
23-24.10.2K20
Czas snu: 4h po południu i w nocy kolejne 10. Zapamiętałem sen tylko z drzemki. To był piątek, po tygodniach niewyspania mózg widząc, że idę spać drugi raz tego dnia i wyśpię się uznał chyba, iż trzeba wszystkie moce przerobowe przerzucić na odpoczynek a sny to tam walić.
...Słonecznie. Przedmieścia. Jeździłem sobie rowerem. Trafiłem przed jakąś knajpę. Zobaczyłem bilbord wskazujący, że szukają pracownika. Zrobiłem smartfonem zdjęcie numeru telefonu z bilbordu. Uznałem to za zatrudnienie się. Znów zacząłem jeździć rowerkiem, uszczęśliwiony z powodu znalezienia pracy. Jednak z tyłu głowy miałem dziwne uczucie, że coś jest nie tak. Po drodze spotkałem kilka postaci, których pamiętać nie chcę i jako tako większość na szczęście zapomniałem.
(...) Znalazłem się na autostradzie. Nie była to polska autostrada to na pewno, bo miała więcej niż dwa pasy H3H3. Nie jeździły po niej żadne samochody. Nadal było słonecznie. Nie miałem już swojego roweru. Dostrzegłem cztery humanoidalne postacie ubrane w a jakże strój jednej z serialowych postaci, która ciągle siedzi mi w głowie i przez którą mam masę przemyśleń natury egzystencjonalnej. Zaczęły się do mnie łasić. KuuuUUUr... odszedłem z jedną z nich kawałek dalej i zacząłem rozmawiać. Nie ważne o czym. Przeszliśmy się. Doszliśmy do parku. Usiedliśmy na ławce. Nadal rozmawialiśmy. W międzyczasie forma dziewczyny zmieniła się w bardziej ludzką. Poprzednie ubrania zostały zastąpione czarnymi, skórzanymi. Kurtką, spodniami i glanami. Kolor włosów przeszedł w ciemny rudy. Przypominała pewną znaną mi kiedyś dziewczynę.
Zaczęło padać. Na szczęście ławka miała składany daszek jak na krzesełkach wyciągów narciarskich. Zakryliśmy się. Byliśmy sami w parnej bańce. Szyby zaparowały. Wyglądała na taką która pali. Wyciągnąłem więc paczkę petów chcąc jej zaimponować, pokazać jaki to ja nie kozak, palacz, dymkarz. Z paczką działo się jednak coś dziwnego. Papierosy w środku były pocięte i sczerniałe. Niektóre się żarzyły. Nie wiem dlaczego (a raczej we śnie nie wiedziałem) ale wyglądało to strasznie. [w następnym śnie miałem prawie identyczną sytuację] Wyjąłem jednego peta a paczkę szybko schowałem. Miałem ją poczęstować ale widząc w jakim stanie są moje szlugi odpuściłem sobie. Odpaliłem. Oczywiście przez szerokie nacięcia nie mogłem dobrze się zaciągnąć. Rozmawialiśmy jeszcze trochę ale z każdą chwilą czułem się coraz gorzej w tym ciasnym, plastikowym więzieniu. Z ulgą przyjąłem koniec deszczu. Odkryłem kotarę. Świeże podeszczowe powietrze ukoiło mnie trochę. Wstaliśmy. Puściłem na cały zycher https://www.youtube.com/watch?v=AgR3Loil...el=TrapFly z telefonu, po czym schowałem go do kieszeni. Zaczęliśmy iść obok siebie, śpiewać i tańczyć w rytm muzyki. Pełna czilera utopia. Gdzieś w połowie piosenki przechodziliśmy przez wiadukt nad autostradą pełną rozpędzonych samochodów. W głębi siebie usłyszałem jedno głośne słowo "SKACZ!". Odrzuciłem natychmiast tę myśl argumentując, że dopóki trwa ta piosenka to za dobrze się bawię. Szliśmy tańcząc dalej. Nuta się skończyła. Otworzyłem oczy które zamknąłem pod koniec kawałka i zacząłem się odwracać "No dobra, teraz mogę już sk...". Niczego za mną nie było. Odwróciłem się ponownie. Nie było przy mnie mojej towarzyszki. Szukałem jej wzrokiem, szukałem czegokolwiek. Otaczała mnie jedynie biała, nieprzenikniona mgła i dobijająca samotność...
Obudziłem się zlany potem.
W następnych dniach miałem jeszcze dwa dłuższe sny i kilka krótszych. Nie będę ich zapisywał, bo raz nie chcę ich pamiętać, dwa na szczęście większość z nich udało mi się już wymazać. Obecnie wszystko co uda mi się zapamiętać po obudzeniu od razu usuwam z pamięci. Boję się tego czym karmi mnie podświadomość. Chyba ma już dość i chce żebym ja również miał. Najstraszniejsza jest symbolika ryjąca mi i tak już zrytą psyche. Może trochę przesadzam a może nie i to o czym myślę jest tym o czym myślę. Powyższy sen zapisałem tylko dlatego, że już zacząłem go zapisywać gdy jeszcze nie wiedziałem, że kolejne będą równie przerażające. Do tego wkleił się już w moje myśli chyba na amen i uznałem, że może zapisanie go pozwoli w końcu zamknąć tę sprawę.
Peace yo
Dlaczego intuicja podpowiada mi, że z tego koszmaru już się nie obudzę? Bo wcale jeszcze nie poszedłem spać a koszmar dopadł mnie na jawie.





