05-10-2020, 20:31
Byłam obserwatorem rodzaju filmu. Bohaterami były dwie wielodzietne rodziny, jedna ludzi, druga wampirów. Pierwsi podróżowali po świecie, drudzy na przemian natykali się na nich losowo albo celowo ich śledzili.
W tej pierwszej rodzinie była coraz bardziej napięta atmosfera między rodzicami a buntowniczymi dziećmi. Co najmniej dwójka dzieci miała już dość tych podróży, narzekali na nie. W którymś momencie jeden z synów zaczął sobie zdawać sprawę z obecności wampirzej rodziny w pobliżu. Zaczął panikować, próbował przekonać rodzicom, że są w niebezpieczeństwie. Rodzice bagatelizowali to, mówili, że dzieciak zmyśla, żeby zwrócić na siebie uwagę albo ich zirytować. Pod koniec chłopak kategorycznie odmawiał kolejnej wyprawy. Miało to związek z możliwością natknięcia się na wampirzycę z tej drugiej rodziny, która w tym momencie miała już jakiś niecny plan wymierzony bezpośrednio w ich rodzinę. Rodzice, zirytowani, próbowali siłą wymusić na chłopcu posłuszeństwo. Dzieciak dramatycznie krzyczał, że wkrótce czeka go los gorszy od śmierci.
================================================================
Byłam członkiem czegoś pomiędzy terenowym zespołem badawczym a ruchem oporu. Kilkunastoosobową grupą przemieszczaliśmy się przez dżunglę. Z fabuły wynikało, że świat wokół ogólnie stawał się coraz bardziej niebezpieczny i nie do życia. Po pierwsze z powodu rodzaju zarazy/plagi, która zmieniała ludzi w rodzaj fioletowych zombie, po drugie trwała globalna wojna, w której każda grupa nie będąca liczną armią mogła zostać bez powodu unicestwiona.
Przebijaliśmy się przez zarośla, szukając ścieżek. Natknęliśmy się na stado animowanych słoni, które biegnąc, wydeptywało w lesie drogi, mniej więcej szerokości samochodu. Staraliśmy się utrzymywać dystans kilkunastu godzin marszu od stada, żeby chodzić tymi drogami, zanim w jakiś sposób [?] znikną. W którymś momencie jakaś armia zaczęła nas ścigać.
Kiedy prawie mogliśmy dostrzec helikoptery na niebie i komandosów między drzewami w oddali, dotarliśmy do wejścia do jaskini. Wbiegając do środka, miałam poczucie ostateczności i nieodwracalności, jakby świat już całkiem się rozpadł i nie było nadziei.
Znaleźliśmy się w podziemnym labiryncie zamieszkanym przez społeczność będącą umownie po tej samej stronie co my. Moja grupa rozproszyła się wśród korytarzy. Potem jak ich szukałam, znajdowałam ich wyciągniętych na hamakach albo urządzających się w wydrążonych w ziemi/skałach niszach. Przeszłam do długiego korytarza.
Dotarły do mnie pogłoski, że mieszkańcy jaskiń trzymają w niewoli kilka osobników tych fioletowych zombie. Z ciekawości chciałam się im przyjrzeć, bo w normalnych warunkach nie za bardzo dało się bezpiecznie obserwować ich z bliska. Ktoś otworzył drzwi przy końcu korytarza i wyszedł z nich zombie, z obręczą na szyi i przymocowanym do niej łańcuchem. Był nagi, szarofioletowy i miał obrzmiałe ciało jak topielec, który za długo leżał w wodzie. Zombie usiadł na kanapie przy końcu korytarza, ja usiadłam obok niego. Miałam dziwną chęć sprawdzenia, czy jego serce naprawdę nie bije. Pytałam go też, czy on jest martwy. Nie byłam pewna, na czym dokładnie polegało zjawisko prowadzące do powstania tych zombie.
Próbowałam zadawać mu pytania, ale stwór najczęściej odpowiadał losowymi, wyrwanymi z kontekstu urywkami zdań. Nie wiedziałam, czy to rodzaj jakiejś filozoficznej mądrości szaleńca czy przypadkowe wytwory rozkładającego się mózgu.
W tej pierwszej rodzinie była coraz bardziej napięta atmosfera między rodzicami a buntowniczymi dziećmi. Co najmniej dwójka dzieci miała już dość tych podróży, narzekali na nie. W którymś momencie jeden z synów zaczął sobie zdawać sprawę z obecności wampirzej rodziny w pobliżu. Zaczął panikować, próbował przekonać rodzicom, że są w niebezpieczeństwie. Rodzice bagatelizowali to, mówili, że dzieciak zmyśla, żeby zwrócić na siebie uwagę albo ich zirytować. Pod koniec chłopak kategorycznie odmawiał kolejnej wyprawy. Miało to związek z możliwością natknięcia się na wampirzycę z tej drugiej rodziny, która w tym momencie miała już jakiś niecny plan wymierzony bezpośrednio w ich rodzinę. Rodzice, zirytowani, próbowali siłą wymusić na chłopcu posłuszeństwo. Dzieciak dramatycznie krzyczał, że wkrótce czeka go los gorszy od śmierci.
================================================================
Byłam członkiem czegoś pomiędzy terenowym zespołem badawczym a ruchem oporu. Kilkunastoosobową grupą przemieszczaliśmy się przez dżunglę. Z fabuły wynikało, że świat wokół ogólnie stawał się coraz bardziej niebezpieczny i nie do życia. Po pierwsze z powodu rodzaju zarazy/plagi, która zmieniała ludzi w rodzaj fioletowych zombie, po drugie trwała globalna wojna, w której każda grupa nie będąca liczną armią mogła zostać bez powodu unicestwiona.
Przebijaliśmy się przez zarośla, szukając ścieżek. Natknęliśmy się na stado animowanych słoni, które biegnąc, wydeptywało w lesie drogi, mniej więcej szerokości samochodu. Staraliśmy się utrzymywać dystans kilkunastu godzin marszu od stada, żeby chodzić tymi drogami, zanim w jakiś sposób [?] znikną. W którymś momencie jakaś armia zaczęła nas ścigać.
Kiedy prawie mogliśmy dostrzec helikoptery na niebie i komandosów między drzewami w oddali, dotarliśmy do wejścia do jaskini. Wbiegając do środka, miałam poczucie ostateczności i nieodwracalności, jakby świat już całkiem się rozpadł i nie było nadziei.
Znaleźliśmy się w podziemnym labiryncie zamieszkanym przez społeczność będącą umownie po tej samej stronie co my. Moja grupa rozproszyła się wśród korytarzy. Potem jak ich szukałam, znajdowałam ich wyciągniętych na hamakach albo urządzających się w wydrążonych w ziemi/skałach niszach. Przeszłam do długiego korytarza.
Dotarły do mnie pogłoski, że mieszkańcy jaskiń trzymają w niewoli kilka osobników tych fioletowych zombie. Z ciekawości chciałam się im przyjrzeć, bo w normalnych warunkach nie za bardzo dało się bezpiecznie obserwować ich z bliska. Ktoś otworzył drzwi przy końcu korytarza i wyszedł z nich zombie, z obręczą na szyi i przymocowanym do niej łańcuchem. Był nagi, szarofioletowy i miał obrzmiałe ciało jak topielec, który za długo leżał w wodzie. Zombie usiadł na kanapie przy końcu korytarza, ja usiadłam obok niego. Miałam dziwną chęć sprawdzenia, czy jego serce naprawdę nie bije. Pytałam go też, czy on jest martwy. Nie byłam pewna, na czym dokładnie polegało zjawisko prowadzące do powstania tych zombie.
Próbowałam zadawać mu pytania, ale stwór najczęściej odpowiadał losowymi, wyrwanymi z kontekstu urywkami zdań. Nie wiedziałam, czy to rodzaj jakiejś filozoficznej mądrości szaleńca czy przypadkowe wytwory rozkładającego się mózgu.





