11-09-2020, 23:31
09-10.09.2K20
Czas snu: 4+2WBTB+6h
...Dzień, dokładną porę dnia ciężko ustalić. Budzę się w swoim domu. Rozejrzałem się po pokojach. Nikogo prócz mnie nie było. Ucieszyłem się z takiego stanu rzeczy i już szedłem po fajkę gdy ni stąd, ni zowąd zmaterializowali się obok mnie moi rodzice. "Nosz K...a" zakląłem. Nie chciało mi się z nimi gadać więc poszedłem do siebie. Po jakiejś minucie zadzwonił dzwonek do drzwi. Poszedłem otworzyć. Gdy uczyniłem ową czynność mym oczom ukazała się ciocia ze swym mężem, ich dwa bachory oraz dwie nieznane mi osoby, nie przyglądałem się ich twarzom więc nawet nie pamiętam jak wyglądali. Wiem tyle iż jedna z tych osób była w wieku 40+ a druga to jakiś gówniak lvl 9-11. Każdy z nich trzymał w rękach piłkę tudzież rakietę tenisową w kolorze niebieskim, o szerokiej głowie i owijkę zrobioną chyba ze starej zużytej opony. Tak, moją uwagę bardziej przykuły trzymane przez nich rakiety aniżeli oni sami. Od niechcenia zrobiłem zapraszający do środka ruch ręką. Nawet się nie przywitałem, od razu ruszyłem z powrotem do pokoju myśląc "Po kiego znowu Ch*ja oni tu przyszli?". Przywitali się zaś moi starsi i to dosyć wylewnie "Cześć Ewunia, No siemasz szwagier itp.".
Nie wiedzieć jak i kiedy przeniosło nas do jakiejś restauracji. Jedliśmy wspólnie obiad przy wielkim i grubym dębowym stole. Nie miałem zbytnio ochoty ani jeść ani przebywać w owym towarzystwie więc przy pierwszej możliwej okazji ulotniłem się tłumacząc, że idę do toalety. Zamiast do toalety skierowałem swe kroki wprost do domu. Po drodze nie wiedzieć czemu zaczepiałem ludzi niczym sprzedawca rogali na plaży i pytałem zawzięcie każdego kogo spotkałem czy nie chce pójść ze mną do toalety. Wszyscy odmawiali. Będąc już przy swym bloku spotkałem brata. O dziwo przystał na moją propozycję. Ruszyliśmy razem by pokonać ostatnie kilkanaście metrów trasy wiodącej do klatki. Gdy wtem ujrzałem dwa samoloty pasażerskie, dwusilnikowe, pikujące jeden za drugim wprost na parking leżący ok. 60 metrów od nas. Krzyknąłem "Uwaga!" i wraz z bratem rzuciliśmy się plackiem na chodnikowy beton. Samolot rozbił się z wielkim hukiem, fala uderzeniowa mocno nami pokiereszowała, szczątki aeroplanu poleciały we wszystkie strony, na szczęście uniknąłem spotkania z większymi kawałkami, dodatkowo swoje zrobiła gorąca, parząca wręcz fala ognistego wybuchu. Trwało to jakieś pół minuty. Gdy zaczęło się uspokajać z nieba spadł kolejny samolot i sytuacja się powtórzyła. Po kolejnych trzydziestu sekundach wstałem i zacząłem się otrzepywać z brudu. Dzwoniło mi w uszach niemiłosiernie. O dziwo skończyło się bez poważnego uszczerbku na zdrowiu tak dla mnie, brata, jak i innych świadków tegoż zdarzenia. To było jednak dopiero niewinne preludium do tego co miało zaraz nastąpić. Po mniej więcej dwóch minutach spokoju ujrzałem nadciągającą z zachodu falę dymu. Wyglądało to jak burza piaskowa. Zbliżało się z ogromną prędkością. Krzyknąłem "Na ziemię!" i znów padłem na ziemię jak naleśnik. Zdążyłem jeszcze zobaczyć jak pożoga przebija się przez sąsiedni blok nic sobie z jego obecności nie robiąc. Zmiotła go z powierzchni ziemi jak domek z kart. W końcu doleciała do mnie. Ależ to był potworny huk. Brzmiał jak grom dźwiękowy tylko, że ciągły i narastający z każdą chwilą. Otaczający mnie dym zmniejszył moje pole widzenia do maksymalnie pół metra. Ponadto był gryzący i dostawał się do oczu. Siła wiatru również wzrastała z każdą chwilą. Obok mej głowy przeleciało kilkadziesiąt sporych kawałków betonu, cegieł, kostek, prętów i innego śmiercionośnego szajsu. Zrozumiałem, że aby przeżyć muszę się schować. Z wielkim trudem doczołgałem się do klatki schodowej i schowałem za wejściem do zsypu. Uchroniło mnie to od odłamków niemniej podmuchy wiatru nadal mną szarpały zaś potworny jazgot stawał się coraz głośniejszy. Zacząłem krzyczeć dookoła żeby wszyscy otworzyli buzię i zatkali uszy jeśli nie chcą ogłuchnąć. Przestałem po chwili, bo uznałem, iż i tak mnie nikt nie usłyszy pośród tego hałasu. Później krzyczałem już tylko z bólu. Nagle zauważyłem gościa próbującego dojść do mojej kryjówki. Typ był już bardzo blisko gdy huragan, że tak powiem pierd*lnął z grubej rury i zdarł skórę z twarzy nieszczęśnika. Ten z bólu złapał się rękami, którymi trzymał się ściany, za twarz, przez co stracił równowagę i został porwany przez monsun. Rozpaćkał się na następnym wejściu do klatki. Po chwili wyłonił się kolejny śmiałek. Był łysiejący i siwy. Popatrzył się na mnie i zdziwiony stwierdził "O tutaj jesteś". On również odleciał. Tym razem cholera wie gdzie. Koszmar skończył się tak samo gwałtownie jak zaczął po jakichś pięciu minutach, akurat gdy byłem u kresu wytrzymałości. Piszczało mi w uszach, myślałem, że ogłuchłem. Na szczęście po jakimś czasie słuch począł wracać. Rozejrzałem się dookoła. Wszędzie porozrzucane były szczątki i ludzkie zwłoki. Ruszyłem przed siebie. Natknąłem się na dwudziestoosobową grupę ubranych na czarno ludzi w mniej więcej mym wieku. Mieli czarne peleryny. Biegli do studzienki kanalizacyjnej. Powiedzieli mi, że idą pokonać coś tam żeby zakończyć kataklizmy. Przyłączyłem się do nich. Wszedłem do studzienki, zszedłem po drabinie, następnie po schodach i dotarłem wraz z resztą do labiryntu przejść.
(...)
Musieliśmy wykonywać jakieś zagadki aby przejść dalej. Niezaliczone zadania/zagadki kończyły się śmiercią pechowca któremu się nie udało. Pamiętam jedynie ostatnią próbę. Doszliśmy do okrągłej sali z kilkudziesięcioma wejściami. Każdy dostał od szefa grupy kartkę ze swoją liczbą. Mi przypadło 16. Na środku stało kręcące się koło z wypisanymi na wycinkach liczbami. Trzeba było znaleźć swój wycinek koła a następnie gdy koło się zatrzyma wejść do wskazanych drzwi i wykonać zadanie. Nie mogłem znaleźć na kole swojej liczby. Czas uciekał, jeśli nie wskoczyłbym na koło to bym zginął (i to marnie). W końcu postanowiłem stanąć na wycinku z numerem 16,24. W ostatniej chwili. Koło stanęło. Otworzyły się drzwi. Wszedłem do tych przeznaczonych dla mnie. W środku czekał na mnie wagonik przyczepiony do gumowej liny który musiałem przewlec przez wystające z podłogi pręty. Szybko rozwiały się początkowe wątpliwości czy aby na pewno wybrałem drzwi przeznaczone dla mnie gdy zobaczyłem leżący na stoliku power bank należący do mnie. Zabrałem się do nawlekania. Im dłużej kręciłem się slalomem pomiędzy prętami tym lina stawała się coraz bardziej napięta, przez co z każdym pokonanym metrem wagonik stawał się coraz bardziej toporny w pchaniu. Niemniej w końcu dotarłem do końca trasy i podczepiłem wagonik do zaczepu końcowego. I nic. Cisza. Pomyślałem "Żadnych fanfarów z powodu ukończenia zadania? Dziwne. Coś mi tu nie pasuje. Hmmmm. Chwila. O KU*WA!". Rzuciłem się w kąt i zwinąłem w kulkę niczym pancernik albo ślimak. W ostatniej chwili. Zaczep końcowy się otworzył a wagonik wiedziony siłą naprężonej liny zaczął rzucać się jak rozjuszony szerszeń na wszystkie możliwe strony pokoju. Wielki, stalowy, kilkunastokilogramowy, wkur*iony szerszeń. Jakimś cudem nie trafił mnie ani razu. W końcu zaczął wytracać prędkość aż stanął w miejscu. Wstałem. Pokój i wszystkie przedmioty w nim się znajdujące był kompletnie zdemolowane. "Uffff" Otarłem pot z czoła "Było blisko". Nagle z innego zacienionego kąta usłyszałem powolne klaskanie. Z cienia wyłonił się Gość wyglądający jak łysy Hank Azaria, nawet brwi nie miał. Powiedział "Brawo, brawo. Gratuluję przebiegłości i pomyślunku, zadanie zaliczone pomyślnie..." po czym szybkim jak kobra ruchem doskoczył do mnie, złapał mnie za ramiona tak, że nie mogłem się ruszyć, przybliżył swą twarz do mojej i dokończył cicho "...ale to nie twój pokój kolego.". Po czym błyskawicznie rozłupał mą głowę o ścianę...
PiS JoŁ
Czas snu: 4+2WBTB+6h
...Dzień, dokładną porę dnia ciężko ustalić. Budzę się w swoim domu. Rozejrzałem się po pokojach. Nikogo prócz mnie nie było. Ucieszyłem się z takiego stanu rzeczy i już szedłem po fajkę gdy ni stąd, ni zowąd zmaterializowali się obok mnie moi rodzice. "Nosz K...a" zakląłem. Nie chciało mi się z nimi gadać więc poszedłem do siebie. Po jakiejś minucie zadzwonił dzwonek do drzwi. Poszedłem otworzyć. Gdy uczyniłem ową czynność mym oczom ukazała się ciocia ze swym mężem, ich dwa bachory oraz dwie nieznane mi osoby, nie przyglądałem się ich twarzom więc nawet nie pamiętam jak wyglądali. Wiem tyle iż jedna z tych osób była w wieku 40+ a druga to jakiś gówniak lvl 9-11. Każdy z nich trzymał w rękach piłkę tudzież rakietę tenisową w kolorze niebieskim, o szerokiej głowie i owijkę zrobioną chyba ze starej zużytej opony. Tak, moją uwagę bardziej przykuły trzymane przez nich rakiety aniżeli oni sami. Od niechcenia zrobiłem zapraszający do środka ruch ręką. Nawet się nie przywitałem, od razu ruszyłem z powrotem do pokoju myśląc "Po kiego znowu Ch*ja oni tu przyszli?". Przywitali się zaś moi starsi i to dosyć wylewnie "Cześć Ewunia, No siemasz szwagier itp.".
Nie wiedzieć jak i kiedy przeniosło nas do jakiejś restauracji. Jedliśmy wspólnie obiad przy wielkim i grubym dębowym stole. Nie miałem zbytnio ochoty ani jeść ani przebywać w owym towarzystwie więc przy pierwszej możliwej okazji ulotniłem się tłumacząc, że idę do toalety. Zamiast do toalety skierowałem swe kroki wprost do domu. Po drodze nie wiedzieć czemu zaczepiałem ludzi niczym sprzedawca rogali na plaży i pytałem zawzięcie każdego kogo spotkałem czy nie chce pójść ze mną do toalety. Wszyscy odmawiali. Będąc już przy swym bloku spotkałem brata. O dziwo przystał na moją propozycję. Ruszyliśmy razem by pokonać ostatnie kilkanaście metrów trasy wiodącej do klatki. Gdy wtem ujrzałem dwa samoloty pasażerskie, dwusilnikowe, pikujące jeden za drugim wprost na parking leżący ok. 60 metrów od nas. Krzyknąłem "Uwaga!" i wraz z bratem rzuciliśmy się plackiem na chodnikowy beton. Samolot rozbił się z wielkim hukiem, fala uderzeniowa mocno nami pokiereszowała, szczątki aeroplanu poleciały we wszystkie strony, na szczęście uniknąłem spotkania z większymi kawałkami, dodatkowo swoje zrobiła gorąca, parząca wręcz fala ognistego wybuchu. Trwało to jakieś pół minuty. Gdy zaczęło się uspokajać z nieba spadł kolejny samolot i sytuacja się powtórzyła. Po kolejnych trzydziestu sekundach wstałem i zacząłem się otrzepywać z brudu. Dzwoniło mi w uszach niemiłosiernie. O dziwo skończyło się bez poważnego uszczerbku na zdrowiu tak dla mnie, brata, jak i innych świadków tegoż zdarzenia. To było jednak dopiero niewinne preludium do tego co miało zaraz nastąpić. Po mniej więcej dwóch minutach spokoju ujrzałem nadciągającą z zachodu falę dymu. Wyglądało to jak burza piaskowa. Zbliżało się z ogromną prędkością. Krzyknąłem "Na ziemię!" i znów padłem na ziemię jak naleśnik. Zdążyłem jeszcze zobaczyć jak pożoga przebija się przez sąsiedni blok nic sobie z jego obecności nie robiąc. Zmiotła go z powierzchni ziemi jak domek z kart. W końcu doleciała do mnie. Ależ to był potworny huk. Brzmiał jak grom dźwiękowy tylko, że ciągły i narastający z każdą chwilą. Otaczający mnie dym zmniejszył moje pole widzenia do maksymalnie pół metra. Ponadto był gryzący i dostawał się do oczu. Siła wiatru również wzrastała z każdą chwilą. Obok mej głowy przeleciało kilkadziesiąt sporych kawałków betonu, cegieł, kostek, prętów i innego śmiercionośnego szajsu. Zrozumiałem, że aby przeżyć muszę się schować. Z wielkim trudem doczołgałem się do klatki schodowej i schowałem za wejściem do zsypu. Uchroniło mnie to od odłamków niemniej podmuchy wiatru nadal mną szarpały zaś potworny jazgot stawał się coraz głośniejszy. Zacząłem krzyczeć dookoła żeby wszyscy otworzyli buzię i zatkali uszy jeśli nie chcą ogłuchnąć. Przestałem po chwili, bo uznałem, iż i tak mnie nikt nie usłyszy pośród tego hałasu. Później krzyczałem już tylko z bólu. Nagle zauważyłem gościa próbującego dojść do mojej kryjówki. Typ był już bardzo blisko gdy huragan, że tak powiem pierd*lnął z grubej rury i zdarł skórę z twarzy nieszczęśnika. Ten z bólu złapał się rękami, którymi trzymał się ściany, za twarz, przez co stracił równowagę i został porwany przez monsun. Rozpaćkał się na następnym wejściu do klatki. Po chwili wyłonił się kolejny śmiałek. Był łysiejący i siwy. Popatrzył się na mnie i zdziwiony stwierdził "O tutaj jesteś". On również odleciał. Tym razem cholera wie gdzie. Koszmar skończył się tak samo gwałtownie jak zaczął po jakichś pięciu minutach, akurat gdy byłem u kresu wytrzymałości. Piszczało mi w uszach, myślałem, że ogłuchłem. Na szczęście po jakimś czasie słuch począł wracać. Rozejrzałem się dookoła. Wszędzie porozrzucane były szczątki i ludzkie zwłoki. Ruszyłem przed siebie. Natknąłem się na dwudziestoosobową grupę ubranych na czarno ludzi w mniej więcej mym wieku. Mieli czarne peleryny. Biegli do studzienki kanalizacyjnej. Powiedzieli mi, że idą pokonać coś tam żeby zakończyć kataklizmy. Przyłączyłem się do nich. Wszedłem do studzienki, zszedłem po drabinie, następnie po schodach i dotarłem wraz z resztą do labiryntu przejść.
(...)
Musieliśmy wykonywać jakieś zagadki aby przejść dalej. Niezaliczone zadania/zagadki kończyły się śmiercią pechowca któremu się nie udało. Pamiętam jedynie ostatnią próbę. Doszliśmy do okrągłej sali z kilkudziesięcioma wejściami. Każdy dostał od szefa grupy kartkę ze swoją liczbą. Mi przypadło 16. Na środku stało kręcące się koło z wypisanymi na wycinkach liczbami. Trzeba było znaleźć swój wycinek koła a następnie gdy koło się zatrzyma wejść do wskazanych drzwi i wykonać zadanie. Nie mogłem znaleźć na kole swojej liczby. Czas uciekał, jeśli nie wskoczyłbym na koło to bym zginął (i to marnie). W końcu postanowiłem stanąć na wycinku z numerem 16,24. W ostatniej chwili. Koło stanęło. Otworzyły się drzwi. Wszedłem do tych przeznaczonych dla mnie. W środku czekał na mnie wagonik przyczepiony do gumowej liny który musiałem przewlec przez wystające z podłogi pręty. Szybko rozwiały się początkowe wątpliwości czy aby na pewno wybrałem drzwi przeznaczone dla mnie gdy zobaczyłem leżący na stoliku power bank należący do mnie. Zabrałem się do nawlekania. Im dłużej kręciłem się slalomem pomiędzy prętami tym lina stawała się coraz bardziej napięta, przez co z każdym pokonanym metrem wagonik stawał się coraz bardziej toporny w pchaniu. Niemniej w końcu dotarłem do końca trasy i podczepiłem wagonik do zaczepu końcowego. I nic. Cisza. Pomyślałem "Żadnych fanfarów z powodu ukończenia zadania? Dziwne. Coś mi tu nie pasuje. Hmmmm. Chwila. O KU*WA!". Rzuciłem się w kąt i zwinąłem w kulkę niczym pancernik albo ślimak. W ostatniej chwili. Zaczep końcowy się otworzył a wagonik wiedziony siłą naprężonej liny zaczął rzucać się jak rozjuszony szerszeń na wszystkie możliwe strony pokoju. Wielki, stalowy, kilkunastokilogramowy, wkur*iony szerszeń. Jakimś cudem nie trafił mnie ani razu. W końcu zaczął wytracać prędkość aż stanął w miejscu. Wstałem. Pokój i wszystkie przedmioty w nim się znajdujące był kompletnie zdemolowane. "Uffff" Otarłem pot z czoła "Było blisko". Nagle z innego zacienionego kąta usłyszałem powolne klaskanie. Z cienia wyłonił się Gość wyglądający jak łysy Hank Azaria, nawet brwi nie miał. Powiedział "Brawo, brawo. Gratuluję przebiegłości i pomyślunku, zadanie zaliczone pomyślnie..." po czym szybkim jak kobra ruchem doskoczył do mnie, złapał mnie za ramiona tak, że nie mogłem się ruszyć, przybliżył swą twarz do mojej i dokończył cicho "...ale to nie twój pokój kolego.". Po czym błyskawicznie rozłupał mą głowę o ścianę...
PiS JoŁ
Dlaczego intuicja podpowiada mi, że z tego koszmaru już się nie obudzę? Bo wcale jeszcze nie poszedłem spać a koszmar dopadł mnie na jawie.





