28-08-2020, 02:39
LoL nawet nie dokończyłem snu (bo mi się nie chciało) a i tak trzy plusiki wleciały.
...Jedni do zakładania na ściany skleconych obrazów inni do otwierania okien i wyskakiwania przez nie. Ja pomimo paniki wziąłem jeden z plakatów i próbowałem go zawiesić. Niestety haczyk był malutki przez co szło mi to bardzo topornie zwłaszcza, że ze strachu trzęsły mi się ręce. Słyszałem, że rodzinka się zbliża. Wbiegali po schodach dudniąc o nie, nie jak ludzie a bardziej jak stado rozjuszonych byków. W końcu się udało. Nie patrząc za siebie wyskoczyłem przez okno w iście filmowym stylu, kątem oka zauważyłem wyłamywane drzwi a za nimi gościa ze strzelbą. Mimo, iż spadałem nogami w dół to dotykając ziemi wygiąłem się jakoś dziwnie w przód i przydzwoniłem zębami w kostkę brukową. Zrobiło mi się ciemno przed oczami.
Obudziłem się w siedzibie naszego oddziału do zwalczania potworów. Oprócz mnie było tam jeszcze czterech pozostałych członków oddziału. Wstałem z łóżka małżeńskiego i chodziłem bez celu pomiędzy dwoma pokojami. W pewnym momencie stanąłem w jednym z nich. Cała ściana przede mną była jedną wielką szybą. Zacząłem wpatrywać się w nocne niebo i chmury oświetlane przez księżyc w pełni. Nagle jeden z towarzyszy krzyknął do mnie "Już północ, przygotuj się!", po czym rzucił mi kij bejsbolowy w barwach flagi USA. Kilka sekund później wszystkie pomidory leżące w bambusowej misce obok mnie ożyły. Zaczęły skakać po całym domu bez ładu i składu tudzież gryźć wszystko co napotkały na swojej drodze. Inny z towarzyszy puścił z głośników jakiś dubstep, strzelił palcami i powiedział "Panowie, pora na mecz". Wszyscy razem zaczęliśmy w rytm bitu tańczyć i unicestwiać potworne pomidory. Już w sumie kończyliśmy, zostało niewiele czerwonych stworów gdy kilka innych rzeczy postanowiło się ożywić. Ogórki, pomarańczowe fluorescencyjne banany i kilka większych liści. Z nimi również sobie poradziliśmy. Po skończonej robocie dom wyglądał zjawiskowo. Cały upaćkany jedzeniem. Jeden ziomek zaczął mi tłumaczyć, że to światło księżyca w pełni o północy ożywia niektóre przedmioty które mają w sobie życie. Czyli np. warzywa, pomidory, czekoladę itp.
(...)
Znalazłem się w budce strażniczej na warcie z grubym pogromcą potworów. Jego strategią na pokonanie stworków było chyba zjedzenie wszystkiego co tylko się da zanim to coś zmieni się o północy w żądne krwi bestie. Wkurzało mnie to, że tak wszystko je. Zaczęliśmy się przekomarzać.
- Czy możesz kur*a przestać wszystko wpier*alać tłuściochu?
-Z pełnymi ustami* - Spier*alaj waflu je*any, bo zjem i ciebie.
-No ależ ileż można jeść? Zaraz wszystko tu zasyfisz...grubasie.
- Zaraz mnie wk*rwisz i przywalę ci tą kanapką.
Zgrywaliśmy się jeszcze jakiś czas, poza tym nic ciekawego się nie działo. Dodam, że miejsce w którym byliśmy z zewnątrz miało ze dwa na dwa metry wewnątrz zaś było bardzo przestronne, bez trudu mieściło się wielkie łóżko na którym leżałem, kuchnia i toaleta.
(...)
Znalazłem się znów w bazie. Stałem w drzwiach pomiędzy kuchnią a pokojem z łóżkami. Nagle podszedł do mnie typek przy tuszy którego wcześniej nie widziałem i dał mi zagadkę "Czym różni się język sutkowy od angielskiego?". Gdy odpowiedziałem, że nie wiem odpowiedział "Sutkowy wykręca suty". Zacząłem się śmiać w niebogłosy, wydawał mi się to bardzo zabawny żart. Nie trwało to jednak długo gdyż po chwili poczułem jak gość łapie mnie swymi wielkimi łapskami za sutki i wykręca mi je w przeciwne strony. Śmiech szybko przerodził się w krzyk AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!...
Któryś późniejszy dzień
Wskoczyłem przez otwarte okno do jak się okazało sali wykładowej. Było tu kilka osób które w śnie znałem. Wszedłem do jednego z rzędów ławek, położyłem się i zasnąłem. Obudziłem się w tym samym miejscu ale coś było nie tak. W całej sali było pełno pajęczyn zapełnionych pająkami. Były dwa rodzaje czarne z białymi i czarne z czerwonymi włoskami. Nie bałem się ich ale za to straszliwie mnie obrzydzały. Zacząłem szukać jakiegoś miejsca gdzie ich nie będzie. Niestety gdziekolwiek nie szedłem tam znajdowałem jeszcze więcej jeszcze większych robali. W końcu doszedłem do barku, tu też był ogrom włochaczy ale przynajmniej spotkałem kolegę z którym zacząłem rozmawiać.
Po kilku minutach rozmowy zaczęliśmy uciekać lub kogoś gonić. Wbiegliśmy na klatkę schodową wyglądającą jak w postsowieckim bloku (brud nawet gdy jest czysto, obdrapane ściany, odpadający tynk itp.). Wbiegliśmy dwa piętra wyżej. Weszliśmy do jednego z pokoi i nie zastaliśmy niczego. Był całkowicie pusty, prócz łóżka. Zaczęliśmy głośno rozmyślać "Kurde, przecież powinien tu być..." w tym momencie ktoś wziął z kopa drzwi i na wejściu rzucił mnie na ziemię po czym zaczął szarpać się z moim kolegą. Ja zaś wstałem, otrzepałem się i zamiast pomóc koledze zacząłem mu kibicować "Dajesz stary, przywal mu, rozwal go". No nie bardzo to w czymkolwiek pomogło i nasz przeciwnik zyskał przewagę, rzucił kolegę na łóżko i zaczął go dusić. Ja zaś...Położyłem się obok nich i nadal zagrzewałem znajomego do walki. Po ciężkiej walce udało mu się wywinąć i przywalić lewym sierpowym w naszego oprawcę który zmroczony upadł bezwładnie na materac, zwycięzca zaś ze zmęczenia spadł z łóżka. Ja jako przykładny kolega sprawdziłem od razu czy nie wyzionął przypadkiem ducha i pomogłem mu opatrzyć rany...żartuję H3H3. Wskoczyłem leżącemu na brzuchu przeciwnikowi, na uda i zacząłem tańczyć ze szczęścia. Ten zmienił się w pewną postać z kreskówki, nie bacząc na to dalej gniotłem się po jego nogach. Nagle nie wiedzieć czemu dotknąłem ją palcem wskazującym w plecy i poraziłem prądem. Spodobała mi się ta zabawa więc kontynuowałem ją. Typiarka rzucała się jakby dostawała właśnie orgazmu...
25-26.08.2K20
Czas snu: 15h+
Oleż żem siem wyspoł. Ciężko stwierdzić czemu spałem tak długo. Może przyczyną jest herbatka na uspokojenie skołatanych myśli którą wypiłem przed snem, może zaś bardzo syty posiłek który zjadłem po całym dniu postu albo też to iż nie spałem prawie trzy dni. Niemniej to wspaniałe uczucie, gdy rzucasz się na łóżko i zasypiasz od razu. Zamykasz oczy i cyk śpisz. Bez siłowania się z myślami, bez przejmowania się o cokolwiek. Zasnąłem tak szybko, że możliwe, iż zasnąłem już gdy spadałem na łóże.
Byłem na piaszczystej wyspie. Południe. Oprócz piachu, kilku palm i kamiennej wieży nie było tam nic. Był to rodzaj wyspy więzienia z którego każdy tam przebywający chciał uciec, ja również. Wspiąłem się na szczyt wieży wraz z jakąś dziewczyną, chyba byliśmy ze sobą razem. Na szczycie ze zużytych słomek, wykałaczek i pałeczek chińskich zbudowaliśmy ogromny szary balon który miał nas zabrać w stronę upragnionej wolności. Odpaliliśmy ogień, balon napełnił się ciepłym powietrzem, wsiedliśmy i ruszyliśmy. Po kilkuset metrach lotu z bezchmurnego nieba zaczął lać deszcz który zgasił nasz płomień. Prawo Murph'ego blać. Poszybowaliśmy bezwładnie w dół. Gdy tylko dotknęliśmy piasku od razu przestało padać. Piasek był suchy. Wysiedliśmy z naszego balononielotu i siedliśmy w cieniu palmy. Podszedł do nas pewien Kacper, w realu osoba z którą miałem kiedyś na pieńku, tym dziwniejsze, że postanowił nam pomóc. Wskazał nam, że za jedną z wydm stoi samolot pasażerski którym wszyscy z wyspy mogą się wydostać. Pobiegliśmy we wskazanym kierunku. Siedliśmy w areoplanie z kilkoma innymi osobami i czekaliśmy na odlot. Gdy zostało dziesięć minut do startu przypomniałem sobie, że zostawiłem gdzieś plecak z moimi rzeczami. Wybiegłem jak oparzony go szukać. Byłem ostro zestrachany, bałem się, że odlecą beze mnie. Znalazłem. Wysypałem całą zawartość na piach. Wziąłem trzy paczki Tic Tac'ów colowych i pobiegłem z powrotem. Zdążyłem w ostatniej chwili. Wystartowaliśmy...
Koparka...
Wysiadłem na stacji z pociągu podmiejskiego. Noc. Pobiegłem na inny peron ale gdzieś tak w połowie drogi postanowiłem jednak zawrócić. Po kilkunastu krokach uznałem jednak, że nie chce mi się nigdzie jechać. Stanąłem. Zaczął padać śnieg który momentalnie przykrył grubą warstwą białego puchu wszystko dookoła. Zrobiło się też zimno. Podszedłem do niewielkiej rzeczki i patykiem bawiłem się lodem...
Obudziłem się w dziwnym stanie błogości, nie do opisania słowami, w którym chciałbym zostać dłużej. Nie dane mi to jednak było przez dźwięki otoczenia wżerające się w mój mózg jak kornik w korę. Niestety ściany w mym mieszkanku są cienkie jak andruty przez co granica między mną a sąsiadami jest właściwie tylko umowna. A to sąsiad z góry postanowił zagrać sobie w bilard, starsza przygłucha sąsiadka zza ściany prowadziła właśnie ożywioną rozmowę przez telefon, ktoś tam gdzieś wypróżniał się przeciągle pierdząc. Dzień jak co dzień. Uroki życia w bloku z wielkiej płyty.
pIs JoŁ
...Jedni do zakładania na ściany skleconych obrazów inni do otwierania okien i wyskakiwania przez nie. Ja pomimo paniki wziąłem jeden z plakatów i próbowałem go zawiesić. Niestety haczyk był malutki przez co szło mi to bardzo topornie zwłaszcza, że ze strachu trzęsły mi się ręce. Słyszałem, że rodzinka się zbliża. Wbiegali po schodach dudniąc o nie, nie jak ludzie a bardziej jak stado rozjuszonych byków. W końcu się udało. Nie patrząc za siebie wyskoczyłem przez okno w iście filmowym stylu, kątem oka zauważyłem wyłamywane drzwi a za nimi gościa ze strzelbą. Mimo, iż spadałem nogami w dół to dotykając ziemi wygiąłem się jakoś dziwnie w przód i przydzwoniłem zębami w kostkę brukową. Zrobiło mi się ciemno przed oczami.
Obudziłem się w siedzibie naszego oddziału do zwalczania potworów. Oprócz mnie było tam jeszcze czterech pozostałych członków oddziału. Wstałem z łóżka małżeńskiego i chodziłem bez celu pomiędzy dwoma pokojami. W pewnym momencie stanąłem w jednym z nich. Cała ściana przede mną była jedną wielką szybą. Zacząłem wpatrywać się w nocne niebo i chmury oświetlane przez księżyc w pełni. Nagle jeden z towarzyszy krzyknął do mnie "Już północ, przygotuj się!", po czym rzucił mi kij bejsbolowy w barwach flagi USA. Kilka sekund później wszystkie pomidory leżące w bambusowej misce obok mnie ożyły. Zaczęły skakać po całym domu bez ładu i składu tudzież gryźć wszystko co napotkały na swojej drodze. Inny z towarzyszy puścił z głośników jakiś dubstep, strzelił palcami i powiedział "Panowie, pora na mecz". Wszyscy razem zaczęliśmy w rytm bitu tańczyć i unicestwiać potworne pomidory. Już w sumie kończyliśmy, zostało niewiele czerwonych stworów gdy kilka innych rzeczy postanowiło się ożywić. Ogórki, pomarańczowe fluorescencyjne banany i kilka większych liści. Z nimi również sobie poradziliśmy. Po skończonej robocie dom wyglądał zjawiskowo. Cały upaćkany jedzeniem. Jeden ziomek zaczął mi tłumaczyć, że to światło księżyca w pełni o północy ożywia niektóre przedmioty które mają w sobie życie. Czyli np. warzywa, pomidory, czekoladę itp.
(...)
Znalazłem się w budce strażniczej na warcie z grubym pogromcą potworów. Jego strategią na pokonanie stworków było chyba zjedzenie wszystkiego co tylko się da zanim to coś zmieni się o północy w żądne krwi bestie. Wkurzało mnie to, że tak wszystko je. Zaczęliśmy się przekomarzać.
- Czy możesz kur*a przestać wszystko wpier*alać tłuściochu?
-Z pełnymi ustami* - Spier*alaj waflu je*any, bo zjem i ciebie.
-No ależ ileż można jeść? Zaraz wszystko tu zasyfisz...grubasie.
- Zaraz mnie wk*rwisz i przywalę ci tą kanapką.
Zgrywaliśmy się jeszcze jakiś czas, poza tym nic ciekawego się nie działo. Dodam, że miejsce w którym byliśmy z zewnątrz miało ze dwa na dwa metry wewnątrz zaś było bardzo przestronne, bez trudu mieściło się wielkie łóżko na którym leżałem, kuchnia i toaleta.
(...)
Znalazłem się znów w bazie. Stałem w drzwiach pomiędzy kuchnią a pokojem z łóżkami. Nagle podszedł do mnie typek przy tuszy którego wcześniej nie widziałem i dał mi zagadkę "Czym różni się język sutkowy od angielskiego?". Gdy odpowiedziałem, że nie wiem odpowiedział "Sutkowy wykręca suty". Zacząłem się śmiać w niebogłosy, wydawał mi się to bardzo zabawny żart. Nie trwało to jednak długo gdyż po chwili poczułem jak gość łapie mnie swymi wielkimi łapskami za sutki i wykręca mi je w przeciwne strony. Śmiech szybko przerodził się w krzyk AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!...
Któryś późniejszy dzień
Wskoczyłem przez otwarte okno do jak się okazało sali wykładowej. Było tu kilka osób które w śnie znałem. Wszedłem do jednego z rzędów ławek, położyłem się i zasnąłem. Obudziłem się w tym samym miejscu ale coś było nie tak. W całej sali było pełno pajęczyn zapełnionych pająkami. Były dwa rodzaje czarne z białymi i czarne z czerwonymi włoskami. Nie bałem się ich ale za to straszliwie mnie obrzydzały. Zacząłem szukać jakiegoś miejsca gdzie ich nie będzie. Niestety gdziekolwiek nie szedłem tam znajdowałem jeszcze więcej jeszcze większych robali. W końcu doszedłem do barku, tu też był ogrom włochaczy ale przynajmniej spotkałem kolegę z którym zacząłem rozmawiać.
Po kilku minutach rozmowy zaczęliśmy uciekać lub kogoś gonić. Wbiegliśmy na klatkę schodową wyglądającą jak w postsowieckim bloku (brud nawet gdy jest czysto, obdrapane ściany, odpadający tynk itp.). Wbiegliśmy dwa piętra wyżej. Weszliśmy do jednego z pokoi i nie zastaliśmy niczego. Był całkowicie pusty, prócz łóżka. Zaczęliśmy głośno rozmyślać "Kurde, przecież powinien tu być..." w tym momencie ktoś wziął z kopa drzwi i na wejściu rzucił mnie na ziemię po czym zaczął szarpać się z moim kolegą. Ja zaś wstałem, otrzepałem się i zamiast pomóc koledze zacząłem mu kibicować "Dajesz stary, przywal mu, rozwal go". No nie bardzo to w czymkolwiek pomogło i nasz przeciwnik zyskał przewagę, rzucił kolegę na łóżko i zaczął go dusić. Ja zaś...Położyłem się obok nich i nadal zagrzewałem znajomego do walki. Po ciężkiej walce udało mu się wywinąć i przywalić lewym sierpowym w naszego oprawcę który zmroczony upadł bezwładnie na materac, zwycięzca zaś ze zmęczenia spadł z łóżka. Ja jako przykładny kolega sprawdziłem od razu czy nie wyzionął przypadkiem ducha i pomogłem mu opatrzyć rany...żartuję H3H3. Wskoczyłem leżącemu na brzuchu przeciwnikowi, na uda i zacząłem tańczyć ze szczęścia. Ten zmienił się w pewną postać z kreskówki, nie bacząc na to dalej gniotłem się po jego nogach. Nagle nie wiedzieć czemu dotknąłem ją palcem wskazującym w plecy i poraziłem prądem. Spodobała mi się ta zabawa więc kontynuowałem ją. Typiarka rzucała się jakby dostawała właśnie orgazmu...
25-26.08.2K20
Czas snu: 15h+
Oleż żem siem wyspoł. Ciężko stwierdzić czemu spałem tak długo. Może przyczyną jest herbatka na uspokojenie skołatanych myśli którą wypiłem przed snem, może zaś bardzo syty posiłek który zjadłem po całym dniu postu albo też to iż nie spałem prawie trzy dni. Niemniej to wspaniałe uczucie, gdy rzucasz się na łóżko i zasypiasz od razu. Zamykasz oczy i cyk śpisz. Bez siłowania się z myślami, bez przejmowania się o cokolwiek. Zasnąłem tak szybko, że możliwe, iż zasnąłem już gdy spadałem na łóże.
Byłem na piaszczystej wyspie. Południe. Oprócz piachu, kilku palm i kamiennej wieży nie było tam nic. Był to rodzaj wyspy więzienia z którego każdy tam przebywający chciał uciec, ja również. Wspiąłem się na szczyt wieży wraz z jakąś dziewczyną, chyba byliśmy ze sobą razem. Na szczycie ze zużytych słomek, wykałaczek i pałeczek chińskich zbudowaliśmy ogromny szary balon który miał nas zabrać w stronę upragnionej wolności. Odpaliliśmy ogień, balon napełnił się ciepłym powietrzem, wsiedliśmy i ruszyliśmy. Po kilkuset metrach lotu z bezchmurnego nieba zaczął lać deszcz który zgasił nasz płomień. Prawo Murph'ego blać. Poszybowaliśmy bezwładnie w dół. Gdy tylko dotknęliśmy piasku od razu przestało padać. Piasek był suchy. Wysiedliśmy z naszego balononielotu i siedliśmy w cieniu palmy. Podszedł do nas pewien Kacper, w realu osoba z którą miałem kiedyś na pieńku, tym dziwniejsze, że postanowił nam pomóc. Wskazał nam, że za jedną z wydm stoi samolot pasażerski którym wszyscy z wyspy mogą się wydostać. Pobiegliśmy we wskazanym kierunku. Siedliśmy w areoplanie z kilkoma innymi osobami i czekaliśmy na odlot. Gdy zostało dziesięć minut do startu przypomniałem sobie, że zostawiłem gdzieś plecak z moimi rzeczami. Wybiegłem jak oparzony go szukać. Byłem ostro zestrachany, bałem się, że odlecą beze mnie. Znalazłem. Wysypałem całą zawartość na piach. Wziąłem trzy paczki Tic Tac'ów colowych i pobiegłem z powrotem. Zdążyłem w ostatniej chwili. Wystartowaliśmy...
Koparka...
Wysiadłem na stacji z pociągu podmiejskiego. Noc. Pobiegłem na inny peron ale gdzieś tak w połowie drogi postanowiłem jednak zawrócić. Po kilkunastu krokach uznałem jednak, że nie chce mi się nigdzie jechać. Stanąłem. Zaczął padać śnieg który momentalnie przykrył grubą warstwą białego puchu wszystko dookoła. Zrobiło się też zimno. Podszedłem do niewielkiej rzeczki i patykiem bawiłem się lodem...
Obudziłem się w dziwnym stanie błogości, nie do opisania słowami, w którym chciałbym zostać dłużej. Nie dane mi to jednak było przez dźwięki otoczenia wżerające się w mój mózg jak kornik w korę. Niestety ściany w mym mieszkanku są cienkie jak andruty przez co granica między mną a sąsiadami jest właściwie tylko umowna. A to sąsiad z góry postanowił zagrać sobie w bilard, starsza przygłucha sąsiadka zza ściany prowadziła właśnie ożywioną rozmowę przez telefon, ktoś tam gdzieś wypróżniał się przeciągle pierdząc. Dzień jak co dzień. Uroki życia w bloku z wielkiej płyty.
pIs JoŁ
Dlaczego intuicja podpowiada mi, że z tego koszmaru już się nie obudzę? Bo wcale jeszcze nie poszedłem spać a koszmar dopadł mnie na jawie.





