15-07-2020, 16:44
14-15.07.2K20
Czas snu 11h
-) Znalazłem się na jakimś obozie/zielonej szkole. Panował półmrok. Siedzieliśmy na ławce w jakimś korytarzu, ja i ludzie z mojego liceum. Było ich sporo ale nie znalazł się nikt z kim się w jakikolwiek sposób dogadywałem przez co byłem bardzo samotny. Instruktorka dała nam jakieś zadanie. Wszyscy wstali i dobrali się w grupy. Nawet nie próbowałem się do jakiejś dołączyć. Nie miałem na to siły i przygnębiony wyszedłem z budynku i poszedłem przed siebie. Okazało się, że niedaleko mnie idzie jeszcze jedna dziewczyna, w rzeczywistości przyjaciółka tych których zostawiłem za sobą. Była równie przygnębiona jak ja. Wymieniliśmy spojrzenia. Jej oczy były puste, usta bez wyrazu. Szliśmy przez chwile obok siebie. Weszliśmy na wiadukt. Kluczyliśmy po ulicy pomiędzy samochodami stojącymi w korku. Rozdzieliliśmy się, nie patrzyłem gdzie idzie. Podszedłem do barierki. I tak od dłuższego czasu podczas drogi o tym myślałem. Gdy złapałem poręczy byłem już prawie pewien. Wysokość nie była jednak pewna czekałem aż nadjedzie jakiś pociąg. W tym czasie zdrowy rozsądek próbował mnie powstrzymać. Upadłem zacząłem się szarpać sam ze sobą, starałem się powstrzymać przeciwne myśli. Chciałem TO zrobić już, mieć to za sobą jednak żaden pociąg nie nadjeżdżał. Postanowiłem zejść na dół i tam rzucić się pod jego koła. Zszedłem i usiadłem na piasku obok torów. Czekałem i czekałem. Nic nie nadjeżdżało. W końcu usłyszałem za sobą jakieś poruszenie. Odwróciłem się. Jakieś 40 metrów ode mnie dwóch strażaków nad czymś klęczało. Podbiegłem tam. Nachyliłem się nad nimi i zobaczyłem ją. Leżała na wznak. Była cała blada. Z jej otwartych oczu i ust wychodziły mrówki. Wyglądała strasznie. Uciekłem. Zatrzymałem się na osiedlu jednorodzinnych domków. Stanąłem przy płocie i osunąłem się po nim. Pierwsza myśl "Wszystko zepsuła to miał być mój dzień". Druga "Debilu je*any ona tam się zabiła a ty myślisz tylko o sobie. Nawet nie znasz jej imienia". Właśnie. Próbowałem z całych sił przypomnieć sobie jak się nazywała ale za Chiny nie mogłem. (...) Zaszedłem do jej domu żeby poinformować jej rodzinę. Pamiętam jak wyglądało pomieszczenie oraz, że jej matka płakała nic więcej. Wyszedłem przygnębiony. (...)
Znalazłem się w czyimś domu, pokoju stołowym. (możliwe, że to był już kolejny sen) przy wielkim stole siedziała spora część mojej rodziny. Pamiętam tylko urywki. (...) Wyszedłem na zewnątrz i stanąłem przy szarym Land Rover'ze Defender. Chyba zapaliłem papierosa. Zaczęło się już rozjaśniać. Nagle padł strzał i gość stojący dwa samochody dalej upadł z przestrzeloną głową. Odczekałem chwile i myśląc, iż jest już bezpiecznie wychyliłem się zza samochodu. Nic się nie stało. Rozejrzałem się, spojrzałem na wysoką, i stromą górę z piasku odległą o jakieś 100 metrów, dostrzegłem na jej szczycie ledwie widoczną, leżącą postać. Patrzyłem się na nią dobrą chwilę po której zobaczyłem błysk wystrzału. Ułamek sekundy później poczułem śrut przeszywający mą potylice. Odrodziłem się po drugiej stronie góry. Nie zastanawiając się jakim cudem żyję pobiegłem żeby cytując "dorwać skur*iela". Obiegłem górę by znaleźć najmniej strome podejście. Już miałem się wspinać by "dorwać skur*iela" ale z lasku obok wyjechała karoca i popędziła galopem w sobie tylko znanym kierunku. Zaraz za nią wybiegła kobieta ubrana w białą suknię krzycząc, że ją okradziono. Obok mnie zmaterializował się biały rumak,na którego od razu wsiadłem i krzyknąłem do niewiasty żeby również wsiadała "Chodź panienko zaraz dorwiemy tego sku*wiela". W tym momencie ze szczytu góry usłyszałem "aha czyli peniasz, może najpierw dorwiesz tego skur*iela" i wskazał na siebie. Zsiadłem z konia i pobiegłem do drabiny która również przed chwilą się zmaterializowała. Miała stopnie oddalone od siebie o jakieś dwa metry więc wspinaczka była katorgą. Włożyłem do ust jedyną broń jaką miałem czyli wykałaczkę i ruszyłem. W końcu znalazłem się od mojego przeciwnika w odległości metra. Gdy mnie zobaczył zaczął się śmiać z mojej broni. Dzięki czemu miałem czas żeby dokładnie wycelować i splunąć mu wykałaczką w twarz. Trafiłem go prosto w oko. Gość zdążył się złapać za trafione miejsce i krzyknąć "AAAAAAAAAAA" po czym wykałaczka wybuchła rozsadzając mu głowę a mnie siłą podmuchu wyrzucając do tyłu. Leciałem dobrą chwilę jakby w zwolnionym tempie, po czym upadłem na plecy. Zrobiło mi się ciemno przed oczami...
-) Znalazłem się w swoim mieście obok mojego byłego gimnazjum. Spotkałem przy nim starego kolegę z którym już bardzo rzadko się widuje. W budynku sali gimnastycznej zionęła wielka dziura jak po wybuchu bomby. Podałem piłkę do koszykówki jakiemuś dzieciakowi i już miałem iść dalej ale coś mnie podkusiło i wszedłem do środka przez ów otwór. W środku na jednym sektorze grały dzieciaki w kosza, po drugiej zaś stronie odbywały się zawody w tenisa ziemnego. Stałem jak wryty i patrzyłem. Powróciły wspomnienia. Szybko zauważyłem stare znajome twarze mi. "Dzika", "Pulpeta" i innych w tym mojego starego trenera, który pomimo podeszłego wieku nadal wymiatał na korcie lepiej niż niejeden młody. Wolałem się mu jednak nie pokazywać, schowałem się więc nieco. Nie mogłem się jednak powstrzymać i po chwili wziąłem czyjąś rakietę i przyłączyłem się do gry. Mimo, że od dawna nie grałem to wymiatałem jak dawniej. Rakieta znów stała się przedłużeniem mojej ręki, scaliła się z nią w jedno, nie była tylko przedmiotem w niej trzymanym dzięki któremu mogłem celnie odbijać piłkę była czymś więcej. Była częścią mnie. Wszystko było jak dawniej, wszystko było pięknie, za pięknie. Nagle podszedł do mnie trener. I zaczął mi zarzucać, że zniszczyłem jakiś plakat wikinga przemalowując brodę z rudej na czarną. Nie miałem pojęcia o co mu chodzi, ustaliliśmy, że wyjaśnimy to później. Wróciłem na kort, stanąłem w szranki z jakimś początkującym, dawałem mu wskazówki jak lepiej trzymać uchwyt i odbijać, przez chwilę znów było pięknie ale coś nie dawało mi spokoju. Zasady świata zaczęły się rozmywać, wprowadzać chaos. Aut nie był autem, siatka stała się niższa, zaczęły przez nią przelatywać piłki, niuanse, które wprowadzały zamęt w mojej głowie, zamęt w myślach które nie dawały mi spokoju, że to nie jest prawdziwe. W końcu nie mogłem wytrzymać. Upadłem na kolana wypuściłem rakietę z rąk która z przeraźliwym brzdękiem upadła na podłogę. Złapałem się za głowę, ból był nie do zniesienia, krzyczałem...
Czas snu 11h
-) Znalazłem się na jakimś obozie/zielonej szkole. Panował półmrok. Siedzieliśmy na ławce w jakimś korytarzu, ja i ludzie z mojego liceum. Było ich sporo ale nie znalazł się nikt z kim się w jakikolwiek sposób dogadywałem przez co byłem bardzo samotny. Instruktorka dała nam jakieś zadanie. Wszyscy wstali i dobrali się w grupy. Nawet nie próbowałem się do jakiejś dołączyć. Nie miałem na to siły i przygnębiony wyszedłem z budynku i poszedłem przed siebie. Okazało się, że niedaleko mnie idzie jeszcze jedna dziewczyna, w rzeczywistości przyjaciółka tych których zostawiłem za sobą. Była równie przygnębiona jak ja. Wymieniliśmy spojrzenia. Jej oczy były puste, usta bez wyrazu. Szliśmy przez chwile obok siebie. Weszliśmy na wiadukt. Kluczyliśmy po ulicy pomiędzy samochodami stojącymi w korku. Rozdzieliliśmy się, nie patrzyłem gdzie idzie. Podszedłem do barierki. I tak od dłuższego czasu podczas drogi o tym myślałem. Gdy złapałem poręczy byłem już prawie pewien. Wysokość nie była jednak pewna czekałem aż nadjedzie jakiś pociąg. W tym czasie zdrowy rozsądek próbował mnie powstrzymać. Upadłem zacząłem się szarpać sam ze sobą, starałem się powstrzymać przeciwne myśli. Chciałem TO zrobić już, mieć to za sobą jednak żaden pociąg nie nadjeżdżał. Postanowiłem zejść na dół i tam rzucić się pod jego koła. Zszedłem i usiadłem na piasku obok torów. Czekałem i czekałem. Nic nie nadjeżdżało. W końcu usłyszałem za sobą jakieś poruszenie. Odwróciłem się. Jakieś 40 metrów ode mnie dwóch strażaków nad czymś klęczało. Podbiegłem tam. Nachyliłem się nad nimi i zobaczyłem ją. Leżała na wznak. Była cała blada. Z jej otwartych oczu i ust wychodziły mrówki. Wyglądała strasznie. Uciekłem. Zatrzymałem się na osiedlu jednorodzinnych domków. Stanąłem przy płocie i osunąłem się po nim. Pierwsza myśl "Wszystko zepsuła to miał być mój dzień". Druga "Debilu je*any ona tam się zabiła a ty myślisz tylko o sobie. Nawet nie znasz jej imienia". Właśnie. Próbowałem z całych sił przypomnieć sobie jak się nazywała ale za Chiny nie mogłem. (...) Zaszedłem do jej domu żeby poinformować jej rodzinę. Pamiętam jak wyglądało pomieszczenie oraz, że jej matka płakała nic więcej. Wyszedłem przygnębiony. (...)
Znalazłem się w czyimś domu, pokoju stołowym. (możliwe, że to był już kolejny sen) przy wielkim stole siedziała spora część mojej rodziny. Pamiętam tylko urywki. (...) Wyszedłem na zewnątrz i stanąłem przy szarym Land Rover'ze Defender. Chyba zapaliłem papierosa. Zaczęło się już rozjaśniać. Nagle padł strzał i gość stojący dwa samochody dalej upadł z przestrzeloną głową. Odczekałem chwile i myśląc, iż jest już bezpiecznie wychyliłem się zza samochodu. Nic się nie stało. Rozejrzałem się, spojrzałem na wysoką, i stromą górę z piasku odległą o jakieś 100 metrów, dostrzegłem na jej szczycie ledwie widoczną, leżącą postać. Patrzyłem się na nią dobrą chwilę po której zobaczyłem błysk wystrzału. Ułamek sekundy później poczułem śrut przeszywający mą potylice. Odrodziłem się po drugiej stronie góry. Nie zastanawiając się jakim cudem żyję pobiegłem żeby cytując "dorwać skur*iela". Obiegłem górę by znaleźć najmniej strome podejście. Już miałem się wspinać by "dorwać skur*iela" ale z lasku obok wyjechała karoca i popędziła galopem w sobie tylko znanym kierunku. Zaraz za nią wybiegła kobieta ubrana w białą suknię krzycząc, że ją okradziono. Obok mnie zmaterializował się biały rumak,na którego od razu wsiadłem i krzyknąłem do niewiasty żeby również wsiadała "Chodź panienko zaraz dorwiemy tego sku*wiela". W tym momencie ze szczytu góry usłyszałem "aha czyli peniasz, może najpierw dorwiesz tego skur*iela" i wskazał na siebie. Zsiadłem z konia i pobiegłem do drabiny która również przed chwilą się zmaterializowała. Miała stopnie oddalone od siebie o jakieś dwa metry więc wspinaczka była katorgą. Włożyłem do ust jedyną broń jaką miałem czyli wykałaczkę i ruszyłem. W końcu znalazłem się od mojego przeciwnika w odległości metra. Gdy mnie zobaczył zaczął się śmiać z mojej broni. Dzięki czemu miałem czas żeby dokładnie wycelować i splunąć mu wykałaczką w twarz. Trafiłem go prosto w oko. Gość zdążył się złapać za trafione miejsce i krzyknąć "AAAAAAAAAAA" po czym wykałaczka wybuchła rozsadzając mu głowę a mnie siłą podmuchu wyrzucając do tyłu. Leciałem dobrą chwilę jakby w zwolnionym tempie, po czym upadłem na plecy. Zrobiło mi się ciemno przed oczami...
-) Znalazłem się w swoim mieście obok mojego byłego gimnazjum. Spotkałem przy nim starego kolegę z którym już bardzo rzadko się widuje. W budynku sali gimnastycznej zionęła wielka dziura jak po wybuchu bomby. Podałem piłkę do koszykówki jakiemuś dzieciakowi i już miałem iść dalej ale coś mnie podkusiło i wszedłem do środka przez ów otwór. W środku na jednym sektorze grały dzieciaki w kosza, po drugiej zaś stronie odbywały się zawody w tenisa ziemnego. Stałem jak wryty i patrzyłem. Powróciły wspomnienia. Szybko zauważyłem stare znajome twarze mi. "Dzika", "Pulpeta" i innych w tym mojego starego trenera, który pomimo podeszłego wieku nadal wymiatał na korcie lepiej niż niejeden młody. Wolałem się mu jednak nie pokazywać, schowałem się więc nieco. Nie mogłem się jednak powstrzymać i po chwili wziąłem czyjąś rakietę i przyłączyłem się do gry. Mimo, że od dawna nie grałem to wymiatałem jak dawniej. Rakieta znów stała się przedłużeniem mojej ręki, scaliła się z nią w jedno, nie była tylko przedmiotem w niej trzymanym dzięki któremu mogłem celnie odbijać piłkę była czymś więcej. Była częścią mnie. Wszystko było jak dawniej, wszystko było pięknie, za pięknie. Nagle podszedł do mnie trener. I zaczął mi zarzucać, że zniszczyłem jakiś plakat wikinga przemalowując brodę z rudej na czarną. Nie miałem pojęcia o co mu chodzi, ustaliliśmy, że wyjaśnimy to później. Wróciłem na kort, stanąłem w szranki z jakimś początkującym, dawałem mu wskazówki jak lepiej trzymać uchwyt i odbijać, przez chwilę znów było pięknie ale coś nie dawało mi spokoju. Zasady świata zaczęły się rozmywać, wprowadzać chaos. Aut nie był autem, siatka stała się niższa, zaczęły przez nią przelatywać piłki, niuanse, które wprowadzały zamęt w mojej głowie, zamęt w myślach które nie dawały mi spokoju, że to nie jest prawdziwe. W końcu nie mogłem wytrzymać. Upadłem na kolana wypuściłem rakietę z rąk która z przeraźliwym brzdękiem upadła na podłogę. Złapałem się za głowę, ból był nie do zniesienia, krzyczałem...
Dlaczego intuicja podpowiada mi, że z tego koszmaru już się nie obudzę? Bo wcale jeszcze nie poszedłem spać a koszmar dopadł mnie na jawie.





