27-05-2020, 12:10
Siedziałem w ławce. Pani od fizyki też już usiadła do swojego biurka. Po klasie latał bezkształty kawałek drewna. Nagle wleciał do buzi nauczycielki. Wypluła. Chciał wlecieć mi też do mojej mojej buzi, ale ja zakryłem usta rękoma. Kilka razy jeszcze próbował wlecieć i usiadł na mojej ławce. To był ptak podobny do wróbla. Dziwny był, jednolicie jasno brązowy, jakby jeszcze niepomalowany. Mnie i kolegę z ławki, co na imię miał Adam, przeniosło do osłoniętej budki, takiej małej sali w sali. Aby widzieć co się dzieje na zewnątrz, ciągle musiałem odsłaniać czarną zasłonę. Nauczycielka rysowała jakiś bardzo zaawansowany wykres. Chcę wyciągnąć zeszyt od fizyki. Nie ma w plecaku, zapomniałem zabrać. Był jakiś inny A4, z wyrywanymi kartkami. Wyciągam jedną kartkę. Coś mi się jednak nie zgadza. Patrzę do plecaka. Nie ma nic, żadnych książek, ani innych zeszytów, tego z wyrywanymi kartkami także. Na ławce też nic. Nikogo tu nie było kto by miał ukraść i po co. Kolega z ławki cały czas coś pisał. Spojrzałem na tył klasy (z tej strony nie było zasłony), wszyscy siedzieli porządnie w ławkach. Wyglądam z zasłony na tablicę. Nie mam pojęcia jak mam nawet zacząć przerysowywać ten dziwny wykres. Był podobny do firanek z dwóch stron. Pomyślałem, że potem pożyczę zeszyt od kolegi i sobie przerysuję na spokojnie. On też nic nie zaczął. No to co on tam cały czas pisał? I w ogóle jaki jest temat lekcji? Wyszliśmy zza zasłony. Podeszła do nas nauczycielka do fizyki. Coś mówiła, ale nie pamiętam lub nie usłyszałem. Wyrwana kartka się pomniejszyła do rozmiaru A5, a potem była tylko kawałkiem papierka leżącym na półce.





