16-03-2020, 19:25
Chciałam pobiegać i można to było robić tylko w tunelu z kraty biegnącym nad przepaścią i obrosnietym roślinnością. Dołączyła do mnie koleżanka z dawnych lat ale rozmowa się nie kleiła. Na wylocie siedziała moja siostra i kazała mi coś załatwić. Zaraz przeniosło mnie strych dużego domu. Trochę mojego, trochę nie, jak to w śnie. Starsza kobieta pokazywała mi po kolei różne zakurzone przedmioty, ubrania, meble, prepitety. W końcu zapytała czy przypominam coś sobie. Chwilę się zawiesiłam, po tym nastąpiła chwila przebłysku - tak to moje rzeczy z różnych okresów (życia? różnych żyć?)- i po tym wzruszenie ramion i powrót do zamglenia. Kobieta przewróciła oczami i poszła sobie. Z niesmakiem popatrzyłam na ilość kurzu na tej stercie rzeczy i zeszłam na dół. Podróż schodami była jakaś niezwykła. Jakby mieszały mi się obrazy z dzieciństwa i teraźniejsze. A razem z obrazem cała moja świadomość. Na dole w kuchni znalazłam łysego kolesia unoszącego się nad ziemią. Trochę mnie to otrzeźwiło i postanowiłam wyciągnąć z podświadomosci tajemnice życia. I dont know... Bezsłownie zapytałam o co w tym wszystkim chodzi a on trochę kpiąco odpowiedział że życie jest jakby podzielić km przez jakąś inną jednostkę co było bezsensu. Przez chwilę wszystko zlało się że sobą i było jedynie ciemnoniebieskim tłem. Zaraz obraz wrócił, koleś poleciał sobie do góry a ja próbowałam zrozumieć co to znaczy, ale w głowie miałam tylko 0.





