16-03-2020, 16:10
No i jest! Wszystko pięknie spisane, całe szczęście, że spisałam sobie ten plan wydarzeń, bo kilka zdarzeń by mi umknęło.
Na początku nic wyjątkowe się nie działo. Po prostu poszłam z babcią na zakupy do "Majki", chyba po śmietanę. Po tym mama wzięła mnie spod przejścia i pojechałyśmy na "basen". Basenem trudno było to nazwać, był to raczej wyjątkowo mały brodzik, z wyjątkowo brudną wodą i wyjątkową dużą liczbą osób. Na szczęście, razem z siostrą, wpadłyśmy na świetny pomysł. Obok naszego kąpieliska była wielka galeria handlowa zajęta praktycznie w całości przez różnej maści Aqua Parki i baseny sportowe. W jakiś sposób znalazłyśmy się na dachu, przy największej zjeżdżalni. W kolejce do zjazdu stało kilkoro ludzi, nie zauważyli nas. Dach był oszklony, ale w miejscu gdzie wylądowałyśmy była wielka dziura. Weszłyśmy, ja się poślizgnęłam i wleciałam do zjeżdżalni. Przeniosło mnie przed budynek, chodnikiem szłam w przeciwną stronę rozmawiając z tatą o wypadkach drogowych. I wtedy autko za nami skręciło w prawo ledwo nas mijając, w jego ślady poszły inne pojazdy znajdujące się akurat na drodze. W ten sposób w jednym miejscu zgromadziło się 40 ofiar, na które wylało się paliwo z cysterny, która akurat się wywróciła. Nas też troszkę ochlapało, więc tata poszedł szukać jakiejś wody, a ja poszłam gdzieś daleko. Tata znalazł swoje miejsce w szambo-jeziorku z nowymi kolegami. Ostatnie, co usłyszałam to karetka. Potem znalazłam się w karetce, innej, a może tej samej, ale jadącej do innego wezwania. Ratownikami byli: przesympatyczna pani kierowca oraz zupełnie niesympatyczny pan. Oni siedzieli z przodu, ja jechałam z tyłu i rozmawialiśmy sobie. Pan ratownik przedstawił się jako Deys i nie chciał nic więcej powiedzieć. Z panią miło się rozmawiało, choć nie pamiętam o czym. Gdy dojechaliśmy na miejsce bardzo się zdziwiłam. Zaparkowaliśmy na pustym placu, takim nieruszanym od lat, wjeżdżało się na niego przez wyłamaną bramę. Ale przed tym był sklepik. Sklepik, w którym miałam pracować w jednym śnie, i który był głównym miejscem akcji kilku innych snów. Pomyślałam sobie: "A więc on naprawdę istnieje!! Ale super, aaaaa!" czy coś w tym stylu. Serio się cieszyłam, że on istnieje. A może gdzieś istnieje... Ale trzeba wracać do poszkodowanej. Okazała się być nią... Moja siostra, czegoś się nałykała i trzeba było ją usypiać. Kiedy zbliżaliśmy się do szpitala, dostałam tak silnych halucynacji, że nie wiem. Trwało to kilka prawdziwych minut. W końcu wróciłam do domu. Gdy podeszłam do kuchni, zaczęłam strasznie wymiotować i umarłam. heh
Na początku nic wyjątkowe się nie działo. Po prostu poszłam z babcią na zakupy do "Majki", chyba po śmietanę. Po tym mama wzięła mnie spod przejścia i pojechałyśmy na "basen". Basenem trudno było to nazwać, był to raczej wyjątkowo mały brodzik, z wyjątkowo brudną wodą i wyjątkową dużą liczbą osób. Na szczęście, razem z siostrą, wpadłyśmy na świetny pomysł. Obok naszego kąpieliska była wielka galeria handlowa zajęta praktycznie w całości przez różnej maści Aqua Parki i baseny sportowe. W jakiś sposób znalazłyśmy się na dachu, przy największej zjeżdżalni. W kolejce do zjazdu stało kilkoro ludzi, nie zauważyli nas. Dach był oszklony, ale w miejscu gdzie wylądowałyśmy była wielka dziura. Weszłyśmy, ja się poślizgnęłam i wleciałam do zjeżdżalni. Przeniosło mnie przed budynek, chodnikiem szłam w przeciwną stronę rozmawiając z tatą o wypadkach drogowych. I wtedy autko za nami skręciło w prawo ledwo nas mijając, w jego ślady poszły inne pojazdy znajdujące się akurat na drodze. W ten sposób w jednym miejscu zgromadziło się 40 ofiar, na które wylało się paliwo z cysterny, która akurat się wywróciła. Nas też troszkę ochlapało, więc tata poszedł szukać jakiejś wody, a ja poszłam gdzieś daleko. Tata znalazł swoje miejsce w szambo-jeziorku z nowymi kolegami. Ostatnie, co usłyszałam to karetka. Potem znalazłam się w karetce, innej, a może tej samej, ale jadącej do innego wezwania. Ratownikami byli: przesympatyczna pani kierowca oraz zupełnie niesympatyczny pan. Oni siedzieli z przodu, ja jechałam z tyłu i rozmawialiśmy sobie. Pan ratownik przedstawił się jako Deys i nie chciał nic więcej powiedzieć. Z panią miło się rozmawiało, choć nie pamiętam o czym. Gdy dojechaliśmy na miejsce bardzo się zdziwiłam. Zaparkowaliśmy na pustym placu, takim nieruszanym od lat, wjeżdżało się na niego przez wyłamaną bramę. Ale przed tym był sklepik. Sklepik, w którym miałam pracować w jednym śnie, i który był głównym miejscem akcji kilku innych snów. Pomyślałam sobie: "A więc on naprawdę istnieje!! Ale super, aaaaa!" czy coś w tym stylu. Serio się cieszyłam, że on istnieje. A może gdzieś istnieje... Ale trzeba wracać do poszkodowanej. Okazała się być nią... Moja siostra, czegoś się nałykała i trzeba było ją usypiać. Kiedy zbliżaliśmy się do szpitala, dostałam tak silnych halucynacji, że nie wiem. Trwało to kilka prawdziwych minut. W końcu wróciłam do domu. Gdy podeszłam do kuchni, zaczęłam strasznie wymiotować i umarłam. heh





