04-03-2020, 02:13
Dzień 52
- Czym właściwie są Cykle?
Pytanie pozornie wyrwane z kontekstu, zważywszy na okoliczności, w których je zadałam. Pozornie. A pozory są właśnie tym, co widać na powierzchni. W większości przypadków na powierzchni się poprzestaje.
A pod powierzchnią znajdował się cały ciąg wydarzeń i myśli, który doprowadził mnie do tego miejsca i czasu. Ciąg niewidoczny i ukryty dla Fadhira, który pojawił się na scenie później. Nie żeby Fadhir się tym przejmował…
Przebywałam w Dhihrung-Jetter i zamierzałam trochę poćwiczyć. Nie czułam się jeszcze zupełnie zniechęcona ostatnią porażką, raczej próbowałam to traktować jak wyzwanie. Mimo że nie byłam jeszcze w stanie bezpośrednio wpływać na otoczenie, odczuwałam pewne zmiany, które chciałam uznawać za postęp. Manifestacja mojej energii, nadal w tej mało użytecznej formie, była bardziej posłuszna mojej woli. Szybko podążała za moimi myślami tam, gdzie chciałam, żeby była.
Zajęłam się też uzupełnianiem swoich notatek. Kiedy zrobiłam sobie przerwę w ćwiczeniach, wdrapałam się na pozbawione liści niskie drzewo o łukowato powyginanych, grubych gałęziach. Usiadłam wygodnie na konarze, plecy oparłam o pień i położyłam przed sobą zeszyt.
Kiedy podnosiłam wzrok, widziałam w oddali stada tych wielonogich stworzeń o jasnobrązowej albo kremowej sierści, które zaobserwowałam przy jednej z moich pierwszych wizyt tutaj. Wysoko nad nimi leciały ptaki, a przynajmniej coś, co z daleka ptaki przypominało. W którymś momencie coś przeleciało blisko miejsca, w którym się znajdowałam. Odchyliłam głowę, żeby spojrzeć w górę. Nawet zdążyłam, zanim zwierzę oddaliło się i zniknęło mi z pola widzenia. Latający stwór był czymś w rodzaju gada, a może długiej ryby, z dwiema parami błoniastych, półprzezroczystych, jakby owadzich skrzydeł i kilkoma kępkami szarych piór rozmieszczonymi wzdłuż ogona.
Najpierw patrzyłam na latającego gada. Potem na miejsce, w których chwilę wcześniej był. Potem bardziej na tło. Na niebo.
Nie było ono całkowicie bezchmurne, ale wystarczająco czyste, żebym mogła widzieć, czy gdzieś nie pojawiają się smugi, podobne jak przy mieszaniu cieczy o różnych gęstościach. Kiedy wiedziałam, że mogę się ich spodziewać, to było łatwe. Dostrzegłam od razu, jak coś kłębi się i porusza w błękicie. Ukryte w tle, ale samo nie będące tłem. Jak dla mnie równie dobrze mogłoby nim być. Było tak samo nieosiągalne, że jedyne co mogłam zrobić, to spoglądać z oddali.
Spuściłam wzrok, spojrzałam prosto na otwarty zeszyt. I znowu w górę, na wtopione w niebo żywiołaki. I na zeszyt, na notatki, które sama wcześniej zrobiłam. Powróciły myśli i uczucia, jakie towarzyszyły ostatnim spotkaniom z duchami powietrza. Po czym owe myśli przebyły drogę wstecz po słowach i wspomnieniach.
Myślałam o Cyklach, o pomiarze czasu, jaki stosowały żywiołaki. A może nie tylko one. Może inne istoty astralne, może właśnie wszystkie, również. Może mogłabym spytać o to dowolne, zdolne mówić stworzenie, jakie spotkałabym na drodze. Czy te przebywające w moim domu też coś o tym wiedziały?
Pozostając tam, gdzie siedziałam, znów zaczęłam bawić się swoją energią. Nie wkładałam w to rozpaczliwego wysiłku ani nadludzkiego skupienia. Cały czas obserwowałam kątem oka otoczenie, dzieląc swoją uwagę.
W pobliżu przechodził goblin, ubrany mniej więcej jak zabierający się do pracy mechanik. Szedł szybkim krokiem, nie rozglądał się. Na pewno nie patrzył w moją stronę. Przechodził stosunkowo blisko drzewa, na którym siedziałam. To mogła być odległość wystarczająca, żeby goblin mógł mnie wyczuć. Być może nawet ja mogłabym spróbować.
No i naprawdę spróbowałam. Z płytkiego transu, bo też czasu nie miałam zbyt wiele. Goblin się oddalał. Z informacji, które wyciągnęłam, wynikało przede wszystkim, że goblin energią wyróżniał się z tła. Nie za bardzo byłam w stanie zbadać go od strony Struktury.
Odczekałam trochę, aż goblin oddali się jeszcze bardziej. Tylko nie tak, żeby całkiem zniknął z pola widzenia. Złapałam swój zeszyt i zeskoczyłam z gałęzi. Lądowanie na cztery łapy miałam już dobrze opanowane. Nawet nie próbowałam wspomagać tego dodatkowymi sztuczkami.
- To może okazać się ciekawe – mruczała Kiri w mojej głowie – Idź zobaczyć, co on zrobi.
Powoli ruszyłam za goblinem, starając się utrzymać dystans. Widziałam jego plecy, szarobłękitne spodnie na szelkach, liczne wypchane kieszenie.
Goblin wkroczył pomiędzy skały o regularnych, geometrycznych kształtach. Ich powierzchnia była pokryta szczelinami i nacięciami, razem tworzącymi fraktalne wzory. W niektórych z tych zagłębień, w nagromadzonym pyle i grudkach ziemi, wyrosła trawa.
Cały czas miałam w głowie żywiołaki i Cykle, ten bolesny dystans między astralnymi duchami i moją świadomością, przeszłość, w której Astral musiał już istnieć i moją własną przyszłość, którą w miarę możliwości chciałam z tym światem związać. Tak mi dopomóżcie wszystkie duchy i ty, potężne żywe serce w centrum wszechrzeczy!
- Ostrożnie!
Ależ ja byłam ostrożna. Bardzo się starałam, żeby goblin mnie nie zauważył. Nie żebym się go bała. Nic z tych rzeczy. Czego niby miałabym się obawiać?
Chodziło mi zwyczajnie o NIEINGERENCJĘ. Nie chciałam swoją obecnością w żaden sposób wpłynąć na to, co się wydarzy. Efekt obserwatora i te sprawy.
(Tak, Kiri, nie wykluczam, że używam tego pojęcia błędnie. Zamiast narzekać, doceń, że się dla ciebie staram.)
Nieoczekiwanie goblin zapadł się pod ziemię. Nie zniknął mi z oczu. Dosłownie zapadł się POD ZIEMIĘ. Zwolnił, prawie się zatrzymał i zrobił krok w dół. Tak, jakby schodził po schodach. Zapadły się po kolana jego chude nogi, na których spodnie mechanika wisiały jak na strachu na wróble. Potem zagłębił się w ziemi po pas, potem po łokcie. W końcu przez chwilę mogłam widzieć tylko łysą głowę z kępkami puchu na czubku, zanim i ona ostatecznie zniknęła.
Odczekałam chwilę, zanim powoli podeszłam do miejsca, gdzie stwór wsiąkł. Kiedy byłam bliżej, mogłam zobaczyć ponad dwumetrowej głębokości jamę w ziemi. Otwór miał mniej więcej podobną średnicę na poziomie gruntu, na lewo od miejsca, gdzie stałam, znajdowały się krzywe stopnie z gliny, kamienia i ziemi, na prawo jama wcinała się poziomo w grunt. Nie wydawała się ciągnąć zbyt daleko, ale nie miałam pewności, co może znajdować się za skalnym załomem.
Zeszłam w dół, zeskakując po stosunkowo wysokich, nieregularnych stopniach. Ściany jamy były prawie na całej wysokości czymś w rodzaju piaskowca, więc przynajmniej pogrzebanie żywcem mi tu nie groziło. Teraz widziałam, że przynajmniej jedna część jaskini kończyła się zanim na dobre się zaczęła. Widziałam jej tylną ścianę, rzeźbioną we wzory, które z bliska okazały się pionowymi rzędami run. Pomiędzy nimi zwisały cienkie włókna roślin, pokryte jasnozielonymi włoskami i małymi okrągłymi listkami. Rozsuwałam je ręką, żeby zobaczyć znaki. Zobaczyć, bo odczytać i tak bym ich nie umiała.
Mimo wszystko (a może właśnie dlatego, wszak wywieranie presji nie wpływa korzystnie na podświadomość) kilka z nich wydało mi się znajomych. Nie w taki sposób, że mogłam powiązać je z określonym znaczeniem, bardziej jak coś, co widziałam gdzieś przy innej okazji. Samo wrażenie nie na wiele mi się zdało, nie mogłam z tym zrobić nic sensownego, dlatego porzuciłam wyryte w skale runy i zainteresowałam się raczej tym głębszym tunelem po drugiej stronie naturalnej skalnej przeszkody. Tu też rozczarowałam się dość szybko.
No dobrze, nie do końca. Tunel nie okazał się zbyt głęboki, na co miałam nadzieję. Wchodził w skałę na kilka metrów, po czym pod kątem mniej więcej prostym zakręcał w stronę tej płytkiej groty. Tam, na jego końcu, znajdowało się pomieszczenie z grubsza okrągłe, o sklepieniu jakby splecionym z wielu monstrualnych pajęczyn, które postanowiły kiedyś przemienić się w kamień. W kilku miejscach wzdłuż ścian pionowo biegły rury, sięgające od podłoża do sklepienia, wykonane z podobnego piaskowca, ale ciemniejsze i gładsze niż ściany obok.
Musiały być też twardsze. Bardziej gęste. Wystarczyło, że spojrzałam na nie, i już to widziałam. Albo wiedziałam. Jedno i drugie.
Jednak nie to było w owym miejscu najciekawsze. Skalne ściany groty były popękane i przez szczeliny do środka przerastało coś. Coś żywego, podobnego do sieci żył albo nerwów. Na ile mogłam polegać na oświetleniu z emitowanego przeze mnie obłoczka energii, owe włókna miały kolor czerwonofioletowy. Większość była nieznacznie grubsza od mojego kciuka, od tych odchodziły cieńsze odgałęzienia. W wielu miejscach dziwne żyły rozszerzały się w półprzezroczyste bąble, wypełnione gęstą cieczą. Widziałam, jak wewnątrz nich coś się porusza, smugi cieni i punkty światła. Dotknęłam takiego jednego nawet. Nacisnęłam. Czułam, jak lekko się ugina, stąd właśnie pomyślałam o cieczy w środku. Wrażenie nie było nieprzyjemne, więc nacisnęłam jeszcze raz, mocniej.
- Co ty robisz do licha?! Bawisz się? A gdzie zgubiłaś goblina.
Rzeczywiście. Moja ofia… ekhm, obiekt gdzieś zniknął. Nawet nie zapadł się pod ziemię tym razem, bo stąd chyba głębiej się nie dało. Ale też na pewno nie mógł wyjść stąd tą samą drogą. Zauważyłabym go.
- Na szpiega ty byś się zdecydowanie nie nadawała.
To nie była moja wina. A Kiri lepiej ode mnie musiała wiedzieć, że w końcu byłyśmy w cholernej Krainie Czarów i tutaj działała teleportacja. Ten goblin mógł być w tym momencie gdziekolwiek.
- Rozejrzyj się. Co widzisz? Jest tam jakieś inne przejście? Czujesz coś?
Grzecznie zastosowałam się do polecenia. Przywołałam tyle energii ile zdołałam, uwolniłam luźny, jasno świecący obłok. Na ścianach wokół pojawiły się niepokojące cienie. Przy lepszym oświetleniu całości, mogłam zauważyć ciągły ruch. Przywierające do ścian żywe włókna lekko drżały i pulsowały.
- Gdyby go pożarły, pewnie byłyby tu ślady krwi i jakieś szczątki – stwierdziłam pogodnie. Kiedy nie doczekałam się żadnej odpowiedzi od skrawka swojej podświadomości, dodałam:
- Agentka specjalna Maddigan melduje absolutny brak czegokolwiek podejrzanego.
Znów żadnej odpowiedzi. Jedynie lekkie, niewyraźne wrażenie dezaprobaty. To była Kiri, czy moje własne uczucia?
Z jakiegoś powodu nie spróbowałam zajrzeć tutaj w Strukturę, tylko wycofałam się z jaskini. Może jeszcze wróciłabym tam, gdybym dłużej była sama. Ale prawie od razu jak wynurzyłam się na światło dzienne, pojawił się Fadhir.
To znaczy nie dosłownie tym razem. Nie teleportował się na moich oczach. Już stał na górze, ponad dwa metry nade mną i z szelmowskim uśmiechem spoglądał w głąb jamy.
Też się uśmiechnęłam. Nie musiałam udawać tego z grzeczności, naprawdę ucieszyłam się na jego widok.
Potoczyła się zwyczajowa gadka o wszystkim i o niczym, co tam u nas słychać i jak leci, i że oczywiście wszystko musi być dobrze i w porządku. I w końcu padło to pytanie.
Nie, jeszcze nie to pytanie. I nie moje.
- Zamierzasz ty w końcu wyleźć z tej jamy na górę? Bo mnie byłoby trochę trudno tam schodzić.
No, nie mogłam zaprzeczyć. Grzecznościowo się zaśmiałam, nie za długo i nie za głośno, tak bez przesady. Pokręciłam głową i wylazłam w końcu z tej jamy.
Skoro nie zaprzątała mnie dłużej kwestia zniknięcia goblina w tej małej jaskini, powróciły poprzednie myśli. I zapytałam Fadhira o Cykle.
Źle. To nie tak miało być. Zdałam sobie sprawę z tego, gdy już wypuściłam pytanie w przestrzeń, aby zawisło między nami. To nie było to, o co NAPRAWDĘ zamierzałam spytać. Więc jak najszybciej, zanim mogłaby nadejść odpowiedź, zadałam kolejne pytanie. Tak, jakbym chciała nim nadpisać tamto poprzednie.
- Jak długo istnieje wymiar astralny?
Tym razem to Fadhir grzecznościowo się zaśmiał.
- Masz na myśli czas, w którym można cokolwiek stwierdzić? - spytał – To jakoś mniej niż pięć i pół tysiąca lat. No co tak patrzysz? Że to dużo czy mało?
Według mnie mało. Powiedziałam mu to. Mało, bo przecież świat fizyczny i ludzkość istniały dłużej. Czy materia i duch nie musiały istnieć równolegle, dwie przeciwstawne szale wagi, wzajemne odbicia po dwóch stronach zwierciadła?
Fadhir wyjaśnił, że najprawdopodobniej niefizyczne światy zaczęły istnieć w czasie, kiedy na świecie pojawiły się pierwsze zorganizowane religie.
Ziemia zaś była bezładem i pustkowiem: ciemność była nad powierzchnią bezmiaru wód, a Duch Boży unosił się nad wodami.
~Rdz 1,2
Fadhir rzekł: Na początku był chaos. Musiał być chaos...
Wyobraź sobie te wszystkie rozproszone plemiona, każde z własną prymitywną wiarą. I każde z nich zbyt małe, żeby dać początek czemuś trwałemu. Wiele różnych nazw i symboli, wiele znaczeń, które tym symbolom można było przypisać.
Pochylił się – pewnie było mu trudno z takim astralnym ciałem – i podniósł z ziemi względnie prosty patyk. Przez chwilę szukał wolnego skrawka ziemi nie porośniętego trawą, kiedy go znalazł, zaczął rysować patykiem nierówne okręgi.
Nie, nie okręgi. Zbiory.
Zbiory rozłączne dokładniej. Przynajmniej początkowo. Bo kolejne kształty znajdowały się trochę bliżej pozostałych. Bo niektóre prawie – albo już nawet nie prawie – zaczęły się stykać. W końcu granice zbiorów przecięły się.
I stała się energia.
Są pewne prawdy uniwersalne, zrozumiałe dla wszystkich. Nieważne, jakie nadasz temu imię, będzie się ono odnosić do tego samego. Rozproszone ludy mogły mówić inaczej o tym samym. Ich zaangażowane umysły niezależnie od miejsca i czasu, mogły to karmić. Mogły dawać mu siłę.
- Czemu? - spytałam całkiem w tej sytuacji naturalnie – Czym było TO?
Bezkształtem. Abstrakcją. Ledwie zalążkiem idei, która już chciała kształtować materię… Może w tym przypadku raczej pseudomaterię… Nieważne. Abstrakcja zyskiwała siłę. Osiągnęła energię aktywacji, przeskoczyła barierę potencjału. I stało się ISTNIENIE. Tak upłynął wieczór i poranek, dzień zerowy… Tak został stworzony świat. Bezforemny jak myśli, które powołały go do życia. To musiała być chaotyczna plątanina, popatrz tylko na te zbiory. One się pokrywają tylko przez przypadek. Tak wyszło. A kiedy już się skondensowało, zaczęło gromadzić wokół siebie coraz więcej energii.
Tak czasem bywa, że proces musi zostać zainicjowany, a kiedy już się rozkręci, sam generuje coraz więcej i więcej ciepła. Cholera, procesy egzotermiczne też w końcu wymagają aktywacji!
Wyobraź sobie zaświaty. Krainę Wiecznych Łowów, Pola Trzcin, coś w tym stylu. Tak to musiało wyglądać, pusta kraina cieni. Mętny, niestabilny świat z mgły. Czerpiący z umysłów ale i przyciągający umysły. To musiała być obustronna relacja, żeby wywołać dodatnie sprzężenie zwrotne. To, co z początku było rozdzielone, nawiązało więź z Jednym Wspólnym.
Nie, nie mam pojęcia, czy ludzkie umysły były w stanie wkraczać w ten wymiar! Strzelałbym, że tak, przynajmniej od momentu, kiedy niefizyczny świat był już odrębnym bytem. Ale to wszystko tylko domniemania. Przypuszczenia jak wolisz. To wszystko miało miejsce przed naszym mierzalnym astralnym czasem. Tak, zaraz właśnie dochodzimy do Cykli Rdzenia… No, właśnie chcę ci to wyjaśnić!
Fadhir kilkoma ruchami kopyt na przednich nogach zniszczył swoje poprzednie rysunki na ziemi. Przy krawędzi odzyskanej w ten sposób powierzchni narysował pojedyncze niewielkie kółko.
Niefizyczny świat był wtedy mniej więcej jednorodny… Mniej więcej, nie wiem, jak to dobrze opisać. Miał bardzo prymitywną strukturę.
(U większości meduz sieć nerwowa rozmieszczona jest mniej lub bardziej równomiernie w całym ciele.)
W którymś momencie ewolucji rozwój to już nie jest po prostu dalszy wzrost. To różnicowanie. Rozwarstwianie.
Fadhir narysował kolejne kółko. Większe, ale także już nie puste. To miało punkt w środku, jak alchemiczny symbol Słońca.
Struktura postanowiła się uporządkować. Tak to już działa w naturze, że formy proste dążą do coraz większej złożoności. Kondensują na przekór entropii. A kiedy świat astralny już istniał, był, tak jak powiedziałaś, odbiciem fizycznego świata po przeciwnej stronie zwierciadła. Tutaj ewolucja musiała działać w ten sam sposób.
(To co jest na dole jest takie jak to co jest na górze; a to co jest na górze jest takie jak to co jest na dole. Poprzez to dokonują się wszelkie cuda.)
Przy całym tym rozwarstwianiu najistotniejsze było skondensowanie i wyodrębnienie się jednego elementu. Mózgu, który miał odtąd wszystkim rządzić i nad wszystkim panować. W nim miało skupić się życie tego świata.
(Jeden, by wszystkimi rządzić, Jeden, by wszystkie odnaleźć,
Jeden, by wszystkie zgromadzić i w ciemności związać)
Większość mówi raczej o sercu. Chyba jakieś naleciałości z dawnych epok… Podświadomość ma swoją bezwładność w czasie, zbiorowa podświadomość tym bardziej. Ja osobiście widzę go raczej jako mózg. To nieistotne. Jeśli wolisz, możemy mówić o nim jak o sercu. W każdym razie mózg tego świata narodził się któregoś dnia w zamierzchłej przeszłości… te pięć tysięcy lat temu z kawałkiem, dokładny czas można sprawdzić… Zmiany były stopniowe, mówimy przecież o EWOLUCJI, nie REWOLUCJI. Ale był ten konkretny moment, punkt w czasie, przed którym jeszcze tego mózgu-serca nie było a po którym nagle nastąpiło jego pierwsze uderzenie. Moment, od którego w Strukturze zapisywany jest upływ czasu. Rozpoczął się pierwszy Cykl Rdzenia. I tak upłynął wieczór i poranek, dzień pierwszy. A po nim kolejne.
Pierwsze Cykle musiały trwać krótko. Ten młody świat z ledwie wyklutym sercem nie miał wystarczającego poziomu energii, żeby stabilizować się swoją bezwładnością. Nie był WYSTARCZAJĄCO BEZWŁADNY. Znowu, był odbiciem świata fizycznego. Podatnym na wszelkie zmiany w owym fizycznym świecie. Każda z nich musiała odbijać się tu potężnym echem. Wyobraź sobie fale w dużej i niewielkiej objętości wody… W którym przypadku większa część całości zostanie objęta przez drgania? Ale to się zmieniało. Musiało. Bo poziom energii stale rósł. Bo wzrastała ilość umysłów, które mogły nakarmić niefizyczny świat. Bo powstały religie instytucjonalne. Bo rodziły się wielkie idee.
- Długość Cykli rośnie z upływem czasu? - spytałam. To pytanie nie było całkiem pozbawione podstaw.
- Nawet nie – westchnął Fadhir – W którymś momencie ustaliło się, że średnia długość to pomiędzy siedmioma a ośmioma miesiącami. Ale, zależnie od okoliczności, na przykład wpływu wydarzeń w fizycznym świecie, w niektórych okresach może to trwać kilka tygodni a innym razem kilka lat.
Skrzywiłam się. Taka nierównomierność wydała mi się bardzo niepraktyczna. Nie byłoby zbyt wygodnie używać takiej miary.
- A jaki jest z tym problem? - zdziwił się Fadhir – Gdyby przyjąć, że czas to tylko umowny sposób na wyrażenie zmian układu… czy moglibyśmy mieć tutaj lepszą miarę niż coś, co samo wywodzi się od zmiany? Chyba trudno o układ odniesienia bardziej obiektywny.
Nie brzmiało to dla mnie zbyt przekonująco, ale skinęłam głową, chwilowo przystając na tę wersję.
Podziękowałam za wszystko, za odpowiedzi, które pewnie miały doprowadzić do kolejnych pytań. Usłyszałam w swoim głosie zmęczenie, Fadhir też od razu to wychwycił.
- Za dużo informacji, prawda? - zapytał, szczerząc zęby. Miałam ochotę przypisać mu jakiś rodzaj złośliwej satysfakcji, ale właściwie nie byłam pewna. W tamtym momencie nie wyczuwałam żadnych jego emocji poza tym, co w zwyczajny, nieoświecony sposób mogłam wyczytać z mowy ciała.
- Może trochę – mruknęłam.
Miałam nadzieję, że to nie zabrzmiało, jakbym się zniechęciła.
## Sposób zapisu opowieści Fadhira inspirowany opowiadaniem, które kiedyś czytałam, o Adamie, pierwszym i ostatnim człowieku, którego misją w ostatnim wcieleniu było dokonanie eutanazji Ziemi po tym jak Bóg ze starości popadł w demencję i szaleństwo. Było tam parę takich fragmentów. Nie pamiętam tytułu ani autora, to były klimaty w stylu Lema albo Philipa Dicka. Chciałabym jeszcze jakoś je odnaleźć...
- Czym właściwie są Cykle?
Pytanie pozornie wyrwane z kontekstu, zważywszy na okoliczności, w których je zadałam. Pozornie. A pozory są właśnie tym, co widać na powierzchni. W większości przypadków na powierzchni się poprzestaje.
A pod powierzchnią znajdował się cały ciąg wydarzeń i myśli, który doprowadził mnie do tego miejsca i czasu. Ciąg niewidoczny i ukryty dla Fadhira, który pojawił się na scenie później. Nie żeby Fadhir się tym przejmował…
Przebywałam w Dhihrung-Jetter i zamierzałam trochę poćwiczyć. Nie czułam się jeszcze zupełnie zniechęcona ostatnią porażką, raczej próbowałam to traktować jak wyzwanie. Mimo że nie byłam jeszcze w stanie bezpośrednio wpływać na otoczenie, odczuwałam pewne zmiany, które chciałam uznawać za postęp. Manifestacja mojej energii, nadal w tej mało użytecznej formie, była bardziej posłuszna mojej woli. Szybko podążała za moimi myślami tam, gdzie chciałam, żeby była.
Zajęłam się też uzupełnianiem swoich notatek. Kiedy zrobiłam sobie przerwę w ćwiczeniach, wdrapałam się na pozbawione liści niskie drzewo o łukowato powyginanych, grubych gałęziach. Usiadłam wygodnie na konarze, plecy oparłam o pień i położyłam przed sobą zeszyt.
Kiedy podnosiłam wzrok, widziałam w oddali stada tych wielonogich stworzeń o jasnobrązowej albo kremowej sierści, które zaobserwowałam przy jednej z moich pierwszych wizyt tutaj. Wysoko nad nimi leciały ptaki, a przynajmniej coś, co z daleka ptaki przypominało. W którymś momencie coś przeleciało blisko miejsca, w którym się znajdowałam. Odchyliłam głowę, żeby spojrzeć w górę. Nawet zdążyłam, zanim zwierzę oddaliło się i zniknęło mi z pola widzenia. Latający stwór był czymś w rodzaju gada, a może długiej ryby, z dwiema parami błoniastych, półprzezroczystych, jakby owadzich skrzydeł i kilkoma kępkami szarych piór rozmieszczonymi wzdłuż ogona.
Najpierw patrzyłam na latającego gada. Potem na miejsce, w których chwilę wcześniej był. Potem bardziej na tło. Na niebo.
Nie było ono całkowicie bezchmurne, ale wystarczająco czyste, żebym mogła widzieć, czy gdzieś nie pojawiają się smugi, podobne jak przy mieszaniu cieczy o różnych gęstościach. Kiedy wiedziałam, że mogę się ich spodziewać, to było łatwe. Dostrzegłam od razu, jak coś kłębi się i porusza w błękicie. Ukryte w tle, ale samo nie będące tłem. Jak dla mnie równie dobrze mogłoby nim być. Było tak samo nieosiągalne, że jedyne co mogłam zrobić, to spoglądać z oddali.
Spuściłam wzrok, spojrzałam prosto na otwarty zeszyt. I znowu w górę, na wtopione w niebo żywiołaki. I na zeszyt, na notatki, które sama wcześniej zrobiłam. Powróciły myśli i uczucia, jakie towarzyszyły ostatnim spotkaniom z duchami powietrza. Po czym owe myśli przebyły drogę wstecz po słowach i wspomnieniach.
Myślałam o Cyklach, o pomiarze czasu, jaki stosowały żywiołaki. A może nie tylko one. Może inne istoty astralne, może właśnie wszystkie, również. Może mogłabym spytać o to dowolne, zdolne mówić stworzenie, jakie spotkałabym na drodze. Czy te przebywające w moim domu też coś o tym wiedziały?
Pozostając tam, gdzie siedziałam, znów zaczęłam bawić się swoją energią. Nie wkładałam w to rozpaczliwego wysiłku ani nadludzkiego skupienia. Cały czas obserwowałam kątem oka otoczenie, dzieląc swoją uwagę.
W pobliżu przechodził goblin, ubrany mniej więcej jak zabierający się do pracy mechanik. Szedł szybkim krokiem, nie rozglądał się. Na pewno nie patrzył w moją stronę. Przechodził stosunkowo blisko drzewa, na którym siedziałam. To mogła być odległość wystarczająca, żeby goblin mógł mnie wyczuć. Być może nawet ja mogłabym spróbować.
No i naprawdę spróbowałam. Z płytkiego transu, bo też czasu nie miałam zbyt wiele. Goblin się oddalał. Z informacji, które wyciągnęłam, wynikało przede wszystkim, że goblin energią wyróżniał się z tła. Nie za bardzo byłam w stanie zbadać go od strony Struktury.
Odczekałam trochę, aż goblin oddali się jeszcze bardziej. Tylko nie tak, żeby całkiem zniknął z pola widzenia. Złapałam swój zeszyt i zeskoczyłam z gałęzi. Lądowanie na cztery łapy miałam już dobrze opanowane. Nawet nie próbowałam wspomagać tego dodatkowymi sztuczkami.
- To może okazać się ciekawe – mruczała Kiri w mojej głowie – Idź zobaczyć, co on zrobi.
Powoli ruszyłam za goblinem, starając się utrzymać dystans. Widziałam jego plecy, szarobłękitne spodnie na szelkach, liczne wypchane kieszenie.
Goblin wkroczył pomiędzy skały o regularnych, geometrycznych kształtach. Ich powierzchnia była pokryta szczelinami i nacięciami, razem tworzącymi fraktalne wzory. W niektórych z tych zagłębień, w nagromadzonym pyle i grudkach ziemi, wyrosła trawa.
Cały czas miałam w głowie żywiołaki i Cykle, ten bolesny dystans między astralnymi duchami i moją świadomością, przeszłość, w której Astral musiał już istnieć i moją własną przyszłość, którą w miarę możliwości chciałam z tym światem związać. Tak mi dopomóżcie wszystkie duchy i ty, potężne żywe serce w centrum wszechrzeczy!
- Ostrożnie!
Ależ ja byłam ostrożna. Bardzo się starałam, żeby goblin mnie nie zauważył. Nie żebym się go bała. Nic z tych rzeczy. Czego niby miałabym się obawiać?
Chodziło mi zwyczajnie o NIEINGERENCJĘ. Nie chciałam swoją obecnością w żaden sposób wpłynąć na to, co się wydarzy. Efekt obserwatora i te sprawy.
(Tak, Kiri, nie wykluczam, że używam tego pojęcia błędnie. Zamiast narzekać, doceń, że się dla ciebie staram.)
Nieoczekiwanie goblin zapadł się pod ziemię. Nie zniknął mi z oczu. Dosłownie zapadł się POD ZIEMIĘ. Zwolnił, prawie się zatrzymał i zrobił krok w dół. Tak, jakby schodził po schodach. Zapadły się po kolana jego chude nogi, na których spodnie mechanika wisiały jak na strachu na wróble. Potem zagłębił się w ziemi po pas, potem po łokcie. W końcu przez chwilę mogłam widzieć tylko łysą głowę z kępkami puchu na czubku, zanim i ona ostatecznie zniknęła.
Odczekałam chwilę, zanim powoli podeszłam do miejsca, gdzie stwór wsiąkł. Kiedy byłam bliżej, mogłam zobaczyć ponad dwumetrowej głębokości jamę w ziemi. Otwór miał mniej więcej podobną średnicę na poziomie gruntu, na lewo od miejsca, gdzie stałam, znajdowały się krzywe stopnie z gliny, kamienia i ziemi, na prawo jama wcinała się poziomo w grunt. Nie wydawała się ciągnąć zbyt daleko, ale nie miałam pewności, co może znajdować się za skalnym załomem.
Zeszłam w dół, zeskakując po stosunkowo wysokich, nieregularnych stopniach. Ściany jamy były prawie na całej wysokości czymś w rodzaju piaskowca, więc przynajmniej pogrzebanie żywcem mi tu nie groziło. Teraz widziałam, że przynajmniej jedna część jaskini kończyła się zanim na dobre się zaczęła. Widziałam jej tylną ścianę, rzeźbioną we wzory, które z bliska okazały się pionowymi rzędami run. Pomiędzy nimi zwisały cienkie włókna roślin, pokryte jasnozielonymi włoskami i małymi okrągłymi listkami. Rozsuwałam je ręką, żeby zobaczyć znaki. Zobaczyć, bo odczytać i tak bym ich nie umiała.
Mimo wszystko (a może właśnie dlatego, wszak wywieranie presji nie wpływa korzystnie na podświadomość) kilka z nich wydało mi się znajomych. Nie w taki sposób, że mogłam powiązać je z określonym znaczeniem, bardziej jak coś, co widziałam gdzieś przy innej okazji. Samo wrażenie nie na wiele mi się zdało, nie mogłam z tym zrobić nic sensownego, dlatego porzuciłam wyryte w skale runy i zainteresowałam się raczej tym głębszym tunelem po drugiej stronie naturalnej skalnej przeszkody. Tu też rozczarowałam się dość szybko.
No dobrze, nie do końca. Tunel nie okazał się zbyt głęboki, na co miałam nadzieję. Wchodził w skałę na kilka metrów, po czym pod kątem mniej więcej prostym zakręcał w stronę tej płytkiej groty. Tam, na jego końcu, znajdowało się pomieszczenie z grubsza okrągłe, o sklepieniu jakby splecionym z wielu monstrualnych pajęczyn, które postanowiły kiedyś przemienić się w kamień. W kilku miejscach wzdłuż ścian pionowo biegły rury, sięgające od podłoża do sklepienia, wykonane z podobnego piaskowca, ale ciemniejsze i gładsze niż ściany obok.
Musiały być też twardsze. Bardziej gęste. Wystarczyło, że spojrzałam na nie, i już to widziałam. Albo wiedziałam. Jedno i drugie.
Jednak nie to było w owym miejscu najciekawsze. Skalne ściany groty były popękane i przez szczeliny do środka przerastało coś. Coś żywego, podobnego do sieci żył albo nerwów. Na ile mogłam polegać na oświetleniu z emitowanego przeze mnie obłoczka energii, owe włókna miały kolor czerwonofioletowy. Większość była nieznacznie grubsza od mojego kciuka, od tych odchodziły cieńsze odgałęzienia. W wielu miejscach dziwne żyły rozszerzały się w półprzezroczyste bąble, wypełnione gęstą cieczą. Widziałam, jak wewnątrz nich coś się porusza, smugi cieni i punkty światła. Dotknęłam takiego jednego nawet. Nacisnęłam. Czułam, jak lekko się ugina, stąd właśnie pomyślałam o cieczy w środku. Wrażenie nie było nieprzyjemne, więc nacisnęłam jeszcze raz, mocniej.
- Co ty robisz do licha?! Bawisz się? A gdzie zgubiłaś goblina.
Rzeczywiście. Moja ofia… ekhm, obiekt gdzieś zniknął. Nawet nie zapadł się pod ziemię tym razem, bo stąd chyba głębiej się nie dało. Ale też na pewno nie mógł wyjść stąd tą samą drogą. Zauważyłabym go.
- Na szpiega ty byś się zdecydowanie nie nadawała.
To nie była moja wina. A Kiri lepiej ode mnie musiała wiedzieć, że w końcu byłyśmy w cholernej Krainie Czarów i tutaj działała teleportacja. Ten goblin mógł być w tym momencie gdziekolwiek.
- Rozejrzyj się. Co widzisz? Jest tam jakieś inne przejście? Czujesz coś?
Grzecznie zastosowałam się do polecenia. Przywołałam tyle energii ile zdołałam, uwolniłam luźny, jasno świecący obłok. Na ścianach wokół pojawiły się niepokojące cienie. Przy lepszym oświetleniu całości, mogłam zauważyć ciągły ruch. Przywierające do ścian żywe włókna lekko drżały i pulsowały.
- Gdyby go pożarły, pewnie byłyby tu ślady krwi i jakieś szczątki – stwierdziłam pogodnie. Kiedy nie doczekałam się żadnej odpowiedzi od skrawka swojej podświadomości, dodałam:
- Agentka specjalna Maddigan melduje absolutny brak czegokolwiek podejrzanego.
Znów żadnej odpowiedzi. Jedynie lekkie, niewyraźne wrażenie dezaprobaty. To była Kiri, czy moje własne uczucia?
Z jakiegoś powodu nie spróbowałam zajrzeć tutaj w Strukturę, tylko wycofałam się z jaskini. Może jeszcze wróciłabym tam, gdybym dłużej była sama. Ale prawie od razu jak wynurzyłam się na światło dzienne, pojawił się Fadhir.
To znaczy nie dosłownie tym razem. Nie teleportował się na moich oczach. Już stał na górze, ponad dwa metry nade mną i z szelmowskim uśmiechem spoglądał w głąb jamy.
Też się uśmiechnęłam. Nie musiałam udawać tego z grzeczności, naprawdę ucieszyłam się na jego widok.
Potoczyła się zwyczajowa gadka o wszystkim i o niczym, co tam u nas słychać i jak leci, i że oczywiście wszystko musi być dobrze i w porządku. I w końcu padło to pytanie.
Nie, jeszcze nie to pytanie. I nie moje.
- Zamierzasz ty w końcu wyleźć z tej jamy na górę? Bo mnie byłoby trochę trudno tam schodzić.
No, nie mogłam zaprzeczyć. Grzecznościowo się zaśmiałam, nie za długo i nie za głośno, tak bez przesady. Pokręciłam głową i wylazłam w końcu z tej jamy.
Skoro nie zaprzątała mnie dłużej kwestia zniknięcia goblina w tej małej jaskini, powróciły poprzednie myśli. I zapytałam Fadhira o Cykle.
Źle. To nie tak miało być. Zdałam sobie sprawę z tego, gdy już wypuściłam pytanie w przestrzeń, aby zawisło między nami. To nie było to, o co NAPRAWDĘ zamierzałam spytać. Więc jak najszybciej, zanim mogłaby nadejść odpowiedź, zadałam kolejne pytanie. Tak, jakbym chciała nim nadpisać tamto poprzednie.
- Jak długo istnieje wymiar astralny?
Tym razem to Fadhir grzecznościowo się zaśmiał.
- Masz na myśli czas, w którym można cokolwiek stwierdzić? - spytał – To jakoś mniej niż pięć i pół tysiąca lat. No co tak patrzysz? Że to dużo czy mało?
Według mnie mało. Powiedziałam mu to. Mało, bo przecież świat fizyczny i ludzkość istniały dłużej. Czy materia i duch nie musiały istnieć równolegle, dwie przeciwstawne szale wagi, wzajemne odbicia po dwóch stronach zwierciadła?
Fadhir wyjaśnił, że najprawdopodobniej niefizyczne światy zaczęły istnieć w czasie, kiedy na świecie pojawiły się pierwsze zorganizowane religie.
Ziemia zaś była bezładem i pustkowiem: ciemność była nad powierzchnią bezmiaru wód, a Duch Boży unosił się nad wodami.
~Rdz 1,2
Fadhir rzekł: Na początku był chaos. Musiał być chaos...
Wyobraź sobie te wszystkie rozproszone plemiona, każde z własną prymitywną wiarą. I każde z nich zbyt małe, żeby dać początek czemuś trwałemu. Wiele różnych nazw i symboli, wiele znaczeń, które tym symbolom można było przypisać.
Pochylił się – pewnie było mu trudno z takim astralnym ciałem – i podniósł z ziemi względnie prosty patyk. Przez chwilę szukał wolnego skrawka ziemi nie porośniętego trawą, kiedy go znalazł, zaczął rysować patykiem nierówne okręgi.
Nie, nie okręgi. Zbiory.
Zbiory rozłączne dokładniej. Przynajmniej początkowo. Bo kolejne kształty znajdowały się trochę bliżej pozostałych. Bo niektóre prawie – albo już nawet nie prawie – zaczęły się stykać. W końcu granice zbiorów przecięły się.
I stała się energia.
Są pewne prawdy uniwersalne, zrozumiałe dla wszystkich. Nieważne, jakie nadasz temu imię, będzie się ono odnosić do tego samego. Rozproszone ludy mogły mówić inaczej o tym samym. Ich zaangażowane umysły niezależnie od miejsca i czasu, mogły to karmić. Mogły dawać mu siłę.
- Czemu? - spytałam całkiem w tej sytuacji naturalnie – Czym było TO?
Bezkształtem. Abstrakcją. Ledwie zalążkiem idei, która już chciała kształtować materię… Może w tym przypadku raczej pseudomaterię… Nieważne. Abstrakcja zyskiwała siłę. Osiągnęła energię aktywacji, przeskoczyła barierę potencjału. I stało się ISTNIENIE. Tak upłynął wieczór i poranek, dzień zerowy… Tak został stworzony świat. Bezforemny jak myśli, które powołały go do życia. To musiała być chaotyczna plątanina, popatrz tylko na te zbiory. One się pokrywają tylko przez przypadek. Tak wyszło. A kiedy już się skondensowało, zaczęło gromadzić wokół siebie coraz więcej energii.
Tak czasem bywa, że proces musi zostać zainicjowany, a kiedy już się rozkręci, sam generuje coraz więcej i więcej ciepła. Cholera, procesy egzotermiczne też w końcu wymagają aktywacji!
Wyobraź sobie zaświaty. Krainę Wiecznych Łowów, Pola Trzcin, coś w tym stylu. Tak to musiało wyglądać, pusta kraina cieni. Mętny, niestabilny świat z mgły. Czerpiący z umysłów ale i przyciągający umysły. To musiała być obustronna relacja, żeby wywołać dodatnie sprzężenie zwrotne. To, co z początku było rozdzielone, nawiązało więź z Jednym Wspólnym.
Nie, nie mam pojęcia, czy ludzkie umysły były w stanie wkraczać w ten wymiar! Strzelałbym, że tak, przynajmniej od momentu, kiedy niefizyczny świat był już odrębnym bytem. Ale to wszystko tylko domniemania. Przypuszczenia jak wolisz. To wszystko miało miejsce przed naszym mierzalnym astralnym czasem. Tak, zaraz właśnie dochodzimy do Cykli Rdzenia… No, właśnie chcę ci to wyjaśnić!
Fadhir kilkoma ruchami kopyt na przednich nogach zniszczył swoje poprzednie rysunki na ziemi. Przy krawędzi odzyskanej w ten sposób powierzchni narysował pojedyncze niewielkie kółko.
Niefizyczny świat był wtedy mniej więcej jednorodny… Mniej więcej, nie wiem, jak to dobrze opisać. Miał bardzo prymitywną strukturę.
(U większości meduz sieć nerwowa rozmieszczona jest mniej lub bardziej równomiernie w całym ciele.)
W którymś momencie ewolucji rozwój to już nie jest po prostu dalszy wzrost. To różnicowanie. Rozwarstwianie.
Fadhir narysował kolejne kółko. Większe, ale także już nie puste. To miało punkt w środku, jak alchemiczny symbol Słońca.
Struktura postanowiła się uporządkować. Tak to już działa w naturze, że formy proste dążą do coraz większej złożoności. Kondensują na przekór entropii. A kiedy świat astralny już istniał, był, tak jak powiedziałaś, odbiciem fizycznego świata po przeciwnej stronie zwierciadła. Tutaj ewolucja musiała działać w ten sam sposób.
(To co jest na dole jest takie jak to co jest na górze; a to co jest na górze jest takie jak to co jest na dole. Poprzez to dokonują się wszelkie cuda.)
Przy całym tym rozwarstwianiu najistotniejsze było skondensowanie i wyodrębnienie się jednego elementu. Mózgu, który miał odtąd wszystkim rządzić i nad wszystkim panować. W nim miało skupić się życie tego świata.
(Jeden, by wszystkimi rządzić, Jeden, by wszystkie odnaleźć,
Jeden, by wszystkie zgromadzić i w ciemności związać)
Większość mówi raczej o sercu. Chyba jakieś naleciałości z dawnych epok… Podświadomość ma swoją bezwładność w czasie, zbiorowa podświadomość tym bardziej. Ja osobiście widzę go raczej jako mózg. To nieistotne. Jeśli wolisz, możemy mówić o nim jak o sercu. W każdym razie mózg tego świata narodził się któregoś dnia w zamierzchłej przeszłości… te pięć tysięcy lat temu z kawałkiem, dokładny czas można sprawdzić… Zmiany były stopniowe, mówimy przecież o EWOLUCJI, nie REWOLUCJI. Ale był ten konkretny moment, punkt w czasie, przed którym jeszcze tego mózgu-serca nie było a po którym nagle nastąpiło jego pierwsze uderzenie. Moment, od którego w Strukturze zapisywany jest upływ czasu. Rozpoczął się pierwszy Cykl Rdzenia. I tak upłynął wieczór i poranek, dzień pierwszy. A po nim kolejne.
Pierwsze Cykle musiały trwać krótko. Ten młody świat z ledwie wyklutym sercem nie miał wystarczającego poziomu energii, żeby stabilizować się swoją bezwładnością. Nie był WYSTARCZAJĄCO BEZWŁADNY. Znowu, był odbiciem świata fizycznego. Podatnym na wszelkie zmiany w owym fizycznym świecie. Każda z nich musiała odbijać się tu potężnym echem. Wyobraź sobie fale w dużej i niewielkiej objętości wody… W którym przypadku większa część całości zostanie objęta przez drgania? Ale to się zmieniało. Musiało. Bo poziom energii stale rósł. Bo wzrastała ilość umysłów, które mogły nakarmić niefizyczny świat. Bo powstały religie instytucjonalne. Bo rodziły się wielkie idee.
- Długość Cykli rośnie z upływem czasu? - spytałam. To pytanie nie było całkiem pozbawione podstaw.
- Nawet nie – westchnął Fadhir – W którymś momencie ustaliło się, że średnia długość to pomiędzy siedmioma a ośmioma miesiącami. Ale, zależnie od okoliczności, na przykład wpływu wydarzeń w fizycznym świecie, w niektórych okresach może to trwać kilka tygodni a innym razem kilka lat.
Skrzywiłam się. Taka nierównomierność wydała mi się bardzo niepraktyczna. Nie byłoby zbyt wygodnie używać takiej miary.
- A jaki jest z tym problem? - zdziwił się Fadhir – Gdyby przyjąć, że czas to tylko umowny sposób na wyrażenie zmian układu… czy moglibyśmy mieć tutaj lepszą miarę niż coś, co samo wywodzi się od zmiany? Chyba trudno o układ odniesienia bardziej obiektywny.
Nie brzmiało to dla mnie zbyt przekonująco, ale skinęłam głową, chwilowo przystając na tę wersję.
Podziękowałam za wszystko, za odpowiedzi, które pewnie miały doprowadzić do kolejnych pytań. Usłyszałam w swoim głosie zmęczenie, Fadhir też od razu to wychwycił.
- Za dużo informacji, prawda? - zapytał, szczerząc zęby. Miałam ochotę przypisać mu jakiś rodzaj złośliwej satysfakcji, ale właściwie nie byłam pewna. W tamtym momencie nie wyczuwałam żadnych jego emocji poza tym, co w zwyczajny, nieoświecony sposób mogłam wyczytać z mowy ciała.
- Może trochę – mruknęłam.
Miałam nadzieję, że to nie zabrzmiało, jakbym się zniechęciła.
## Sposób zapisu opowieści Fadhira inspirowany opowiadaniem, które kiedyś czytałam, o Adamie, pierwszym i ostatnim człowieku, którego misją w ostatnim wcieleniu było dokonanie eutanazji Ziemi po tym jak Bóg ze starości popadł w demencję i szaleństwo. Było tam parę takich fragmentów. Nie pamiętam tytułu ani autora, to były klimaty w stylu Lema albo Philipa Dicka. Chciałabym jeszcze jakoś je odnaleźć...





