22-02-2020, 03:36
Dzień 51
Ktoś podobno powiedział, że kiedy uczeń jest gotowy, los sam postawi na jego drodze nauczyciela.
Nie mogłabym w sposób wolny od wszelkich wątpliwości stwierdzić, czy dla mnie właśnie nadszedł ten moment.
Fadhir wydawał się bardzo skoncentrowany na CELU jaki wyznaczali sobie astralni podróżnicy, zaczynając swoją przygodę z innymi wymiarami.
(coraz częściej mam wrażenie, że obecni podróżnicy trafiają tu przez przypadek i sami nie wiedzą, dlaczego i po co)
Oczywiście musiał mnie o to pytać jakąś niepojętą, irytującą ilość razy. DLACZEGO się tu znalazłam, czego poszukiwałam, do czego dążyłam. Nie wiem, ile razy dokładnie. Nigdzie tego nie zapisywałam, a może powinnam. Chociażby rysować sobie długopisem kreski na przedramieniu jak animowany więzień na ścianie celi albo coś w tym stylu. I tak przez większość czasu miałam przy sobie coś do pisania.
Kilka razy miałam ochotę powiedzieć mu zwyczajnie PRAWDĘ. Że niczego nie zaczynałam, nigdy świadomie nie podjęłam takiej decyzji. Powstrzymywała mnie myśl, że gdybym to zrobiła, sama dostarczyłabym mu amunicji, przyznając mu RACJĘ. Może mogłabym bezpiecznie przyznać się do dalszego ciągu, tego, co nastąpiło już po moim pierwszym przypadkowym połączeniu. Ciekawość i chęć wiedzy chyba nie była w jego oczach aż tak bardzo godna pogardy i potępienia.
W chwilach, kiedy Fadhir nie emanował tą swoją podszytą poczuciem wyższości dezaprobatą, pytał mnie o dotychczasowe przeżycia po tej stronie rzeczywistości. Tak normalnie, z ciekawością. I owszem, w jakimś stopniu byłam w stanie wychwycić i rozpoznać te jego uczucia. Ostatecznie przebywaliśmy w świecie umysłu i energii, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Czasami myślokształty zbliżały się do powierzchni rzeczywistości wystarczająco, żeby zarejestrował je zrelaksowany i czujny obserwator. Z satysfakcją utrzymywałam pewien poziom owej czujności, jednocześnie się z tym nie zdradzając. Przeczucie podpowiadało mi, że jeśli Fadhir się zorientuje, postara się szybko naprawić ten błąd niedostatku własnej czujności. Nie wątpiłam, że potrafiłby bez większego wysiłku coś z tym zrobić.
Po prostu to czułam. Może częściowo sugerowałam się słowami Ireasza o stosunkowo długiej historii astralnych wędrówek Fadhira, ale coś rzeczywiście musiało w tym być. Fadhir roztaczał wokół siebie aurę doświadczenia, coś, przy czym blakła ta w istocie niewielka przewaga, jaką miał nade mną Ireasz.
Nie miałam powodów, żeby wprost o to nie spytać.
- Zaczynałem jako czternastoletni dzieciak – odpowiedział mi Fadhir wówczas – Młody idiota, pewnie wiesz, o czym mówię… Kiedy chciałem, potrafiłem być bardzo uparty. Kiedy mi zależało… Zawziąłem się, żeby być tu jak najczęściej. Prawie codziennie, jeśli miałbym taką możliwość. Miałem mnóstwo pytań i jak najszybciej chciałem na nie odpowiedzi. Chciałem poznać możliwości. Znaleźć granice tych możliwości. Sprawdzić, czy granice można przesuwać i dokąd to wszystko prowadzi. Różne głupstwa się po drodze robiło… Czasem aż człowiekowi wstyd, jak sobie o tym pomyśli. Tak prawie do dwudziestego pierwszego roku życia byłem w tej kwestii aktywny. Jakimś cudem zdołałem zachować zdrowe zmysły i nie wpakowałem się w poważniejsze tarapaty. I tak parę lat temu doszedłem do wniosku, że może czas trochę przystopować. Czas stanąć pewniej na ziemi i zająć się życiem.
Od jakiegoś czasu patrzył gdzieś w przestrzeń przed sobą. Wydawał mi się w tym momencie niezwykle stary. A raczej Stary. Starożytny. Przedwieczny.
Siedzieliśmy gdzieś w centrum niczego w Ascabii. Gdzieś między lasem a łąką, niebem a ziemią pod tym astralnym brakiem słońca. Tam, gdzie akurat się zatrzymaliśmy, spacerując bez celu.
Fadhir podkulił nogi pod swoje końskie ciało – właściwie technicznie on siedział czy leżał w tym momencie? Ja przysiadłam na względnie równym kawałku ziemi obok. Zastanawiałam się przez chwilę, czy odległość pomiędzy mną a nim miała jakiś wpływ na możliwość odbierania przeze mnie jego myślokształtów.
Spytałam, z naciskiem jeszcze większym, co właściwie złego mogło być w tym, że tu byliśmy. Albo w tym, że w ogóle zaczęłam się tu pojawiać, albo, że przed laty on sam… Odpowiedź, jaką otrzymałam, nie była jednoznaczna. Czy ośmieliłabym się oczekiwać z jego strony czegoś innego?
- Tu nie chodzi o to, że to jest ZŁE.
No dobrze, zrozumiałam. Więc o co, do licha?!
- Z tym jest trochę jak z każdym odmiennym stanem świadomości – niepewność, ostrożnie wydobywane słowa – Może wywierać wpływ na ludzką psychikę.
- Jaki wpływ? – też niepewność, ale jeszcze lekko zabarwiona zdenerwowaniem sprzed chwili. I teraz westchnienie jako pierwsza odpowiedź.
- To już właśnie zależy od jednostki. Na niektórych prawie nie robi wrażenia, inni przeżyją to silniej. W końcu to jest inny świat. Świat możliwości, które normalnie mogłyby się wydawać niedostępne. Świat umysłu i emocji. Zdążyłaś pewnie to poczuć… niemal nieustanny kontakt własnego wnętrza z tym morzem uczuć dookoła. Jak ktoś jest bardziej wrażliwy, może zostać przez nie pochłonięty. To trochę jak z psychodelikami. To nie jest zabawa dla wszystkich. A jakoś tak jest, że właśnie takie osoby najczęściej wkraczają tu przypadkiem… i same nie wiedzą, czego chcą i czego oczekują. No, ciekawe dlaczego tak jest?
Zaśmiał się cicho i mówił dalej.
- No i to wciąga. Jak narkotyki.
Moja twarz musiała w tym momencie wyrażać co najmniej lekkie rozbawienie, bo Fadhir parsknął na mnie z raczej udawanym gniewem. To znaczy tak zwyczajnie po ludzku parsknął, nie jak koń.
- Nie sądzę, żeby to był powód do śmiechu – powiedział spokojnie, ale z naganą – Może to dla ciebie brzmi przesadnie dramatycznie… Ale przez chwilę pomyśl. Znowu tu jesteś, tak? Który raz? Jak często tu wracasz?
Nie musiałam mu się tłumaczyć. Nie byłam mu winna odpowiedzi. Ani na te pytania, ani żadne inne. A mimo to on na coś czekał.
Czekał? Przymknął oczy, rozluźnił się. Przybrał twarz posągu. On się koncentrował! Wchodził w trans. Prawdopodobnie dużo głębiej niż Ireasz kiedykolwiek, kiedy miałam okazję to obserwować. Fadhir stał się na chwilę dużo bardziej nieobecny niż mogłam się spodziewać. I szybciej niż się spodziewałam, powrócił. W sposób tak widocznie łatwy, tak naturalny, jakby po prostu przełączał jakąś dźwignię w mózgu.
(cholernie naturalne)
- Od czasu, kiedy ostatnio się spotkaliśmy, twoja więź ze światem astralnym jest dużo silniejsza – stwierdził Fadhir z zadowoleniem człowieka, który właśnie dowiódł swojej racji – Ty jesteś w stanie przychodzić tu codziennie?
Wzruszyłam ramionami i przytaknęłam. Było w tym coś szczególnego? Musiało być, bo Fadhir wydawał się coraz bardziej zaciekawiony. Zaintrygowany wręcz. Padły kolejne pytania, które już nie miały dowodzić niczego. Fadhir chciał wiedzieć. Szukał wyjaśnienia.
Czy mogłam tak od pierwszego połączenia? Czy miałam jakiś szczególny sposób? Czy to były jakieś moje szczególne, wrodzone osobnicze predyspozycje?
- Nie czuję się jakoś wyjątkowo – stwierdziłam z całą pewnością, jaką mogłam w sobie wzbudzić – Już prędzej moja tulpa ma więcej mocy i to ona mi pomaga.
Fadhir szeroko otworzył oczy i pokręcił głową, a ja zaczęłam się zastanawiać, czy naprawdę powiedziałam coś tak bardzo głupiego. Szybko okazało się, że chodziło o coś zupełnie innego. Przypadkiem zdołałam zadziwić go jeszcze bardziej.
- Ty masz tulpę OD POCZĄTKU? - tak, z takim naciskiem zadał kolejne pytanie.
- Jakoś tak wyszło… - bąknęłam. Głupio, ale co innego mogłam powiedzieć.
I dlaczego czułam się przy tym jakbym zrobiła coś złego?!
Spytałam nawet, czy to coś złego. Podobno nie, oczywiście, że nie. Byłam zaniepokojona i Fadhir prawie na pewno wiedział, że byłam. Może dlatego chciał mnie uspokoić. Mówił, że tak się może zdarzyć, że bywa różnie. Że na początku prawie w każdym przypadku jest nieprzewidywalnie, mniej lub bardziej. Nawet, kiedy człowiek długo planował swoje pierwsze przejścia i myślał, że jest na wszystko przygotowany.
- Nie ma czegoś takiego jak całkowite przygotowanie do przekraczania granicy pomiędzy światami – powiedział Fadhir z przekonaniem.
- Jeśli nigdy nie będzie bardziej gotowy, może próbować w każdej chwili – zauważyłam.
Zły wniosek, niedobry wniosek. Fadhir nie musiał nic mówić, za odpowiedź wystarczyło mi jego spojrzenie. Ale i tak powiedział. I mówił dalej, próbując mnie przekonać, że to nie była taka całkiem niewinna zabawa.
- Kiedy to zaczyna przychodzić łatwo, może wciągnąć mocniej. Cały świat na wyciągnięcie ręki. Świat, w którym możliwe są rzeczy nieosiągalne w tym fizycznym. Możesz posiąść nadzwyczajne zdolności. Będziesz ich świadoma, poczujesz siłę i pewność. Będziesz poznawać ten świat. Eksplorować. Zobaczysz i przeżyjesz rzeczy, których wcześniej sobie nie wyobrażałaś. To może być naprawdę intensywna faza. Psychodeliczna faza ze wszystkimi tego konsekwencjami. Twój umysł może prowadzić cię różnymi drogami. Jak się za bardzo rozpędzisz i stracisz kontrolę, możesz zaliczyć solidnego bad tripa. Podświadomość lubi przyciągać do siebie… różne rzeczy.
Zawahał się. Wyczułam to w sposobie, w jaki na chwilę przerwał. I w sposobie, w jaki zniżył głos. Nie chciał mnie za bardzo wystraszyć? Czy nie do tego właśnie dążył, mówiąc mi to wszystko?
- Ale cokolwiek będzie się działo, to pozostanie tutaj – zauważyłam.
- A wspomnienia, przeżycia, odruchy i nawyki pozostaną w tobie – dokończył Fadhir – Niezależnie od tego, w której rzeczywistości będziesz wtedy przebywać.
Uśmiechnął się smutno.
- Ty chyba jeszcze ciągle uznajesz ten świat za nierzeczywisty. Spróbuj zrozumieć, że to, co tu przeżywasz jest tak samo prawdziwe. Jakby się nad tym zastanowić, to może być jedno z największych niebezpieczeństw Astralu. Jako wędrowiec należysz do dwóch rzeczywistości, a obie są dla ciebie tak samo autentyczne. Tylko więzi między tobą a każdą z nich zawsze będą całkowicie odmienne.
Sprawiał wrażenie, jakby czasem brakowało mu właściwych słów, z widocznym wysiłkiem szukał sposobu JAK pewne rzeczy powiedzieć. To dlatego, że mówił o odczuciach i wrażeniach, rzeczach w naturze swojej subiektywnych i wymykających się jasno zdefiniowanym pojęciom i schematom?
Zaproponował kolejne spotkanie w okolicach Lamgdo. Możliwe, że po prostu wybrał miejsce łatwe do określenia, niewielki, ograniczony obszar. Jakaś część mnie podejrzewała, że Fadhir, biorąc pod uwagę moje niewielkie doświadczenie, założył, że praktycznie nie znam innych miejsc poza rejonem, w którym mnie widział. Było to zasadniczo prawdą, ale i tak pozostawiało nieprzyjemny gorzki posmak. Może właśnie dlatego. Fadhir w niezwykle subtelny (i może całkiem niezamierzony!) sposób przypomniał mi, jak niewiele jeszcze wiedziałam o tym świecie.
On miał tę wiedzę. Zapewne również niewielką część, ograniczoną przez osobiste doświadczenia, przefiltrowaną przez wybiórczy, subiektywny umysł. Czy ktokolwiek z podróżników mógł posiąść coś więcej? Chyba jedyne różnice mogły polegać na tym, ile przeżyć i wspomnień zebrał każdy z nich.
Początkowo zgodnie z umową zjawiliśmy się w Lamgdo, ale jakoś tak się stało, że ostatecznie znaleźliśmy się przy bramie do Okręgu Jetter. Rozmawiając, szliśmy przed siebie, słabo zaznaczonymi drogami albo przez zupełne bezdroża. Teraz nie robiłam tego dla buntu, tak po prostu wychodziło samo.
Fadhir dalej mówił o przychodzących z czasem nawykach i o więziach. Powiązanie świadomości podróżnika z tą rajską Nibylandią naturalnie wzmacniało się z czasem.
- To może być najwyżej taka różnica, jak między skokiem i lotem – przypomniał mój towarzysz poważnym głosem – Możesz oderwać się od ziemi na krótszy albo dłuższy czas, możesz znaleźć się naprawdę wysoko, ale i tak zawsze musisz wylądować. Od powiązania z ziemią nigdy nie uciekniesz.
Kiedy to mówił, pomyślałam o Ireaszu. O tej sytuacji z żywiołakami. Kiedy Ireasz płynął swobodnie w powietrzu, w moich oczach bardziej należał do tego świata.
Coś o tym wspomniałam, zaplątałam się i zgubiłam we własnych słowach. Dowiedziałam się przez to, niejako mimowolnie, że Fadhir nie miał o Ireaszu najlepszego mniemania. Kiedy rozmowa zeszła na ten temat, Ireasz kilka razy został nazwany „dzieciakiem”.
„Ten dzieciak”. Wypowiedziane odpowiednim tonem, w którym pobrzmiewała nutka pogardy.
- Nie lubicie się – raczej stwierdziłam niż spytałam. Fadhir szybko zaprzeczył, tłumacząc, że trudno byłoby odczuwać silną antypatię do osoby znanej ledwie z widzenia.
- Czasem po prostu denerwują mnie takie bujające w obłokach dzieciaki, które obecnie coraz częściej urządzają sobie astralne wędrówki – wyjaśnił, tak naprawdę nie wyjaśniając nic.
Mogłam w tym momencie wytknąć mu hipokryzję i przypomnieć, że kiedy sam zaczynał, był młodszy niż Ireasz. Mogłam chociaż prychnąć, spojrzeć na niego wymownie i gorzko się uśmiechnąć. Ostatecznie nie zrobiłam nic. Jakoś nagle zabrakło mi odwagi.
Zdałam sobie sprawę, jak bardzo Fadhir mnie onieśmielał.
Przeszliśmy przez bramę. Nie spieszyliśmy się nigdzie, staliśmy trochę w pobliżu przejścia. Miałam trochę czasu, żeby sprawdzić parę rzeczy, ale ze sprzyjającymi warunkami było dużo gorzej. Nie byłam w stanie się skoncentrować, kiedy Fadhir był obok.
Patrzył na mnie. Może nie cały czas. Czasem się odwracał, ale i tak znowu patrzył. Coś myślał. Obserwował. Wyciągał wnioski. Oceniał.
Przecież zawsze się trochę ocenia.
Jakiś czas później i około trzech kilometrów dalej, Fadhir przywołał swojego chowańca. Telepatycznie. W sposób zupełnie dla mnie niedostrzegalny, do momentu, kiedy obok nas zmaterializował się kojot. Kojot, trzymający w pysku paczkę papierosów. Fadhir pochylił się i odebrał ową paczkę, po czym podrapał kojota za uchem.
- Maddigan, przedstawiam ci Dibblera – oznajmił z szelmowskim uśmiechem komiksowego diabła. Kojot odwrócił się w moją stronę, przyjrzał mi się krótko i nieznacznie skłonił głowę. Trochę jakby kłaniał się potencjalnemu wrogowi, któremu się nie ufa.
Znaleźliśmy miejsce między skupiskiem niewielkich skał przypominających rafę koralową. Fadhir, opierając się ramieniem o jedną z nich, zaczął palić. Dibbler krążył pomiędzy jego nogami. Nie mogłam nic słyszeć, ale przypuszczałam, że między chowańcem i jego podróżnikiem zachodziła jakaś wymiana informacji.
Chowaniec i jego podróżnik. Tak. To mógłby być dobry tytuł filmu.
Wspięłam się na jedną ze skał, łamiąc i krusząc przy okazji porastające ją twory. Z góry miałam lepszy widok na drogę, którą mniej więcej przyszliśmy.
Widziałam osoby idące drogą, w większości wolnym krokiem, z tej odległości tylko sylwetki. Równie dobrze mogli to być Prawdziwi Ludzie, te przypominające przekwitłe driady istoty albo gobliny. Może gobliny były niższe od ludzi, ale też nie było mi łatwo z takiej perspektywy oceniać wzrost. I licho wie jakie jeszcze humanoidalne stwory mogły zamieszkiwać tę Krainę Czarów.
Fadhir zaśmiał się krótko, kiedy mu to powiedziałam.
- Ja dość szybko nauczyłem się nie polegać na tym, co widzę – mruknął – Dobrze jest sprawdzić, z kim i z czym ma się do czynienia.
Pokiwałam głową.
Dibbler towarzyszył nam dalej. Nie byłam pewna, co o tym myśleć. Czułam się trochę nieswojo w jego obecności. To znaczy BARDZIEJ nieswojo niż czułam się po prostu w obecności Fadhira. To było trochę nieuczciwe z jego strony. Miał nade mną przewagę i tak, a teraz zyskiwał również przewagę liczebną.
Trzeciego dnia Fadhir się nie zjawił.
Skłoniło mnie to do zastanowienia się nad tym, co on rozumiał przez odpuszczenie sobie „aktywności” w kwestii astralnych wędrówek.
Ogólnie Fadhir mimowolnie skłonił mnie do zastanowienia się nad wieloma sprawami. Mobilizował do działania. Żeby tę wzmożoną motywację jakoś twórczo ukierunkować, zrobiłam to, czego poprzedniego dnia zrobić nie zdołałam. Udałam się do granic Okręgu Jetter, żeby obejrzeć je od strony Struktury.
Próbowałam z obu stron bramy, żeby mieć porównanie. Zauważyłam różnicę, to przemieszczenie w czwartym wymiarze, czy co to było. Bardziej stromy i wyraźny uskok. Większa pochodna funkcji. I jednocześnie nie mogłam znaleźć istotnych różnic w tej najłatwiej dostępnej części kodu źródłowego tych fragmentów rzeczywistości. Ponieważ wiedziałam, czego szukać, stosunkowo szybko znalazłam to, co Kiri określiła jako przynależność do świata astralnego.
Co to właściwie oznaczało? Jakie miało konsekwencje? Mogłam tak porównywać jedne elementy z drugimi, bez jakiegokolwiek pojęcia, czym one były.
Nie mogłam utrzymywać należytego skupienia zbyt długo. Dla ożywiającej mnie motywacji spokój był aktem zbyt biernym. To, co pchało mnie do działania, domagało się aktywności. Nie próbowałam nawet tego tłumić. Równie dobrze mogłabym próbować powstrzymać bieg rwącego strumienia. Bez sensu. Zamiast daremnie tracić siły na walkę z naturą, wolałam dać się temu porwać. Płynąć z prądem, nabrać rozpędu i tylko utrzymywać pożądany kierunek.
Wysoka do kolan trawa doskonale nadawała się do ćwiczeń. Zamierzałam powtórzyć to, co przypadkiem zrobiłam w Lamgdo po nieudanej próbie przeprowadzenia rytuału. Rozluźniłam się najbardziej jak mogłam i zaczęłam uwalniać energię. Bez presji i przymusu. Emitowałam przed sobą mgiełkę całą powierzchnią rąk, ramion i klatki piersiowej. Z mojej skóry ulatniał się żółty dym. Próbowałam skupić energię w jednym miejsku. Skondensować, potem ukierunkować. Bez przymusu. Wtedy nie używałam siły i może dlatego się udało.
Tym razem jednak nie. Przerwałam trening, po jakimś czasie podjęłam kolejną próbę. I znowu. Chodziłam w kółko, zmieniałam miejsce. W którymś momencie usiadłam pod trzymetrowej wysokości roślinie o szerokiej, sztywnej, ale nie zdrewniałej łodydze. Kiedy próbowałam się o nią oprzeć, roślina wyczuwalnie odchylała się w tył od nacisku mojego ciężaru. Przestałam.
Gromadziłam energię między dłońmi. Chciałam uzyskiwać kule jednocześnie zagęszczone i o dużej średnicy. Najlepiej jak najbardziej bezbarwne. Tak, żeby widzieć ich gęstość, tak jakbym patrzyła na zawieszoną w powietrzu kulę wody.
Czy byłam w stanie zagęścić je aż do tego stopnia? No oczywiście, że nie. Osiągałam tyle, że mogłam widzieć smugi, głównie wzdłuż osi łączącej moje dłonie.
Raz wypchnęłam taką kulę do przodu, tak jakbym rzucała przed siebie piłką. Kula była prawie przezroczysta, miała średnicę około trzydziestu centymetrów. Widziałam, że przepłynęła w powietrzu prawie dwa metry zanim zaczęła się rozpraszać
(rozcieńczać?)
w powietrzu.
Siłą rzeczy przeszły przez nią długie źdźbła trawy. Żadne z nich nawet minimalnie nie drgnęło.
Task failed successfully.
~wielokrotnie powtarzany mem, oryginalne źródło nieznane
W pewnym momencie w pobliżu miejsca, w którym siedziałam, przeszła nieznajoma młoda kobieta. Szybko opuściłam ręce i wyprostowałam się. To był odruch, nie zdążyłam się nawet nad tym zastanowić.
Nieznajoma pozdrowiła mnie skinieniem głowy i uśmiechem. Odpowiedziałam jej tym samym, patrząc, jak idzie dalej.
- Jeśli jest Prawdziwa, pewnie sama też w wolnych chwilach tak się bawi. Albo przynajmniej w przeszłości się bawiła.
Potrząsnęłam głową i ciężko oparłam się o łodygę za plecami, lekko odchylając ją do tyłu.
- Ciekawe, czy z lepszymi rezultatami niż ja – westchnęłam.
Rozważałam teleportację do domu, ale dość szybko porzuciłam ten pomysł. Lepiej było zerwać połączenie w miejscu, gdzie się znajdowałam. Planowałam zmaterializować się tam i od razu zacząć szukać Fadhira mniej więcej w okolicy, gdzie się wtedy rozstaliśmy. I jak to z genialnymi w swojej prostocie planami bywa, ten również został szybko zweryfikowany.
Pierwszy problem był taki, iż musiałam przyjąć za pewnik, że Fadhir rzeczywiście był nieobecny w Astralu. Jeśli tak, mogłoby to spowodować jego materializację w miejscu, gdzie widziałam go ostatnio. Przy spełnieniu warunku drugiego, mianowicie musiałby w ogóle zechcieć się pojawić. Tylko, po trzecie, absolutnie nie wcześniej niż ja. No, może minimalnie wcześniej za bardzo by nie zaszkodziło. Po czwarte musiałabym być w stanie określić lokalizację z dokładnością do kilkuset metrów, może nawet jeszcze lepiej.
Strasznie dużo założeń. Szansa na to wszystko, odwrotnie proporcjonalna, efektywnie i efektownie dążyła do zera.
Z dobrych wiadomości: sama możliwość przeprowadzenia tej szybkiej analizy sytuacji świadczyła o tym, że w jakimś stopniu rozumiałam już niektóre prawa rządzące tym światem.
Jedyne, co mogłam zrobić, to krążyć po obszarze o jak największym promieniu, wspomagając się krótkodystansową teleportacją przez piąty wymiar. A jedynym skutkiem było nieznaczne zwrócenie na siebie uwagi innych podróżników, na których co jakiś czas się natykałam.
No i na co tak patrzycie? Może mam słabe połączenie z Matrixem i łapię lagi…
Kiri: Fadhir twierdził, że twoje połączenie jest coraz silniejsze.
Ja: A jest?
Kiri: Sama sprawdź.
W którymś momencie zaczęło mnie to bawić. Chwilę później Kiri stwierdziła, że może to jest ten moment, kiedy powinnam wrócić. Spytałam ją dlaczego, ale nawet posłuchałam. Jeszcze bardziej nie wiedząc, DLACZEGO.
- W pewnym sensie to też było doskonalenie możliwości jakie tutaj otrzymałam – powiedziałam. Na zewnątrz były takie właśnie słowa. Pod nimi krył się wyrzut i lekki żal z powodu zepsutej zabawy.
Weszłam do salonu i rozłożyłam na stole swoje notatki. Kiri znalazła się obok mnie.
- Wiesz – odezwałam się po chwili – W fizycznym świecie takie coś bardzo by się przydało. Widzisz to, prawda? Gdzieś się spieszę, mam mało czasu i wtedy…
- Zdaje mi się, że teraz raczej potrzebujesz czegoś tutaj. Czegoś zupełnie innego.
- Możliwości lokalizowania innych Prawdziwych? Jeśli o tym myślisz, to owszem.
Miałam wrażenie, że to przynajmniej było potencjalnie osiągalne.
Ktoś podobno powiedział, że kiedy uczeń jest gotowy, los sam postawi na jego drodze nauczyciela.
Nie mogłabym w sposób wolny od wszelkich wątpliwości stwierdzić, czy dla mnie właśnie nadszedł ten moment.
Fadhir wydawał się bardzo skoncentrowany na CELU jaki wyznaczali sobie astralni podróżnicy, zaczynając swoją przygodę z innymi wymiarami.
(coraz częściej mam wrażenie, że obecni podróżnicy trafiają tu przez przypadek i sami nie wiedzą, dlaczego i po co)
Oczywiście musiał mnie o to pytać jakąś niepojętą, irytującą ilość razy. DLACZEGO się tu znalazłam, czego poszukiwałam, do czego dążyłam. Nie wiem, ile razy dokładnie. Nigdzie tego nie zapisywałam, a może powinnam. Chociażby rysować sobie długopisem kreski na przedramieniu jak animowany więzień na ścianie celi albo coś w tym stylu. I tak przez większość czasu miałam przy sobie coś do pisania.
Kilka razy miałam ochotę powiedzieć mu zwyczajnie PRAWDĘ. Że niczego nie zaczynałam, nigdy świadomie nie podjęłam takiej decyzji. Powstrzymywała mnie myśl, że gdybym to zrobiła, sama dostarczyłabym mu amunicji, przyznając mu RACJĘ. Może mogłabym bezpiecznie przyznać się do dalszego ciągu, tego, co nastąpiło już po moim pierwszym przypadkowym połączeniu. Ciekawość i chęć wiedzy chyba nie była w jego oczach aż tak bardzo godna pogardy i potępienia.
W chwilach, kiedy Fadhir nie emanował tą swoją podszytą poczuciem wyższości dezaprobatą, pytał mnie o dotychczasowe przeżycia po tej stronie rzeczywistości. Tak normalnie, z ciekawością. I owszem, w jakimś stopniu byłam w stanie wychwycić i rozpoznać te jego uczucia. Ostatecznie przebywaliśmy w świecie umysłu i energii, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Czasami myślokształty zbliżały się do powierzchni rzeczywistości wystarczająco, żeby zarejestrował je zrelaksowany i czujny obserwator. Z satysfakcją utrzymywałam pewien poziom owej czujności, jednocześnie się z tym nie zdradzając. Przeczucie podpowiadało mi, że jeśli Fadhir się zorientuje, postara się szybko naprawić ten błąd niedostatku własnej czujności. Nie wątpiłam, że potrafiłby bez większego wysiłku coś z tym zrobić.
Po prostu to czułam. Może częściowo sugerowałam się słowami Ireasza o stosunkowo długiej historii astralnych wędrówek Fadhira, ale coś rzeczywiście musiało w tym być. Fadhir roztaczał wokół siebie aurę doświadczenia, coś, przy czym blakła ta w istocie niewielka przewaga, jaką miał nade mną Ireasz.
Nie miałam powodów, żeby wprost o to nie spytać.
- Zaczynałem jako czternastoletni dzieciak – odpowiedział mi Fadhir wówczas – Młody idiota, pewnie wiesz, o czym mówię… Kiedy chciałem, potrafiłem być bardzo uparty. Kiedy mi zależało… Zawziąłem się, żeby być tu jak najczęściej. Prawie codziennie, jeśli miałbym taką możliwość. Miałem mnóstwo pytań i jak najszybciej chciałem na nie odpowiedzi. Chciałem poznać możliwości. Znaleźć granice tych możliwości. Sprawdzić, czy granice można przesuwać i dokąd to wszystko prowadzi. Różne głupstwa się po drodze robiło… Czasem aż człowiekowi wstyd, jak sobie o tym pomyśli. Tak prawie do dwudziestego pierwszego roku życia byłem w tej kwestii aktywny. Jakimś cudem zdołałem zachować zdrowe zmysły i nie wpakowałem się w poważniejsze tarapaty. I tak parę lat temu doszedłem do wniosku, że może czas trochę przystopować. Czas stanąć pewniej na ziemi i zająć się życiem.
Od jakiegoś czasu patrzył gdzieś w przestrzeń przed sobą. Wydawał mi się w tym momencie niezwykle stary. A raczej Stary. Starożytny. Przedwieczny.
Siedzieliśmy gdzieś w centrum niczego w Ascabii. Gdzieś między lasem a łąką, niebem a ziemią pod tym astralnym brakiem słońca. Tam, gdzie akurat się zatrzymaliśmy, spacerując bez celu.
Fadhir podkulił nogi pod swoje końskie ciało – właściwie technicznie on siedział czy leżał w tym momencie? Ja przysiadłam na względnie równym kawałku ziemi obok. Zastanawiałam się przez chwilę, czy odległość pomiędzy mną a nim miała jakiś wpływ na możliwość odbierania przeze mnie jego myślokształtów.
Spytałam, z naciskiem jeszcze większym, co właściwie złego mogło być w tym, że tu byliśmy. Albo w tym, że w ogóle zaczęłam się tu pojawiać, albo, że przed laty on sam… Odpowiedź, jaką otrzymałam, nie była jednoznaczna. Czy ośmieliłabym się oczekiwać z jego strony czegoś innego?
- Tu nie chodzi o to, że to jest ZŁE.
No dobrze, zrozumiałam. Więc o co, do licha?!
- Z tym jest trochę jak z każdym odmiennym stanem świadomości – niepewność, ostrożnie wydobywane słowa – Może wywierać wpływ na ludzką psychikę.
- Jaki wpływ? – też niepewność, ale jeszcze lekko zabarwiona zdenerwowaniem sprzed chwili. I teraz westchnienie jako pierwsza odpowiedź.
- To już właśnie zależy od jednostki. Na niektórych prawie nie robi wrażenia, inni przeżyją to silniej. W końcu to jest inny świat. Świat możliwości, które normalnie mogłyby się wydawać niedostępne. Świat umysłu i emocji. Zdążyłaś pewnie to poczuć… niemal nieustanny kontakt własnego wnętrza z tym morzem uczuć dookoła. Jak ktoś jest bardziej wrażliwy, może zostać przez nie pochłonięty. To trochę jak z psychodelikami. To nie jest zabawa dla wszystkich. A jakoś tak jest, że właśnie takie osoby najczęściej wkraczają tu przypadkiem… i same nie wiedzą, czego chcą i czego oczekują. No, ciekawe dlaczego tak jest?
Zaśmiał się cicho i mówił dalej.
- No i to wciąga. Jak narkotyki.
Moja twarz musiała w tym momencie wyrażać co najmniej lekkie rozbawienie, bo Fadhir parsknął na mnie z raczej udawanym gniewem. To znaczy tak zwyczajnie po ludzku parsknął, nie jak koń.
- Nie sądzę, żeby to był powód do śmiechu – powiedział spokojnie, ale z naganą – Może to dla ciebie brzmi przesadnie dramatycznie… Ale przez chwilę pomyśl. Znowu tu jesteś, tak? Który raz? Jak często tu wracasz?
Nie musiałam mu się tłumaczyć. Nie byłam mu winna odpowiedzi. Ani na te pytania, ani żadne inne. A mimo to on na coś czekał.
Czekał? Przymknął oczy, rozluźnił się. Przybrał twarz posągu. On się koncentrował! Wchodził w trans. Prawdopodobnie dużo głębiej niż Ireasz kiedykolwiek, kiedy miałam okazję to obserwować. Fadhir stał się na chwilę dużo bardziej nieobecny niż mogłam się spodziewać. I szybciej niż się spodziewałam, powrócił. W sposób tak widocznie łatwy, tak naturalny, jakby po prostu przełączał jakąś dźwignię w mózgu.
(cholernie naturalne)
- Od czasu, kiedy ostatnio się spotkaliśmy, twoja więź ze światem astralnym jest dużo silniejsza – stwierdził Fadhir z zadowoleniem człowieka, który właśnie dowiódł swojej racji – Ty jesteś w stanie przychodzić tu codziennie?
Wzruszyłam ramionami i przytaknęłam. Było w tym coś szczególnego? Musiało być, bo Fadhir wydawał się coraz bardziej zaciekawiony. Zaintrygowany wręcz. Padły kolejne pytania, które już nie miały dowodzić niczego. Fadhir chciał wiedzieć. Szukał wyjaśnienia.
Czy mogłam tak od pierwszego połączenia? Czy miałam jakiś szczególny sposób? Czy to były jakieś moje szczególne, wrodzone osobnicze predyspozycje?
- Nie czuję się jakoś wyjątkowo – stwierdziłam z całą pewnością, jaką mogłam w sobie wzbudzić – Już prędzej moja tulpa ma więcej mocy i to ona mi pomaga.
Fadhir szeroko otworzył oczy i pokręcił głową, a ja zaczęłam się zastanawiać, czy naprawdę powiedziałam coś tak bardzo głupiego. Szybko okazało się, że chodziło o coś zupełnie innego. Przypadkiem zdołałam zadziwić go jeszcze bardziej.
- Ty masz tulpę OD POCZĄTKU? - tak, z takim naciskiem zadał kolejne pytanie.
- Jakoś tak wyszło… - bąknęłam. Głupio, ale co innego mogłam powiedzieć.
I dlaczego czułam się przy tym jakbym zrobiła coś złego?!
Spytałam nawet, czy to coś złego. Podobno nie, oczywiście, że nie. Byłam zaniepokojona i Fadhir prawie na pewno wiedział, że byłam. Może dlatego chciał mnie uspokoić. Mówił, że tak się może zdarzyć, że bywa różnie. Że na początku prawie w każdym przypadku jest nieprzewidywalnie, mniej lub bardziej. Nawet, kiedy człowiek długo planował swoje pierwsze przejścia i myślał, że jest na wszystko przygotowany.
- Nie ma czegoś takiego jak całkowite przygotowanie do przekraczania granicy pomiędzy światami – powiedział Fadhir z przekonaniem.
- Jeśli nigdy nie będzie bardziej gotowy, może próbować w każdej chwili – zauważyłam.
Zły wniosek, niedobry wniosek. Fadhir nie musiał nic mówić, za odpowiedź wystarczyło mi jego spojrzenie. Ale i tak powiedział. I mówił dalej, próbując mnie przekonać, że to nie była taka całkiem niewinna zabawa.
- Kiedy to zaczyna przychodzić łatwo, może wciągnąć mocniej. Cały świat na wyciągnięcie ręki. Świat, w którym możliwe są rzeczy nieosiągalne w tym fizycznym. Możesz posiąść nadzwyczajne zdolności. Będziesz ich świadoma, poczujesz siłę i pewność. Będziesz poznawać ten świat. Eksplorować. Zobaczysz i przeżyjesz rzeczy, których wcześniej sobie nie wyobrażałaś. To może być naprawdę intensywna faza. Psychodeliczna faza ze wszystkimi tego konsekwencjami. Twój umysł może prowadzić cię różnymi drogami. Jak się za bardzo rozpędzisz i stracisz kontrolę, możesz zaliczyć solidnego bad tripa. Podświadomość lubi przyciągać do siebie… różne rzeczy.
Zawahał się. Wyczułam to w sposobie, w jaki na chwilę przerwał. I w sposobie, w jaki zniżył głos. Nie chciał mnie za bardzo wystraszyć? Czy nie do tego właśnie dążył, mówiąc mi to wszystko?
- Ale cokolwiek będzie się działo, to pozostanie tutaj – zauważyłam.
- A wspomnienia, przeżycia, odruchy i nawyki pozostaną w tobie – dokończył Fadhir – Niezależnie od tego, w której rzeczywistości będziesz wtedy przebywać.
Uśmiechnął się smutno.
- Ty chyba jeszcze ciągle uznajesz ten świat za nierzeczywisty. Spróbuj zrozumieć, że to, co tu przeżywasz jest tak samo prawdziwe. Jakby się nad tym zastanowić, to może być jedno z największych niebezpieczeństw Astralu. Jako wędrowiec należysz do dwóch rzeczywistości, a obie są dla ciebie tak samo autentyczne. Tylko więzi między tobą a każdą z nich zawsze będą całkowicie odmienne.
Sprawiał wrażenie, jakby czasem brakowało mu właściwych słów, z widocznym wysiłkiem szukał sposobu JAK pewne rzeczy powiedzieć. To dlatego, że mówił o odczuciach i wrażeniach, rzeczach w naturze swojej subiektywnych i wymykających się jasno zdefiniowanym pojęciom i schematom?
Zaproponował kolejne spotkanie w okolicach Lamgdo. Możliwe, że po prostu wybrał miejsce łatwe do określenia, niewielki, ograniczony obszar. Jakaś część mnie podejrzewała, że Fadhir, biorąc pod uwagę moje niewielkie doświadczenie, założył, że praktycznie nie znam innych miejsc poza rejonem, w którym mnie widział. Było to zasadniczo prawdą, ale i tak pozostawiało nieprzyjemny gorzki posmak. Może właśnie dlatego. Fadhir w niezwykle subtelny (i może całkiem niezamierzony!) sposób przypomniał mi, jak niewiele jeszcze wiedziałam o tym świecie.
On miał tę wiedzę. Zapewne również niewielką część, ograniczoną przez osobiste doświadczenia, przefiltrowaną przez wybiórczy, subiektywny umysł. Czy ktokolwiek z podróżników mógł posiąść coś więcej? Chyba jedyne różnice mogły polegać na tym, ile przeżyć i wspomnień zebrał każdy z nich.
Początkowo zgodnie z umową zjawiliśmy się w Lamgdo, ale jakoś tak się stało, że ostatecznie znaleźliśmy się przy bramie do Okręgu Jetter. Rozmawiając, szliśmy przed siebie, słabo zaznaczonymi drogami albo przez zupełne bezdroża. Teraz nie robiłam tego dla buntu, tak po prostu wychodziło samo.
Fadhir dalej mówił o przychodzących z czasem nawykach i o więziach. Powiązanie świadomości podróżnika z tą rajską Nibylandią naturalnie wzmacniało się z czasem.
- To może być najwyżej taka różnica, jak między skokiem i lotem – przypomniał mój towarzysz poważnym głosem – Możesz oderwać się od ziemi na krótszy albo dłuższy czas, możesz znaleźć się naprawdę wysoko, ale i tak zawsze musisz wylądować. Od powiązania z ziemią nigdy nie uciekniesz.
Kiedy to mówił, pomyślałam o Ireaszu. O tej sytuacji z żywiołakami. Kiedy Ireasz płynął swobodnie w powietrzu, w moich oczach bardziej należał do tego świata.
Coś o tym wspomniałam, zaplątałam się i zgubiłam we własnych słowach. Dowiedziałam się przez to, niejako mimowolnie, że Fadhir nie miał o Ireaszu najlepszego mniemania. Kiedy rozmowa zeszła na ten temat, Ireasz kilka razy został nazwany „dzieciakiem”.
„Ten dzieciak”. Wypowiedziane odpowiednim tonem, w którym pobrzmiewała nutka pogardy.
- Nie lubicie się – raczej stwierdziłam niż spytałam. Fadhir szybko zaprzeczył, tłumacząc, że trudno byłoby odczuwać silną antypatię do osoby znanej ledwie z widzenia.
- Czasem po prostu denerwują mnie takie bujające w obłokach dzieciaki, które obecnie coraz częściej urządzają sobie astralne wędrówki – wyjaśnił, tak naprawdę nie wyjaśniając nic.
Mogłam w tym momencie wytknąć mu hipokryzję i przypomnieć, że kiedy sam zaczynał, był młodszy niż Ireasz. Mogłam chociaż prychnąć, spojrzeć na niego wymownie i gorzko się uśmiechnąć. Ostatecznie nie zrobiłam nic. Jakoś nagle zabrakło mi odwagi.
Zdałam sobie sprawę, jak bardzo Fadhir mnie onieśmielał.
Przeszliśmy przez bramę. Nie spieszyliśmy się nigdzie, staliśmy trochę w pobliżu przejścia. Miałam trochę czasu, żeby sprawdzić parę rzeczy, ale ze sprzyjającymi warunkami było dużo gorzej. Nie byłam w stanie się skoncentrować, kiedy Fadhir był obok.
Patrzył na mnie. Może nie cały czas. Czasem się odwracał, ale i tak znowu patrzył. Coś myślał. Obserwował. Wyciągał wnioski. Oceniał.
Przecież zawsze się trochę ocenia.
Jakiś czas później i około trzech kilometrów dalej, Fadhir przywołał swojego chowańca. Telepatycznie. W sposób zupełnie dla mnie niedostrzegalny, do momentu, kiedy obok nas zmaterializował się kojot. Kojot, trzymający w pysku paczkę papierosów. Fadhir pochylił się i odebrał ową paczkę, po czym podrapał kojota za uchem.
- Maddigan, przedstawiam ci Dibblera – oznajmił z szelmowskim uśmiechem komiksowego diabła. Kojot odwrócił się w moją stronę, przyjrzał mi się krótko i nieznacznie skłonił głowę. Trochę jakby kłaniał się potencjalnemu wrogowi, któremu się nie ufa.
Znaleźliśmy miejsce między skupiskiem niewielkich skał przypominających rafę koralową. Fadhir, opierając się ramieniem o jedną z nich, zaczął palić. Dibbler krążył pomiędzy jego nogami. Nie mogłam nic słyszeć, ale przypuszczałam, że między chowańcem i jego podróżnikiem zachodziła jakaś wymiana informacji.
Chowaniec i jego podróżnik. Tak. To mógłby być dobry tytuł filmu.
Wspięłam się na jedną ze skał, łamiąc i krusząc przy okazji porastające ją twory. Z góry miałam lepszy widok na drogę, którą mniej więcej przyszliśmy.
Widziałam osoby idące drogą, w większości wolnym krokiem, z tej odległości tylko sylwetki. Równie dobrze mogli to być Prawdziwi Ludzie, te przypominające przekwitłe driady istoty albo gobliny. Może gobliny były niższe od ludzi, ale też nie było mi łatwo z takiej perspektywy oceniać wzrost. I licho wie jakie jeszcze humanoidalne stwory mogły zamieszkiwać tę Krainę Czarów.
Fadhir zaśmiał się krótko, kiedy mu to powiedziałam.
- Ja dość szybko nauczyłem się nie polegać na tym, co widzę – mruknął – Dobrze jest sprawdzić, z kim i z czym ma się do czynienia.
Pokiwałam głową.
Dibbler towarzyszył nam dalej. Nie byłam pewna, co o tym myśleć. Czułam się trochę nieswojo w jego obecności. To znaczy BARDZIEJ nieswojo niż czułam się po prostu w obecności Fadhira. To było trochę nieuczciwe z jego strony. Miał nade mną przewagę i tak, a teraz zyskiwał również przewagę liczebną.
Trzeciego dnia Fadhir się nie zjawił.
Skłoniło mnie to do zastanowienia się nad tym, co on rozumiał przez odpuszczenie sobie „aktywności” w kwestii astralnych wędrówek.
Ogólnie Fadhir mimowolnie skłonił mnie do zastanowienia się nad wieloma sprawami. Mobilizował do działania. Żeby tę wzmożoną motywację jakoś twórczo ukierunkować, zrobiłam to, czego poprzedniego dnia zrobić nie zdołałam. Udałam się do granic Okręgu Jetter, żeby obejrzeć je od strony Struktury.
Próbowałam z obu stron bramy, żeby mieć porównanie. Zauważyłam różnicę, to przemieszczenie w czwartym wymiarze, czy co to było. Bardziej stromy i wyraźny uskok. Większa pochodna funkcji. I jednocześnie nie mogłam znaleźć istotnych różnic w tej najłatwiej dostępnej części kodu źródłowego tych fragmentów rzeczywistości. Ponieważ wiedziałam, czego szukać, stosunkowo szybko znalazłam to, co Kiri określiła jako przynależność do świata astralnego.
Co to właściwie oznaczało? Jakie miało konsekwencje? Mogłam tak porównywać jedne elementy z drugimi, bez jakiegokolwiek pojęcia, czym one były.
Nie mogłam utrzymywać należytego skupienia zbyt długo. Dla ożywiającej mnie motywacji spokój był aktem zbyt biernym. To, co pchało mnie do działania, domagało się aktywności. Nie próbowałam nawet tego tłumić. Równie dobrze mogłabym próbować powstrzymać bieg rwącego strumienia. Bez sensu. Zamiast daremnie tracić siły na walkę z naturą, wolałam dać się temu porwać. Płynąć z prądem, nabrać rozpędu i tylko utrzymywać pożądany kierunek.
Wysoka do kolan trawa doskonale nadawała się do ćwiczeń. Zamierzałam powtórzyć to, co przypadkiem zrobiłam w Lamgdo po nieudanej próbie przeprowadzenia rytuału. Rozluźniłam się najbardziej jak mogłam i zaczęłam uwalniać energię. Bez presji i przymusu. Emitowałam przed sobą mgiełkę całą powierzchnią rąk, ramion i klatki piersiowej. Z mojej skóry ulatniał się żółty dym. Próbowałam skupić energię w jednym miejsku. Skondensować, potem ukierunkować. Bez przymusu. Wtedy nie używałam siły i może dlatego się udało.
Tym razem jednak nie. Przerwałam trening, po jakimś czasie podjęłam kolejną próbę. I znowu. Chodziłam w kółko, zmieniałam miejsce. W którymś momencie usiadłam pod trzymetrowej wysokości roślinie o szerokiej, sztywnej, ale nie zdrewniałej łodydze. Kiedy próbowałam się o nią oprzeć, roślina wyczuwalnie odchylała się w tył od nacisku mojego ciężaru. Przestałam.
Gromadziłam energię między dłońmi. Chciałam uzyskiwać kule jednocześnie zagęszczone i o dużej średnicy. Najlepiej jak najbardziej bezbarwne. Tak, żeby widzieć ich gęstość, tak jakbym patrzyła na zawieszoną w powietrzu kulę wody.
Czy byłam w stanie zagęścić je aż do tego stopnia? No oczywiście, że nie. Osiągałam tyle, że mogłam widzieć smugi, głównie wzdłuż osi łączącej moje dłonie.
Raz wypchnęłam taką kulę do przodu, tak jakbym rzucała przed siebie piłką. Kula była prawie przezroczysta, miała średnicę około trzydziestu centymetrów. Widziałam, że przepłynęła w powietrzu prawie dwa metry zanim zaczęła się rozpraszać
(rozcieńczać?)
w powietrzu.
Siłą rzeczy przeszły przez nią długie źdźbła trawy. Żadne z nich nawet minimalnie nie drgnęło.
Task failed successfully.
~wielokrotnie powtarzany mem, oryginalne źródło nieznane
W pewnym momencie w pobliżu miejsca, w którym siedziałam, przeszła nieznajoma młoda kobieta. Szybko opuściłam ręce i wyprostowałam się. To był odruch, nie zdążyłam się nawet nad tym zastanowić.
Nieznajoma pozdrowiła mnie skinieniem głowy i uśmiechem. Odpowiedziałam jej tym samym, patrząc, jak idzie dalej.
- Jeśli jest Prawdziwa, pewnie sama też w wolnych chwilach tak się bawi. Albo przynajmniej w przeszłości się bawiła.
Potrząsnęłam głową i ciężko oparłam się o łodygę za plecami, lekko odchylając ją do tyłu.
- Ciekawe, czy z lepszymi rezultatami niż ja – westchnęłam.
Rozważałam teleportację do domu, ale dość szybko porzuciłam ten pomysł. Lepiej było zerwać połączenie w miejscu, gdzie się znajdowałam. Planowałam zmaterializować się tam i od razu zacząć szukać Fadhira mniej więcej w okolicy, gdzie się wtedy rozstaliśmy. I jak to z genialnymi w swojej prostocie planami bywa, ten również został szybko zweryfikowany.
Pierwszy problem był taki, iż musiałam przyjąć za pewnik, że Fadhir rzeczywiście był nieobecny w Astralu. Jeśli tak, mogłoby to spowodować jego materializację w miejscu, gdzie widziałam go ostatnio. Przy spełnieniu warunku drugiego, mianowicie musiałby w ogóle zechcieć się pojawić. Tylko, po trzecie, absolutnie nie wcześniej niż ja. No, może minimalnie wcześniej za bardzo by nie zaszkodziło. Po czwarte musiałabym być w stanie określić lokalizację z dokładnością do kilkuset metrów, może nawet jeszcze lepiej.
Strasznie dużo założeń. Szansa na to wszystko, odwrotnie proporcjonalna, efektywnie i efektownie dążyła do zera.
Z dobrych wiadomości: sama możliwość przeprowadzenia tej szybkiej analizy sytuacji świadczyła o tym, że w jakimś stopniu rozumiałam już niektóre prawa rządzące tym światem.
Jedyne, co mogłam zrobić, to krążyć po obszarze o jak największym promieniu, wspomagając się krótkodystansową teleportacją przez piąty wymiar. A jedynym skutkiem było nieznaczne zwrócenie na siebie uwagi innych podróżników, na których co jakiś czas się natykałam.
No i na co tak patrzycie? Może mam słabe połączenie z Matrixem i łapię lagi…
Kiri: Fadhir twierdził, że twoje połączenie jest coraz silniejsze.
Ja: A jest?
Kiri: Sama sprawdź.
W którymś momencie zaczęło mnie to bawić. Chwilę później Kiri stwierdziła, że może to jest ten moment, kiedy powinnam wrócić. Spytałam ją dlaczego, ale nawet posłuchałam. Jeszcze bardziej nie wiedząc, DLACZEGO.
- W pewnym sensie to też było doskonalenie możliwości jakie tutaj otrzymałam – powiedziałam. Na zewnątrz były takie właśnie słowa. Pod nimi krył się wyrzut i lekki żal z powodu zepsutej zabawy.
Weszłam do salonu i rozłożyłam na stole swoje notatki. Kiri znalazła się obok mnie.
- Wiesz – odezwałam się po chwili – W fizycznym świecie takie coś bardzo by się przydało. Widzisz to, prawda? Gdzieś się spieszę, mam mało czasu i wtedy…
- Zdaje mi się, że teraz raczej potrzebujesz czegoś tutaj. Czegoś zupełnie innego.
- Możliwości lokalizowania innych Prawdziwych? Jeśli o tym myślisz, to owszem.
Miałam wrażenie, że to przynajmniej było potencjalnie osiągalne.





