19-02-2020, 04:49
18-19.02.2K20
[F]
Tonę. Nie z powierzchni. Od razu spod wody. Widzę dno. Tonę w jego stronę. Nie zbliżam się jednak do niego choć czuję, że jestem coraz głębiej i głębiej. Wychodzi na to, że dno tonie razem ze mną. Woda jest ciemna, mętna. Wykonuję ruchy próbując się czegoś złapać ale, iż nie ma czego to nadal tonę. Próbuję również wypłynąć ale woda przenika me ręce. Oprócz otaczającej mnie pustki czuję chłód. Tracę oddech. Wizja jest bardzo realna. Nigdy chyba nie tonąłem w realnej wodzie więc nie wiem jakie to uczucie. Teraz bardziej czuję się jakbym miał duszności, mdlał lub brakło mi tlenu we wdychanym powietrzu. Pojawia się coś co co doświadczyło wiele osób na skraju śmierci "całe życie przelatuje mi przed oczami". Pojawiają się różne sceny. Z bliższej i dalszej przeszłości. Jest ich tak wiele i tak szybko się pojawiają i znikają, że nie sposób ich zapamiętać. Na dodatek zaczyna boleć mnie głowa. Coś jak migrena. Tonę patrząc w górę. Przynajmniej tak mi się wydaje, że to góra. W końcu spadam plecami na dno. Jest muliste. Magnetyzuje mnie/przyciąga. Z trudem wstaję żeby nie utonąć w ciemnym mule. Muł sięga mi do kolan. Zaczynam iść. Kompletna pustka wprawia mnie w apatie. Niczego tu nie ma. Żadnych roślin, zwierząt, ludzi, struktur. Jakbym szedł po łąkach asfodelowych. Przypominam sobie ostatnią, pośmiertną pesymistyczną przemowę Adasia Miałczyńskiego, z filmu "Nic śmiesznego", w której podsumowuje swoje życie. W ciągu ostatnich dwóch tygodni obejrzałem ten film trzy razy więc to pewnie stąd. Ciężko opisać jak to dokładnie wygląda. Cytuję te słowa, zmieniam ich kolejność, w myślach słyszę Cezarego Pazurę wypowiadającego tę kwestię, dodaję do tego coś od siebie, ze swojego życia, w końcu nucę sobie. Nie zauważam nawet kiedy dno zaczyna biec pod górę staje się coraz bardziej strome. W końcu zatrzymuję się. Niczym Adaś ze wspomnianego filmu mówię sam do siebie "Nie wiem co mam dalej robić". Za mną nie ma nic. Przede mną nie wiem co jest, może droga na powierzchnię a może podwodna góra, może zaś doga w górę ciągnąca się bez końca. Muszę podjąć jakąś decyzję ponieważ stojąc nogi coraz bardziej zatapiają się w dennym mule. Mój wewnętrzny centrysta wybiera by iść w bok. Pytanie tylko w którą stronę. Moja prawicowa część duszy wskazuje na prawo, zaś lewicowa wręcz przeciwnie. Postanawiam uszczęśliwić wszystkich i obracam się przez lewe ramię i idę w prawo tak, że moja lewa noga jest trochę wyżej na stoku, od prawej. To jednak szybko się zmienia i nie wiedzieć jak nagle drogę pod górę mam po swej prawicy. Pustka zewnętrzna jak i wewnętrzna coraz bardziej mnie przygnębia. Idę bez celu choć chcę znaleźć się na powierzchni. Próbuję kilka razy machać rękami jakbym wypływał ale efekt jest ten sam co wcześniej. Woda przenika me ręce. Idę więc dalej w kompletnej ciszy i samotności...
[F]
Tonę. Nie z powierzchni. Od razu spod wody. Widzę dno. Tonę w jego stronę. Nie zbliżam się jednak do niego choć czuję, że jestem coraz głębiej i głębiej. Wychodzi na to, że dno tonie razem ze mną. Woda jest ciemna, mętna. Wykonuję ruchy próbując się czegoś złapać ale, iż nie ma czego to nadal tonę. Próbuję również wypłynąć ale woda przenika me ręce. Oprócz otaczającej mnie pustki czuję chłód. Tracę oddech. Wizja jest bardzo realna. Nigdy chyba nie tonąłem w realnej wodzie więc nie wiem jakie to uczucie. Teraz bardziej czuję się jakbym miał duszności, mdlał lub brakło mi tlenu we wdychanym powietrzu. Pojawia się coś co co doświadczyło wiele osób na skraju śmierci "całe życie przelatuje mi przed oczami". Pojawiają się różne sceny. Z bliższej i dalszej przeszłości. Jest ich tak wiele i tak szybko się pojawiają i znikają, że nie sposób ich zapamiętać. Na dodatek zaczyna boleć mnie głowa. Coś jak migrena. Tonę patrząc w górę. Przynajmniej tak mi się wydaje, że to góra. W końcu spadam plecami na dno. Jest muliste. Magnetyzuje mnie/przyciąga. Z trudem wstaję żeby nie utonąć w ciemnym mule. Muł sięga mi do kolan. Zaczynam iść. Kompletna pustka wprawia mnie w apatie. Niczego tu nie ma. Żadnych roślin, zwierząt, ludzi, struktur. Jakbym szedł po łąkach asfodelowych. Przypominam sobie ostatnią, pośmiertną pesymistyczną przemowę Adasia Miałczyńskiego, z filmu "Nic śmiesznego", w której podsumowuje swoje życie. W ciągu ostatnich dwóch tygodni obejrzałem ten film trzy razy więc to pewnie stąd. Ciężko opisać jak to dokładnie wygląda. Cytuję te słowa, zmieniam ich kolejność, w myślach słyszę Cezarego Pazurę wypowiadającego tę kwestię, dodaję do tego coś od siebie, ze swojego życia, w końcu nucę sobie. Nie zauważam nawet kiedy dno zaczyna biec pod górę staje się coraz bardziej strome. W końcu zatrzymuję się. Niczym Adaś ze wspomnianego filmu mówię sam do siebie "Nie wiem co mam dalej robić". Za mną nie ma nic. Przede mną nie wiem co jest, może droga na powierzchnię a może podwodna góra, może zaś doga w górę ciągnąca się bez końca. Muszę podjąć jakąś decyzję ponieważ stojąc nogi coraz bardziej zatapiają się w dennym mule. Mój wewnętrzny centrysta wybiera by iść w bok. Pytanie tylko w którą stronę. Moja prawicowa część duszy wskazuje na prawo, zaś lewicowa wręcz przeciwnie. Postanawiam uszczęśliwić wszystkich i obracam się przez lewe ramię i idę w prawo tak, że moja lewa noga jest trochę wyżej na stoku, od prawej. To jednak szybko się zmienia i nie wiedzieć jak nagle drogę pod górę mam po swej prawicy. Pustka zewnętrzna jak i wewnętrzna coraz bardziej mnie przygnębia. Idę bez celu choć chcę znaleźć się na powierzchni. Próbuję kilka razy machać rękami jakbym wypływał ale efekt jest ten sam co wcześniej. Woda przenika me ręce. Idę więc dalej w kompletnej ciszy i samotności...
Dlaczego intuicja podpowiada mi, że z tego koszmaru już się nie obudzę? Bo wcale jeszcze nie poszedłem spać a koszmar dopadł mnie na jawie.





