15-02-2020, 01:19
Dzień 47
# Bardzo się staram upodobnić Fadhira do mojego wroga z przeszłości. Wyobrażam sobie, jakim tonem mógłby do mnie mówić, jaki miałby przy tym wyraz twarzy itd. Może uda mi się osiągnąć względnie dobre odwzorowanie, to się jeszcze okaże.
Moje niejasne uczucia dotyczące tamtej sytuacji z Ireaszem i żywiołakami w końcu nabrały konkretnej formy.
Kiedy Ireasz znajdował się w powietrzu, duchy po prostu były wokół niego. On w żaden sposób ich nie wzywał, nie przyciągał do siebie. A żywiołaki same także nie zrobiły nic w sposób celowy. Nie musiały. To Ireasz znalazł się pomiędzy nimi, wkroczył do ich domeny.
(Nie przyszła góra do Mahometa, Mahomet przyszedł do góry)
Był między nimi jak jeden z nich. Nawet w tym momencie, kiedy jeszcze nawet ich nie dostrzegał. Obdarzony darem lotu, wyzwolony w ten sposób od krępujących umysł granic. A wolny od nich mógł z tym swoim pogodnym spokojem nie przejmować się niczym.
Czy takie doświadczenia, niezależnie ile czasu upłynie, dla mnie miały pozostać całkowicie nieosiągalne?
- Zazdrościsz…
Nie wiem, czy było to pytanie, czy stwierdzenie. I mało mnie to obchodziło. Przynajmniej nie padły dalsze słowa, informujące, jak niskie i niegodne byłoby to uczucie.
Bo co ja, do diabła, byłam cholernym Mistrzem Jedi czy jak?! Zresztą sama Kiri nazbyt powściągliwa nie była, kiedy tylko pojawiał się cień szansy, żeby mi dogryźć.
I nie, nawet nie zazdrościłam Ireaszowi. Chciałam tylko niezależnie, sama dla siebie, doświadczać podobnej swobody. Chciałam zasmakować tego stanu.
Udałam się na piętro, żeby na jakiś czas oddać się medytacji. Nie poszłam do sypialni, w której najczęściej bywałam, ale do tamtego prawie pustego pokoju, w którym swego czasu zgromadziłam trochę książek i notatek. Łatwiej było mi wyciszyć się w takim otoczeniu.
Nie ma emocji – jest spokój.
Nie ma ignorancji – jest wiedza.
Nie ma pasji – jest pogoda ducha.
Nie ma chaosu – jest harmonia.
~Kodeks Jedi („Gwiezdne Wojny”)
Nie ma ignorancji – jest wiedza.
Nie ma pasji – jest pogoda ducha.
Nie ma chaosu – jest harmonia.
~Kodeks Jedi („Gwiezdne Wojny”)
Nawet nie robiłam tego dla odpędzenia „niskich” emocji. Zwyczajnie chciałam ćwiczyć oczyszczanie umysłu. Przeczucie podpowiadało mi, że umiejętność osiągania głębszego transu może mi się przydać. Wspomnienie odprawionego w Lamgdo rytuału skłoniło mnie do zastanowienia, czy to, co obecnie osiągałam, na pewno było wystarczające.
Pod koniec, kiedy osiągnęłam swoją tymczasową granicę wewnętrznej dyscypliny, moje myśli popłynęły ku granicom bardziej „realnym”. Postanowiłam raz jeszcze przyjrzeć się krawędzi swojego terenu a następnie innym międzywymiarowym uskokom.
Uważnie przestudiowałam wszystkie płynące do mnie informacje charakterystyczne dla mojego tsir albo dla ciągnącej się po drugiej stronie granicy Ascabii. Po swojej stronie miałam element, określający mój ident, tam było coś bardziej nieokreślone.
- Przynależność po prostu do tego świata? – podsunęła Kiri. Z lekkim wahaniem się zgodziłam. Po chwili przypomniałam sobie coś, co moja tulpa powiedziała mi, kiedy pierwszy raz wybierałam się na wyprawę poza własne podwórko.
- Czy to jest ta różnica, o której mówiłaś? - zapytałam w przestrzeń – To, czego ja nie miałam możliwości zauważyć wtedy?
- Możliwe – odpowiedź przyszła po chwili (prawdopodobnie) wahania – To i wszystkie tego konsekwencje.
Podniosłam wzrok znad prawie ukrytego wśród trawy słupka o kwadratowym przekroju. Gdyby biała wiewiórka stała gdzieś tu obok, teraz spojrzałabym na nią zaskoczona.
- Co masz na myśli? - spytałam ostrożnie.
- A spróbuj wyczuć! Zachciało się mieć wszystko na tacy… Tu jest Astral, nie przedszkole! Chcesz się nauczyć CZUĆ?
Cóż, musiałam przyznać, że Kiri miała rację. W ostatnim czasie, kiedy musiałam radzić sobie sama, zrobiłam spore postępy. Nauczyłam się mentalnie skanować otoczenie w stopniu wystarczającym, żeby ze swoich odczuć wyciągać czasem jakieś sensowne wnioski.
Tłumiąc nieukształtowany do końca zalążek irytacji, wróciłam do badania otoczenia. Nie byłam pewna, o czym dokładnie mówiła moja tulpa, poza tym, że wiele odczuć związanych z moją własną enklawą wynikało z mojej osobistej z nią więzi. Nie potrafiłam jednak stwierdzić, na czym polegały TECHNICZNE różnice. Odłożyłam to na później i przeniosłam się do Lamgdo.
Idąc wzdłuż umownego kręgu, otaczającego wzniesienie, zdałam sobie sprawę, że szukając dokładnej lokalizacji uskoku, nie musiałam wcale polegać na obserwacjach głębszych warstw rzeczywistości. Nie potrzebowałam także w żadnym stopniu wyczuwać energii.
Miałam do dyspozycji narzędzia dostępne wręcz banalnie łatwo dla każdego laika, posiadającego oczy i zdolnego do elementarnego logicznego myślenia.
Kiedy szłam, spod moich nóg umykały owady i pająki, czasem całe chmary drobnych żyjątek gwałtownie wzbijały się do niezbyt wysokiego lotu. Co by się stało, gdyby tak w pewnym momencie przeleciały przez niewidzialną granice?
No. Właśnie.
Gdybym przypadkiem przegoniła je we właściwym kierunku, natychmiast zobaczyłabym, jak nagle znikają w powietrzu. Podobnie byłoby z ptakami albo małymi latającymi gadami, których trochę było w okolicy. Tych nawet nie musiałabym płoszyć, one i tak co jakiś czas przefruwały w rozmaitych kierunkach. Wystarczało tylko unieść głowę i patrzeć. Niezbyt wysoko nawet, bo większość latających zwierząt poruszała się niewiele wyżej niż sięgał czubek przeciętnego drzewa. A owe drzewa byłyby w tym momencie jedyną przeszkodą. Cóż, znów pojawiał się ten problem, że trochę zasłaniały mi widok, a nawet jakbym je ładnie poprosiła, raczej by się nie odsunęły.
(o autodestrukcję już tak prosto drzewa nie poprosisz)
Skupiłam się raczej na spoglądaniu pod nogi niż nad głowę. Może o to chodziło, niejeden ezoteryczny mistrz powiedziałby, iż należy zacząć od tego co na dole, aby stopniowo osiągnąć to, co na górze. Dzięki temu udało mi się znaleźć pierwszą granicę w niedługim czasie. Dokładnie tak jak się spodziewałam, okazały błyszczący żuk idący mniej więcej w prawą stronę ode mnie, w pewnym momencie zniknął. Tak niewątpliwie zniknął, nie zgubiłam go, trawa w tym miejscu nie była szczególnie gęsta.
Zatrzymałam się mniej więcej w miejscu, gdzie widziałam go po raz ostatni. Tylko spokojnie… Tutaj jeden drobny ruch mógł mnie przerzucić na drugą stronę w sposób praktycznie nieodczuwalny. A nie byłam pewna, mając tylko jeden punkt, jak dokładnie granica miałaby przebiegać. Jakieś pojęcie dawała moja lokalizacja względem wzniesienia, ale było to spore przybliżenie.
Wsłuchałam się w energię wokół mnie i dość szybko przekonałam się, dlaczego – być może – przechodzenie przez tę konkretną granicę było tak niezauważalne. Z energetycznego punktu widzenia nie było tu absolutnie nic szczególnego. Albo niewyczuwalnego przy moich obecnych zdolnościach odbierania tych sygnałów, ale w tym wypadku to raczej nie mogło mieć wpływu. Jeśli to naprawdę od tego zależało, różnice tak subtelne dałyby ten sam efekt. A dokładniej jego brak.
W kolejnym kroku zanurzyłam się telepatycznie w Strukturę. Tu już widziałam uskok, wyraźny kraniec obserwowalnej rzeczywistości. Linia nie tworzyła idealnie równego kręgu, już na tym krótkim odcinku dostępnym dla mojego postrzegania zauważyłam łagodne falowanie. Chciałam przejść przez granicę nie przerywając transu i nie tracąc tej warstwy rzeczywistości z oczu. Chciałam zaobserwować przeskok, po którym nagle dostrzegalna stanie się ta druga strona a jednocześnie zniknie to, co widziałam obecnie. To był tylko jeden krok, w takim zakresie mogłam się poruszać, nie zaburzając tego szczególnego stanu umysłu. I to nawet mi się UDAŁO.
Nie udała mi się reszta. Bo, jak się przekonałam, to wszystko chyba tak NIE DZIAŁAŁO.
W tym stanie przejście było w pewien sposób zauważalne. Kiedy przeniosło mnie między wymiarami, nagle wymknął mi się obraz Struktury, który do tej pory myślowidziałam. Do licha, czy mogłam to określenie stosować także w odniesieniu do interakcji ze Strukturą?! No, w każdym razie jeden obraz zniknął z pola mojego postrzegania a drugi wcale nie pojawił się w jego miejsce. Pozostałam w transie jeszcze krótką chwilę, zanim wybiła mnie z niego niecierpliwa złość.
Otworzyłam oczy. Jakby to miało w czymkolwiek pomóc. Teraz tym bardziej nie widziałam tego, na czym mi zależało.
- fehgir’r – powiedziałam niechętnie i wejrzałam w Strukturę od drugiej strony. Miałam tę swoją komplementarną część rzeczywistości, z każdym jej zakrzywieniem, idealnie dopasowanym do tego, co podczas przejścia zniknęło. A odpowiedni fragment kodu Matrixa, którego już prawie wiedziałam, gdzie się spodziewać, mówił mi, że tak, owszem, właśnie przebywałam w Lamgdo.
Cudownie, cholera, cudownie.
Może to był ten moment, kiedy powinnam przestać tak usilnie trzymać się tych kilku słów mocy, które znałam. Przecież kiedyś, kiedy nie wiedziałam jeszcze nic o przesunięciach w czwartym wymiarze, potrafiłam to zrobić. Tak instynktownie. Tak cholernie naturalnie. Kierując się jedynie przeczuciem, nie zastanawiając się – i przez to będąc wolną od skażenia niepewnością i wahaniem.
Wtedy właśnie, w ten sposób, pierwszy raz doświadczyłam obecności pól siłowych.
Spokój. Musiałam osiągnąć odpowiednio głęboki, niezmącony spokój. Wdech. Wydech. Wdech. Powinnam może całkiem zatracić świadomość swojego astralnego ciała. Wydech. Nawet jak oddychanie nie było tu konieczne, w medytacji się przydawało. Wdech. I wydech. Jeszcze raz.
Przecież chciałam powtórzyć coś, co już raz mi się udało.
Dotknęłam umysłem Struktury. Niepewnie, nagle tak nieprzyjemnie zagubiona w nieokreślonym. Zawieszona w próżni przez brak słów i instrukcji. Przynajmniej weszłam w interakcję.
Starając się nie zerwać niepewnego mentalnego połączenia, spróbowałam rozejrzeć się w kodzie Matrixa. Najpierw poziom, na którym się znajdowałam. Bliski, oczywisty. I granica, wszak stałam tak blisko. Po drugiej stronie tej nierównej linii uskoku było… coś.
Jasny szlag! Jak tylko się zbliżyłam do samego skraju, umysł nagle się po tym uskoku prześlizgnął. Za blisko. Albo za daleko, zależy jak na to patrzeć.
Spokojnie, Maddigan. Cały czas miałam z tym kontakt, nic nie było stracone. Mogłam wrócić. W podobny sposób, tak samo łatwo. I teraz trochę ostrożniej.
Nie próbować IMITOWAĆ DZIAŁANIA tamtego słowa mocy. O tamtym zapomnieć. Teraz cel był inny. Wyciągać informacje z poziomów rzeczywistości, które mogłam w danej chwili obserwować. Z obu jednocześnie.
Coś w moich myślach w końcu zaskoczyło. Myślowidziałam kod źródłowy z Ascabii i Lamgdo. Naraz. Odbierałam je inaczej niż się spodziewałam, obraz w pierwszej chwili nie był klarowny. Musiałam zorientować się w tym zbiorze wrażeń i informacji, zanim wyrwałam światu to, czego chciałam. Rozpoznałam zapisany w Strukturze fakt przynależności obu wymiarów do astralnego świata. Dane z obu punktów były tu identyczne. Możliwe, że mogłabym przeanalizować o wiele więcej parametrów, gdybym potrafiła odpowiednio pokierować swoją uwagę i intencję – w tej chwili byłam tego niemal pewna – ale przy obecnych możliwościach musiałam zadowolić się tym, co było dla mnie dostępne bez większego wysiłku. Wyczytałam z tego tyle, że miejsca po obu stronach granicy z punktu widzenia Struktury musiały być bardzo podobne. Różnice były dużo mniej zauważalne niż między Ascabią a moją enklawą. Albo teraz tak mi się zdawało. Tam jeszcze nie sprawdzałam tego w taki sposób.
Jeśli tak było rzeczywiście, wcale nie sądziłam, żeby wynikało to jedynie z obecności ochronnego pola wokół. Przyczyna była… gdzieś głębiej.
(to różnice z kategorii na razie dla ciebie całkiem abstrakcyjnej)
Jeśli w ciągu najbliższych dwóch… albo może trzech… tygodni nie rozwikłam tej zagadki, chyba poproszę Kiri o podpowiedź. Może się zlituje nade mną zagubioną.
Wyszłam z transu. Potrząsnęłam głową i rozciągnęłam się, żeby się rozbudzić. Powoli ruszyłam wzdłuż niewidzialnej linii, gdzie, jak zapamiętałam, przebiegała granica. Nie musiałam znać dokładnie jej przebiegu, nie przeszkadzało mi, jeśli mimowolnie przeskakiwałam z jednej strony na drugą. To, czego szukałam, byłoby widoczne i tak.
Przyjęłam założenie, że uskok mógł być oznaczony w podstawowej warstwie rzeczywistości w podobny sposób, jak ziemie astralnych podróżników. Jakieś słupki, szczególne kamienie, może nawet te ogromne kamienne twarze… Wcześniej nie rzuciło mi się w oczy nic podobnego, bo nie pomyślałam, że te znaczniki mogą być tutaj rozmieszczone dużo rzadziej. Mogły to być choćby te kamienne konstrukcje, podesty i filary, które na pierwszy rzut oka wydawały się rozrzucone wokół wzniesienia całkowicie przypadkowo. No, prawie całkowicie. Kiedy tylko o tym pomyślałam, zobaczyłam, że znajdujące się najbliżej budowle nigdy nie wchodziły na teren, który wznosił się pod zauważalnym kątem. Zawsze musiało pozostać kilka metrów odstępu.
Aż musiałam to sprawdzić.
To, co zobaczyłam pod powierzchnią rzeczywistości nie zdziwiło mnie ani trochę. Nie mogłam się spodziewać, że będzie inaczej, to było oczywiste od początku. Wszystkie konstrukcje z jasnego kamienia znajdowały się od strony Ascabii.
Później zauważyłam, że z kamiennymi twarzami, w różnym stopniu zapadniętymi w ziemię, było odwrotnie. Widziałam też, że ze ścieżką prowadzącą na szczyt płaskowyżu coś było nie tak. Kiedy patrzyłam w tamtą stronę w czasie, kiedy akurat znajdowałam się po stronie Ascabii, coś dziwnego działo się z perspektywą. Było to bardzo niewielkie zaburzenie, które normalnie łatwo było przeoczyć. To przecież mogło wynikać z kąta patrzenia, z cieni padających od drzew, z odległości… przynajmniej dopóki nie podeszło się prawie do samej granicy. Wtedy pojawiało się to dziwne wrażenie, że zbocze wzniesienia wraz z krętą drogą na jego szczyt jest trochę nierzeczywiste, jakby spoglądało się jedynie na sam zarys w przestrzeni, nie prawdziwy krajobraz. Ale tylko tak trochę. Kiedy skupiło się uwagę, kiedy zachowało się czujność. I znowu bym się nie zdziwiła, gdyby ta moja czujność wynikała z uprzedniej mentalnej koncentracji.
Znalazłam w końcu słupki graniczne Lamgdo. Wielkie słupy nawet. Mniej więcej trzymetrowe. Filary o średnicy nieco większej niż moja talia – tak, wiem, o to akurat nie trzeba się szczególnie starać – z podobnego kamienia, być może rodzaju piaskowca, nieco jaśniejsze niż pozostałe konstrukcje. Trafiłam na takie cztery na odcinku, który przeszłam. Za każdym razem sprawdzałam, czy na pewno znajdują się na niewidocznej linii podziału, nie zadowalało mnie stwierdzenie ich mniej więcej pasującej odległości od zbocza.
Filary na prawie całej powierzchni rzeźbione były w runy rozmieszczone między poziomymi prążkami wcięć. Znaki nie świeciły bladym światłem, nie były nawet zbyt wyraźne. Lekko chropowata powierzchnia kolumn wydawała się wytarta, chociaż nie wyobrażałam sobie, jakie siły natury mogłyby tak na nie oddziaływać. Sam wiatr nie wystarczał. Deszcz… Było dość prawdopodobne, że pośród tych niewielkich form architektonicznych kryły się maszyny mające wpływ na pogodę, podobne do tamtego tam, Raunan, ale dla takiego efektu chyba potrzebna byłaby burza piaskowa.
Sprawdziłam na wszelki wypadek, czy filary emitują energię, ale nie czułam nic szczególnego. Następnym razem może powinnam przyjść tu z tym małym miernikiem ze wskazówką. Może, bo to niepozorne urządzenie nie wyglądało, jakby miało wystarczającą czułość do wykrywania tak minimalnych różnic.
Byłam skoncentrowana tak bardzo, że nie zauważyłam, że od pewnego momentu nie byłam sama. Nie potrafiłabym stwierdzić JAK DŁUGO mogłam być obserwowana. Nie zarejestrowałam momentu, kiedy inny Prawdziwy pojawił się w okolicy. Jakimś sposobem nie widziałam, jak zbliżał się do mnie tak, że ostatecznie znalazł się niecałe dziesięć metrów od granicy. Nie czułam jego obecności, nie potrafiłam tak spontanicznie odczuwać energii w większym promieniu wokół siebie. I bardzo możliwe, że kiedy się zbliżał, ja akurat przez chwilę byłam po tej drugiej stronie niewidzialnej granicy. To było jedyne wyjaśnienie, jakim cudem przynajmniej nie USŁYSZAŁAM, jak idzie w moją stronę.
Bo raczej trudno byłoby nie usłyszeć kopyt…
To był on. Niedorobiony centaur, wychudła szkapa, kozia bródka, diabelskie oblicze. Fadhir. Dupek. PODOBNO dupek.
W końcu nikomu i niczemu nie należało tu tak po prostu wierzyć na słowo.
Fadhir stał za okrągłym podestem z filarami i wspartym na nich dachem. Stał tak, że przednimi końskimi nogami był już na niższym stopniu, otaczającym ten wyższy poziom. Ręce miał skrzyżowane na klatce piersiowej i zdawał się uśmiechać. Uśmiechał się. Na mój widok. I uśmiechnął się jeszcze bardziej, kiedy zaczęłam iść w jego stronę, gotowa wygłosić uprzejmie acz stanowczo moją prywatną opinię o takim stalkingu.
- I znów się spotykamy – powiedział.
A owszem. Niezależnie od tego czy szanownemu panu podobał się ten fakt, czy nie.
- Ale tym razem jak widzę, nie pakujemy się w żadne kłopoty. I dobrze. Nawet bardzo dobrze, powiedziałbym.
Pomyślałam przelotnie, że jedna rzecz mogłaby być gorsza od nieoczekiwanego pojawienia się Fadhira w okolicy w tym samym czasie, kiedy ja tu przebywałam. Fadhir mógł pojawić się tu dwa dni wcześniej. Wówczas – zapewne ku swojej wielkiej uciesze – zastałby mnie tu w czarnej szacie maga i na boso.
- Nie robię nic złego – stwierdzenie.
Wygłoszone ze znużeniem wynikającym z doskonałej pewności, iż była to prawda. W żadnym wypadku nie tłumaczyłam się przed nim. Wiadomo, co mówi mądre przysłowie o tłumaczących się…
- Podziwiamy okolicę, tak? - Fadhir cały czas uśmiechał się w ten sposób, którego nie potrafiłam rozszyfrować.
Z rozbawieniem pomyślałam, że akurat to nie było nawet dalekie od prawdy.
- Tak, na początku to wszystko jest fascynujące – ciągnął Fadhir. Ciągle. Tym. Samym. Tonem.
Podeszłam bliżej, stałam tuż przed niższym stopniem po przeciwnej stronie. Widziałam, że na wyższym poziomie wokół podestu biegł drobny rzeźbiony wzór, na zewnątrz kręgu filarów, wewnątrz był drugi, podobny. Fadhir nadal stał tak samo, kopytami na stopniu od swojej strony, ze skrzyżowanymi rękami. I mówił.
- Wracasz. Nie pierwszy raz od tamtego czasu, prawda? Nie zdziwiłoby mnie to. I może to kwestia okoliczności, w jakich spotykamy się tym razem, ale wyglądasz na bardziej pewną siebie niż wtedy.
- Czego. Chcesz?
Jedyne sensowne pytanie, jakie mogłam zadać. Jakie POWINNAM zadać. Jakie powinnam zadać te kilka minut wcześniej.
- Tylko sobie patrzę. Nie wolno?
Tak technicznie to on też nie robił nic złego.
Wzruszyłam ramionami.
- To pewnie już się przekonałeś, że nie robię nic ciekawego, co warto oglądać.
- Obserwując twoje zaangażowanie, miałem wrażenie, że było to coś bardzo zajmującego.
Cały czas ten sam uśmiech. Ten sam ton. Kpina.
Naprawdę miałam szczęście, że to nie był ten dzień, kiedy postanowiłam sobie odstawić rytuał na tym płaskowyżu.
- Tak jak mówiłeś. Podziwiałam okolicę. W tym albo innym sensie.
Nie patrz tak na mnie. Nie patrz. Nie patrz tak.
Weszłam na podest, oparłam się ramieniem o filar. Cokolwiek, byle na chwilę przerwać kontakt wzrokowy.
Co tego człowieka tak bawiło?
- Nie chcesz, żebym tu przychodziła? - spytałam.
Fadhir na chwilę się zmieszał. Na krótką, nieskończenie krótką chwilę, przestał się pobłażliwie uśmiechać i wyglądał, jakby zapomniał języka w gębie. Punkt dla mnie. Gratulacje.
- Tutaj? Nie sądzę, żeby…
- Nie. Ja mówię o tym.
Szerokim gestem wskazałam las obok mnie i na dokładkę niewielki kawałek nieba.
- Mówię o tym świecie. Dlaczego nie chcesz, żebym tu przychodziła?
Fadhir na chwilę zamknął oczy. Może głęboko odetchnął, nie mogłam tego stwierdzić na pewno. Ja na jego miejscu chyba bym tak zrobiła. Otworzył oczy, zanim się odezwał.
- To… nie jest takie proste jak ci się wydaje.
Klasyczna, generyczna wymówka. Próbuj dalej Fadhir. Postaraj się. Na razie tylko mnie rozczarowałeś.
- To może mi to wytłumaczysz – podsunęłam – Może wytłumaczysz jak tępemu cielakowi, na czym polega ten Trudny, Złożony Problem, którego ja w naiwnej ignorancji swojej nie jestem w stanie ogarnąć. Oświeć mnie, bo widzę, iż błądzę w mroku. Wskaż mi światło, aby ciemności odstąpiły ode mnie. Spokojnie, nie musimy się spieszyć. Mam jeszcze trochę czasu.
Pod koniec, kiedy osiągnęłam swoją tymczasową granicę wewnętrznej dyscypliny, moje myśli popłynęły ku granicom bardziej „realnym”. Postanowiłam raz jeszcze przyjrzeć się krawędzi swojego terenu a następnie innym międzywymiarowym uskokom.
Uważnie przestudiowałam wszystkie płynące do mnie informacje charakterystyczne dla mojego tsir albo dla ciągnącej się po drugiej stronie granicy Ascabii. Po swojej stronie miałam element, określający mój ident, tam było coś bardziej nieokreślone.
- Przynależność po prostu do tego świata? – podsunęła Kiri. Z lekkim wahaniem się zgodziłam. Po chwili przypomniałam sobie coś, co moja tulpa powiedziała mi, kiedy pierwszy raz wybierałam się na wyprawę poza własne podwórko.
- Czy to jest ta różnica, o której mówiłaś? - zapytałam w przestrzeń – To, czego ja nie miałam możliwości zauważyć wtedy?
- Możliwe – odpowiedź przyszła po chwili (prawdopodobnie) wahania – To i wszystkie tego konsekwencje.
Podniosłam wzrok znad prawie ukrytego wśród trawy słupka o kwadratowym przekroju. Gdyby biała wiewiórka stała gdzieś tu obok, teraz spojrzałabym na nią zaskoczona.
- Co masz na myśli? - spytałam ostrożnie.
- A spróbuj wyczuć! Zachciało się mieć wszystko na tacy… Tu jest Astral, nie przedszkole! Chcesz się nauczyć CZUĆ?
Cóż, musiałam przyznać, że Kiri miała rację. W ostatnim czasie, kiedy musiałam radzić sobie sama, zrobiłam spore postępy. Nauczyłam się mentalnie skanować otoczenie w stopniu wystarczającym, żeby ze swoich odczuć wyciągać czasem jakieś sensowne wnioski.
Tłumiąc nieukształtowany do końca zalążek irytacji, wróciłam do badania otoczenia. Nie byłam pewna, o czym dokładnie mówiła moja tulpa, poza tym, że wiele odczuć związanych z moją własną enklawą wynikało z mojej osobistej z nią więzi. Nie potrafiłam jednak stwierdzić, na czym polegały TECHNICZNE różnice. Odłożyłam to na później i przeniosłam się do Lamgdo.
Idąc wzdłuż umownego kręgu, otaczającego wzniesienie, zdałam sobie sprawę, że szukając dokładnej lokalizacji uskoku, nie musiałam wcale polegać na obserwacjach głębszych warstw rzeczywistości. Nie potrzebowałam także w żadnym stopniu wyczuwać energii.
Miałam do dyspozycji narzędzia dostępne wręcz banalnie łatwo dla każdego laika, posiadającego oczy i zdolnego do elementarnego logicznego myślenia.
Kiedy szłam, spod moich nóg umykały owady i pająki, czasem całe chmary drobnych żyjątek gwałtownie wzbijały się do niezbyt wysokiego lotu. Co by się stało, gdyby tak w pewnym momencie przeleciały przez niewidzialną granice?
No. Właśnie.
Gdybym przypadkiem przegoniła je we właściwym kierunku, natychmiast zobaczyłabym, jak nagle znikają w powietrzu. Podobnie byłoby z ptakami albo małymi latającymi gadami, których trochę było w okolicy. Tych nawet nie musiałabym płoszyć, one i tak co jakiś czas przefruwały w rozmaitych kierunkach. Wystarczało tylko unieść głowę i patrzeć. Niezbyt wysoko nawet, bo większość latających zwierząt poruszała się niewiele wyżej niż sięgał czubek przeciętnego drzewa. A owe drzewa byłyby w tym momencie jedyną przeszkodą. Cóż, znów pojawiał się ten problem, że trochę zasłaniały mi widok, a nawet jakbym je ładnie poprosiła, raczej by się nie odsunęły.
(o autodestrukcję już tak prosto drzewa nie poprosisz)
Skupiłam się raczej na spoglądaniu pod nogi niż nad głowę. Może o to chodziło, niejeden ezoteryczny mistrz powiedziałby, iż należy zacząć od tego co na dole, aby stopniowo osiągnąć to, co na górze. Dzięki temu udało mi się znaleźć pierwszą granicę w niedługim czasie. Dokładnie tak jak się spodziewałam, okazały błyszczący żuk idący mniej więcej w prawą stronę ode mnie, w pewnym momencie zniknął. Tak niewątpliwie zniknął, nie zgubiłam go, trawa w tym miejscu nie była szczególnie gęsta.
Zatrzymałam się mniej więcej w miejscu, gdzie widziałam go po raz ostatni. Tylko spokojnie… Tutaj jeden drobny ruch mógł mnie przerzucić na drugą stronę w sposób praktycznie nieodczuwalny. A nie byłam pewna, mając tylko jeden punkt, jak dokładnie granica miałaby przebiegać. Jakieś pojęcie dawała moja lokalizacja względem wzniesienia, ale było to spore przybliżenie.
Wsłuchałam się w energię wokół mnie i dość szybko przekonałam się, dlaczego – być może – przechodzenie przez tę konkretną granicę było tak niezauważalne. Z energetycznego punktu widzenia nie było tu absolutnie nic szczególnego. Albo niewyczuwalnego przy moich obecnych zdolnościach odbierania tych sygnałów, ale w tym wypadku to raczej nie mogło mieć wpływu. Jeśli to naprawdę od tego zależało, różnice tak subtelne dałyby ten sam efekt. A dokładniej jego brak.
W kolejnym kroku zanurzyłam się telepatycznie w Strukturę. Tu już widziałam uskok, wyraźny kraniec obserwowalnej rzeczywistości. Linia nie tworzyła idealnie równego kręgu, już na tym krótkim odcinku dostępnym dla mojego postrzegania zauważyłam łagodne falowanie. Chciałam przejść przez granicę nie przerywając transu i nie tracąc tej warstwy rzeczywistości z oczu. Chciałam zaobserwować przeskok, po którym nagle dostrzegalna stanie się ta druga strona a jednocześnie zniknie to, co widziałam obecnie. To był tylko jeden krok, w takim zakresie mogłam się poruszać, nie zaburzając tego szczególnego stanu umysłu. I to nawet mi się UDAŁO.
Nie udała mi się reszta. Bo, jak się przekonałam, to wszystko chyba tak NIE DZIAŁAŁO.
W tym stanie przejście było w pewien sposób zauważalne. Kiedy przeniosło mnie między wymiarami, nagle wymknął mi się obraz Struktury, który do tej pory myślowidziałam. Do licha, czy mogłam to określenie stosować także w odniesieniu do interakcji ze Strukturą?! No, w każdym razie jeden obraz zniknął z pola mojego postrzegania a drugi wcale nie pojawił się w jego miejsce. Pozostałam w transie jeszcze krótką chwilę, zanim wybiła mnie z niego niecierpliwa złość.
Otworzyłam oczy. Jakby to miało w czymkolwiek pomóc. Teraz tym bardziej nie widziałam tego, na czym mi zależało.
- fehgir’r – powiedziałam niechętnie i wejrzałam w Strukturę od drugiej strony. Miałam tę swoją komplementarną część rzeczywistości, z każdym jej zakrzywieniem, idealnie dopasowanym do tego, co podczas przejścia zniknęło. A odpowiedni fragment kodu Matrixa, którego już prawie wiedziałam, gdzie się spodziewać, mówił mi, że tak, owszem, właśnie przebywałam w Lamgdo.
Cudownie, cholera, cudownie.
Może to był ten moment, kiedy powinnam przestać tak usilnie trzymać się tych kilku słów mocy, które znałam. Przecież kiedyś, kiedy nie wiedziałam jeszcze nic o przesunięciach w czwartym wymiarze, potrafiłam to zrobić. Tak instynktownie. Tak cholernie naturalnie. Kierując się jedynie przeczuciem, nie zastanawiając się – i przez to będąc wolną od skażenia niepewnością i wahaniem.
Wtedy właśnie, w ten sposób, pierwszy raz doświadczyłam obecności pól siłowych.
Spokój. Musiałam osiągnąć odpowiednio głęboki, niezmącony spokój. Wdech. Wydech. Wdech. Powinnam może całkiem zatracić świadomość swojego astralnego ciała. Wydech. Nawet jak oddychanie nie było tu konieczne, w medytacji się przydawało. Wdech. I wydech. Jeszcze raz.
Przecież chciałam powtórzyć coś, co już raz mi się udało.
Dotknęłam umysłem Struktury. Niepewnie, nagle tak nieprzyjemnie zagubiona w nieokreślonym. Zawieszona w próżni przez brak słów i instrukcji. Przynajmniej weszłam w interakcję.
Starając się nie zerwać niepewnego mentalnego połączenia, spróbowałam rozejrzeć się w kodzie Matrixa. Najpierw poziom, na którym się znajdowałam. Bliski, oczywisty. I granica, wszak stałam tak blisko. Po drugiej stronie tej nierównej linii uskoku było… coś.
Jasny szlag! Jak tylko się zbliżyłam do samego skraju, umysł nagle się po tym uskoku prześlizgnął. Za blisko. Albo za daleko, zależy jak na to patrzeć.
Spokojnie, Maddigan. Cały czas miałam z tym kontakt, nic nie było stracone. Mogłam wrócić. W podobny sposób, tak samo łatwo. I teraz trochę ostrożniej.
Nie próbować IMITOWAĆ DZIAŁANIA tamtego słowa mocy. O tamtym zapomnieć. Teraz cel był inny. Wyciągać informacje z poziomów rzeczywistości, które mogłam w danej chwili obserwować. Z obu jednocześnie.
Coś w moich myślach w końcu zaskoczyło. Myślowidziałam kod źródłowy z Ascabii i Lamgdo. Naraz. Odbierałam je inaczej niż się spodziewałam, obraz w pierwszej chwili nie był klarowny. Musiałam zorientować się w tym zbiorze wrażeń i informacji, zanim wyrwałam światu to, czego chciałam. Rozpoznałam zapisany w Strukturze fakt przynależności obu wymiarów do astralnego świata. Dane z obu punktów były tu identyczne. Możliwe, że mogłabym przeanalizować o wiele więcej parametrów, gdybym potrafiła odpowiednio pokierować swoją uwagę i intencję – w tej chwili byłam tego niemal pewna – ale przy obecnych możliwościach musiałam zadowolić się tym, co było dla mnie dostępne bez większego wysiłku. Wyczytałam z tego tyle, że miejsca po obu stronach granicy z punktu widzenia Struktury musiały być bardzo podobne. Różnice były dużo mniej zauważalne niż między Ascabią a moją enklawą. Albo teraz tak mi się zdawało. Tam jeszcze nie sprawdzałam tego w taki sposób.
Jeśli tak było rzeczywiście, wcale nie sądziłam, żeby wynikało to jedynie z obecności ochronnego pola wokół. Przyczyna była… gdzieś głębiej.
(to różnice z kategorii na razie dla ciebie całkiem abstrakcyjnej)
Jeśli w ciągu najbliższych dwóch… albo może trzech… tygodni nie rozwikłam tej zagadki, chyba poproszę Kiri o podpowiedź. Może się zlituje nade mną zagubioną.
Wyszłam z transu. Potrząsnęłam głową i rozciągnęłam się, żeby się rozbudzić. Powoli ruszyłam wzdłuż niewidzialnej linii, gdzie, jak zapamiętałam, przebiegała granica. Nie musiałam znać dokładnie jej przebiegu, nie przeszkadzało mi, jeśli mimowolnie przeskakiwałam z jednej strony na drugą. To, czego szukałam, byłoby widoczne i tak.
Przyjęłam założenie, że uskok mógł być oznaczony w podstawowej warstwie rzeczywistości w podobny sposób, jak ziemie astralnych podróżników. Jakieś słupki, szczególne kamienie, może nawet te ogromne kamienne twarze… Wcześniej nie rzuciło mi się w oczy nic podobnego, bo nie pomyślałam, że te znaczniki mogą być tutaj rozmieszczone dużo rzadziej. Mogły to być choćby te kamienne konstrukcje, podesty i filary, które na pierwszy rzut oka wydawały się rozrzucone wokół wzniesienia całkowicie przypadkowo. No, prawie całkowicie. Kiedy tylko o tym pomyślałam, zobaczyłam, że znajdujące się najbliżej budowle nigdy nie wchodziły na teren, który wznosił się pod zauważalnym kątem. Zawsze musiało pozostać kilka metrów odstępu.
Aż musiałam to sprawdzić.
To, co zobaczyłam pod powierzchnią rzeczywistości nie zdziwiło mnie ani trochę. Nie mogłam się spodziewać, że będzie inaczej, to było oczywiste od początku. Wszystkie konstrukcje z jasnego kamienia znajdowały się od strony Ascabii.
Później zauważyłam, że z kamiennymi twarzami, w różnym stopniu zapadniętymi w ziemię, było odwrotnie. Widziałam też, że ze ścieżką prowadzącą na szczyt płaskowyżu coś było nie tak. Kiedy patrzyłam w tamtą stronę w czasie, kiedy akurat znajdowałam się po stronie Ascabii, coś dziwnego działo się z perspektywą. Było to bardzo niewielkie zaburzenie, które normalnie łatwo było przeoczyć. To przecież mogło wynikać z kąta patrzenia, z cieni padających od drzew, z odległości… przynajmniej dopóki nie podeszło się prawie do samej granicy. Wtedy pojawiało się to dziwne wrażenie, że zbocze wzniesienia wraz z krętą drogą na jego szczyt jest trochę nierzeczywiste, jakby spoglądało się jedynie na sam zarys w przestrzeni, nie prawdziwy krajobraz. Ale tylko tak trochę. Kiedy skupiło się uwagę, kiedy zachowało się czujność. I znowu bym się nie zdziwiła, gdyby ta moja czujność wynikała z uprzedniej mentalnej koncentracji.
Znalazłam w końcu słupki graniczne Lamgdo. Wielkie słupy nawet. Mniej więcej trzymetrowe. Filary o średnicy nieco większej niż moja talia – tak, wiem, o to akurat nie trzeba się szczególnie starać – z podobnego kamienia, być może rodzaju piaskowca, nieco jaśniejsze niż pozostałe konstrukcje. Trafiłam na takie cztery na odcinku, który przeszłam. Za każdym razem sprawdzałam, czy na pewno znajdują się na niewidocznej linii podziału, nie zadowalało mnie stwierdzenie ich mniej więcej pasującej odległości od zbocza.
Filary na prawie całej powierzchni rzeźbione były w runy rozmieszczone między poziomymi prążkami wcięć. Znaki nie świeciły bladym światłem, nie były nawet zbyt wyraźne. Lekko chropowata powierzchnia kolumn wydawała się wytarta, chociaż nie wyobrażałam sobie, jakie siły natury mogłyby tak na nie oddziaływać. Sam wiatr nie wystarczał. Deszcz… Było dość prawdopodobne, że pośród tych niewielkich form architektonicznych kryły się maszyny mające wpływ na pogodę, podobne do tamtego tam, Raunan, ale dla takiego efektu chyba potrzebna byłaby burza piaskowa.
Sprawdziłam na wszelki wypadek, czy filary emitują energię, ale nie czułam nic szczególnego. Następnym razem może powinnam przyjść tu z tym małym miernikiem ze wskazówką. Może, bo to niepozorne urządzenie nie wyglądało, jakby miało wystarczającą czułość do wykrywania tak minimalnych różnic.
Byłam skoncentrowana tak bardzo, że nie zauważyłam, że od pewnego momentu nie byłam sama. Nie potrafiłabym stwierdzić JAK DŁUGO mogłam być obserwowana. Nie zarejestrowałam momentu, kiedy inny Prawdziwy pojawił się w okolicy. Jakimś sposobem nie widziałam, jak zbliżał się do mnie tak, że ostatecznie znalazł się niecałe dziesięć metrów od granicy. Nie czułam jego obecności, nie potrafiłam tak spontanicznie odczuwać energii w większym promieniu wokół siebie. I bardzo możliwe, że kiedy się zbliżał, ja akurat przez chwilę byłam po tej drugiej stronie niewidzialnej granicy. To było jedyne wyjaśnienie, jakim cudem przynajmniej nie USŁYSZAŁAM, jak idzie w moją stronę.
Bo raczej trudno byłoby nie usłyszeć kopyt…
To był on. Niedorobiony centaur, wychudła szkapa, kozia bródka, diabelskie oblicze. Fadhir. Dupek. PODOBNO dupek.
W końcu nikomu i niczemu nie należało tu tak po prostu wierzyć na słowo.
Fadhir stał za okrągłym podestem z filarami i wspartym na nich dachem. Stał tak, że przednimi końskimi nogami był już na niższym stopniu, otaczającym ten wyższy poziom. Ręce miał skrzyżowane na klatce piersiowej i zdawał się uśmiechać. Uśmiechał się. Na mój widok. I uśmiechnął się jeszcze bardziej, kiedy zaczęłam iść w jego stronę, gotowa wygłosić uprzejmie acz stanowczo moją prywatną opinię o takim stalkingu.
- I znów się spotykamy – powiedział.
A owszem. Niezależnie od tego czy szanownemu panu podobał się ten fakt, czy nie.
- Ale tym razem jak widzę, nie pakujemy się w żadne kłopoty. I dobrze. Nawet bardzo dobrze, powiedziałbym.
Pomyślałam przelotnie, że jedna rzecz mogłaby być gorsza od nieoczekiwanego pojawienia się Fadhira w okolicy w tym samym czasie, kiedy ja tu przebywałam. Fadhir mógł pojawić się tu dwa dni wcześniej. Wówczas – zapewne ku swojej wielkiej uciesze – zastałby mnie tu w czarnej szacie maga i na boso.
- Nie robię nic złego – stwierdzenie.
Wygłoszone ze znużeniem wynikającym z doskonałej pewności, iż była to prawda. W żadnym wypadku nie tłumaczyłam się przed nim. Wiadomo, co mówi mądre przysłowie o tłumaczących się…
- Podziwiamy okolicę, tak? - Fadhir cały czas uśmiechał się w ten sposób, którego nie potrafiłam rozszyfrować.
Z rozbawieniem pomyślałam, że akurat to nie było nawet dalekie od prawdy.
- Tak, na początku to wszystko jest fascynujące – ciągnął Fadhir. Ciągle. Tym. Samym. Tonem.
Podeszłam bliżej, stałam tuż przed niższym stopniem po przeciwnej stronie. Widziałam, że na wyższym poziomie wokół podestu biegł drobny rzeźbiony wzór, na zewnątrz kręgu filarów, wewnątrz był drugi, podobny. Fadhir nadal stał tak samo, kopytami na stopniu od swojej strony, ze skrzyżowanymi rękami. I mówił.
- Wracasz. Nie pierwszy raz od tamtego czasu, prawda? Nie zdziwiłoby mnie to. I może to kwestia okoliczności, w jakich spotykamy się tym razem, ale wyglądasz na bardziej pewną siebie niż wtedy.
- Czego. Chcesz?
Jedyne sensowne pytanie, jakie mogłam zadać. Jakie POWINNAM zadać. Jakie powinnam zadać te kilka minut wcześniej.
- Tylko sobie patrzę. Nie wolno?
Tak technicznie to on też nie robił nic złego.
Wzruszyłam ramionami.
- To pewnie już się przekonałeś, że nie robię nic ciekawego, co warto oglądać.
- Obserwując twoje zaangażowanie, miałem wrażenie, że było to coś bardzo zajmującego.
Cały czas ten sam uśmiech. Ten sam ton. Kpina.
Naprawdę miałam szczęście, że to nie był ten dzień, kiedy postanowiłam sobie odstawić rytuał na tym płaskowyżu.
- Tak jak mówiłeś. Podziwiałam okolicę. W tym albo innym sensie.
Nie patrz tak na mnie. Nie patrz. Nie patrz tak.
Weszłam na podest, oparłam się ramieniem o filar. Cokolwiek, byle na chwilę przerwać kontakt wzrokowy.
Co tego człowieka tak bawiło?
- Nie chcesz, żebym tu przychodziła? - spytałam.
Fadhir na chwilę się zmieszał. Na krótką, nieskończenie krótką chwilę, przestał się pobłażliwie uśmiechać i wyglądał, jakby zapomniał języka w gębie. Punkt dla mnie. Gratulacje.
- Tutaj? Nie sądzę, żeby…
- Nie. Ja mówię o tym.
Szerokim gestem wskazałam las obok mnie i na dokładkę niewielki kawałek nieba.
- Mówię o tym świecie. Dlaczego nie chcesz, żebym tu przychodziła?
Fadhir na chwilę zamknął oczy. Może głęboko odetchnął, nie mogłam tego stwierdzić na pewno. Ja na jego miejscu chyba bym tak zrobiła. Otworzył oczy, zanim się odezwał.
- To… nie jest takie proste jak ci się wydaje.
Klasyczna, generyczna wymówka. Próbuj dalej Fadhir. Postaraj się. Na razie tylko mnie rozczarowałeś.
- To może mi to wytłumaczysz – podsunęłam – Może wytłumaczysz jak tępemu cielakowi, na czym polega ten Trudny, Złożony Problem, którego ja w naiwnej ignorancji swojej nie jestem w stanie ogarnąć. Oświeć mnie, bo widzę, iż błądzę w mroku. Wskaż mi światło, aby ciemności odstąpiły ode mnie. Spokojnie, nie musimy się spieszyć. Mam jeszcze trochę czasu.
# Bardzo się staram upodobnić Fadhira do mojego wroga z przeszłości. Wyobrażam sobie, jakim tonem mógłby do mnie mówić, jaki miałby przy tym wyraz twarzy itd. Może uda mi się osiągnąć względnie dobre odwzorowanie, to się jeszcze okaże.





