08-02-2020, 10:57
Wreszcie coś wartego opisania 
Sen świerćświadomy
W treści snu jestem meksykańskim turystą, zatrzymałem się busem przy drodze, żeby żona mogła odcedzić dzieci. Nie wracają zbyt szybko, moją uwagę zwraca budka na pasie zieleni obok parkomatu. Informacja na niej nagania do wrzucenia Euro i zagrania w grę, do wygrania 10 Euro. W budce siedzenia dla jednej osoby, cała ciasna obudowa jest monitorem dookoła głowy. Gra polega na tym, żeby ufiksować wzrok w punkcie naprzeciw siedzenia i nie ruszyć go ani odrobinę przez czas trwania gry. Po wrzuceniu monety na ekranie pojawia się krzak róży, ruchy peryferalnych obrazów starają się iluzją odwieźć mnie od patrzenia wprost. Po minucie rozlega się krótki utwór gratulacyjny i przejście do kolejnego etapu - coraz bardziej skomplikowane iluzji optyczne powodują, że tracę orientację w punkcie gdzie miałem trzymać wzrok, ale udaje się przejść dalej. Następnym, coraz trudniejszym, również nie udaje się mnie oszukać. W piątym etapie symulator wydaje się odjeźdżać od punktu róży, odsłaniając pasy jezdni. Słyszę wtedy niestrapione marudzenie wracających żony i dzieci, otoczenie inne niż w czasie kiedy wchodziłem, więc uznaję, że to kolejna iluzja. Obraz wiruje wściekle wokół pasa zieleni, czuję przy tym potężną siłę odśrodkową, co budzi mój szacunek do konstruktora gry, w końcu budka "ląduje" a ja walcząc z oczopląsem przechodzę do ostatniego etapu.
Tym razem obraz jeszcze realistyczniej porusza się kilkanaście metrów w bok, sugerując że przemieszczam się wzdłuż przejścia dla pieszych, naprzeciw rozbawieni kierowcy. Następnie podnosi się nad ziemię, odczuwam niestabilność konstrukcji, mam potrzebę złapać się barierki. Unosząc się wysoko, i starając się nie ruszać wzrokiem, mimowolnie widzę architekturę tego dziwnego miasta - kształtu otwartego prostokąta, jak monstrualny stadion, 2 główne ulice przy szerokopasmówkach rozdzielone są od siebie połacią niezagospodarowanej, wystrzyżonej zieleni, a drogi spotykają się ostatecznie za nim, łącząc się w pętle zjazdów i tworząc jedną szeroką autostradę, prowadzącą z powrotem, ponad trasami, z których powstały. Zwrócone do wewnątrz boki autostrady, wraz z elementami rusztowania, są pokryte ścianami balonów. Gdy po osiągnięciu szczytu ponad miastem maszyna ponownie nadaje ruch w bok, moim oczom ukazuje się własny zaparkowany bus i skonfundowana rodzina obok, z rezygnacją śledząca mnie wzrokiem. W tym momencie popadam w panikę i trzymam się całymi siłami barierek - zrozumiałem, że padłem ofiarą triku, poprzednie gierki i iluzje optyczne miały tylko uśpić moją czujność, w rzeczywistości maszyna jest diabelskim młynem dla chciwych. Sunąc nad miastem widzę, że między jego wysokimi granicami drogowymi kursuje monstrualny hangar, w charakterze promu, który cumując zasłania słońce 1/3 części miasta, a balony asekurują jego ciężar. Moja budka opadając spokojnie mija się cudem z przywierającym do tej strony promohangarem, z przerażeniem słucham harmidru ślizgających się o siebie balonów. Następnie trasa przebiega pod miastem, gdzie ukazuje się symetryczna kontynuacja tej architektury, kolejne graniczne autostrady i kolejny prom, zaprogramowany aby cumował kilka sekund po trasie budki. Z tej strony grawitacja była główną różnicą, zmuszała do forsownego wciskania się w siedzenie, pomyślałem więc, że jej środkiem musi być strzyżona zieleń.
Cały drżący zbliżałem się już w budce bezpiecznie na miejsce jej startu, już z daleka słyszałem utyskiwania żony, że jak już stary coś wymyśli to świat się nie liczy. Oczywiście nie wygrałem, żadnych 10 Euro

Sen świerćświadomy
W treści snu jestem meksykańskim turystą, zatrzymałem się busem przy drodze, żeby żona mogła odcedzić dzieci. Nie wracają zbyt szybko, moją uwagę zwraca budka na pasie zieleni obok parkomatu. Informacja na niej nagania do wrzucenia Euro i zagrania w grę, do wygrania 10 Euro. W budce siedzenia dla jednej osoby, cała ciasna obudowa jest monitorem dookoła głowy. Gra polega na tym, żeby ufiksować wzrok w punkcie naprzeciw siedzenia i nie ruszyć go ani odrobinę przez czas trwania gry. Po wrzuceniu monety na ekranie pojawia się krzak róży, ruchy peryferalnych obrazów starają się iluzją odwieźć mnie od patrzenia wprost. Po minucie rozlega się krótki utwór gratulacyjny i przejście do kolejnego etapu - coraz bardziej skomplikowane iluzji optyczne powodują, że tracę orientację w punkcie gdzie miałem trzymać wzrok, ale udaje się przejść dalej. Następnym, coraz trudniejszym, również nie udaje się mnie oszukać. W piątym etapie symulator wydaje się odjeźdżać od punktu róży, odsłaniając pasy jezdni. Słyszę wtedy niestrapione marudzenie wracających żony i dzieci, otoczenie inne niż w czasie kiedy wchodziłem, więc uznaję, że to kolejna iluzja. Obraz wiruje wściekle wokół pasa zieleni, czuję przy tym potężną siłę odśrodkową, co budzi mój szacunek do konstruktora gry, w końcu budka "ląduje" a ja walcząc z oczopląsem przechodzę do ostatniego etapu.
Tym razem obraz jeszcze realistyczniej porusza się kilkanaście metrów w bok, sugerując że przemieszczam się wzdłuż przejścia dla pieszych, naprzeciw rozbawieni kierowcy. Następnie podnosi się nad ziemię, odczuwam niestabilność konstrukcji, mam potrzebę złapać się barierki. Unosząc się wysoko, i starając się nie ruszać wzrokiem, mimowolnie widzę architekturę tego dziwnego miasta - kształtu otwartego prostokąta, jak monstrualny stadion, 2 główne ulice przy szerokopasmówkach rozdzielone są od siebie połacią niezagospodarowanej, wystrzyżonej zieleni, a drogi spotykają się ostatecznie za nim, łącząc się w pętle zjazdów i tworząc jedną szeroką autostradę, prowadzącą z powrotem, ponad trasami, z których powstały. Zwrócone do wewnątrz boki autostrady, wraz z elementami rusztowania, są pokryte ścianami balonów. Gdy po osiągnięciu szczytu ponad miastem maszyna ponownie nadaje ruch w bok, moim oczom ukazuje się własny zaparkowany bus i skonfundowana rodzina obok, z rezygnacją śledząca mnie wzrokiem. W tym momencie popadam w panikę i trzymam się całymi siłami barierek - zrozumiałem, że padłem ofiarą triku, poprzednie gierki i iluzje optyczne miały tylko uśpić moją czujność, w rzeczywistości maszyna jest diabelskim młynem dla chciwych. Sunąc nad miastem widzę, że między jego wysokimi granicami drogowymi kursuje monstrualny hangar, w charakterze promu, który cumując zasłania słońce 1/3 części miasta, a balony asekurują jego ciężar. Moja budka opadając spokojnie mija się cudem z przywierającym do tej strony promohangarem, z przerażeniem słucham harmidru ślizgających się o siebie balonów. Następnie trasa przebiega pod miastem, gdzie ukazuje się symetryczna kontynuacja tej architektury, kolejne graniczne autostrady i kolejny prom, zaprogramowany aby cumował kilka sekund po trasie budki. Z tej strony grawitacja była główną różnicą, zmuszała do forsownego wciskania się w siedzenie, pomyślałem więc, że jej środkiem musi być strzyżona zieleń.
Cały drżący zbliżałem się już w budce bezpiecznie na miejsce jej startu, już z daleka słyszałem utyskiwania żony, że jak już stary coś wymyśli to świat się nie liczy. Oczywiście nie wygrałem, żadnych 10 Euro





