01-02-2020, 01:03
Wraz z grupą nieistniejących w realu osób, których przywódca był trochę podobny do Morfeusza z "Matrixa", znajdowałam się w posiadłości, prawie zamku. Budynek miał wiele pięter i dziedziniec pośrodku, wokół balkony i chodniki.
# coś w stylu tego w głównym gmachu Politechniki Warszawskiej
Na dole dziedzińca znajdowała się fontanna z abstrakcyjnymi figurami, całość kilkukrotnie wyższa niż wzrost przeciętnego człowieka. Najpierw po prostu krążyłam tam bez celu, potem musiałam zająć się zadaniem, dla którego tam się znaleźliśmy. Byliśmy wszyscy czymś w rodzaju egzorcystów-inkwizytorów, mieliśmy oczyścić duchowo to miejsce, zanim ktoś po długim porzuceniu mógłby z niego korzystać.
Wjeżdżaliśmy miniaturowymi pojazdami po spiralnej konstrukcji fontanny na wyższe piętra. Jakimś sposobem nawet przez ściany pojazdów wyczuwałam krawędzie, za które mogliśmy spaść. To działało trochę jak zdalny zmysł dotyku. Mówiłam pozostałym - szczególnie siedzącej naprzeciwko mnie kobiecie, przypominającej moją matkę tylko o wiele młodszą - żebyśmy uważali, bo krawędź jest blisko.
==================================================================
Na zlecenie jakichś ekscentrycznych bogaczy ja i grupa poszukiwaczy przygód, mieszany skład ludzi i fantastycznych stworów, mieliśmy zbadać pewien teren. Jechaliśmy bliżej nieokreślonym pojazdem pomiędzy dwiema nitkami torów kolejowych. Było tam mało miejsca, pociągi z obu stron mijały nas, prawie nas dotykając. W dodatku ja stałam jakoś na zewnątrz naszego pojazdu, na przedzie, całkowicie odsłonięta. I w niewyjaśniony sposób miałam wpływ na nasz ruch. Czułam, że jeden mój błąd wykończy nas wszystkich a ja sama zostanę zmiażdżona pierwsza.
Dojechaliśmy do jaskini. Kilkanaście metrów poniżej nas znajdowało się kamienne podłoże, pokryte dość płytką wodą, tak, że dorosłemu człowiekowi sięgałoby to poniżej kolan. My staliśmy na skalnej półce, na boki odchodziły kładki i kolejne tory kolejowe. Kilka linii, przecinały one skośnie przestrzeń przed nami i ginęły w tunelach na innych ścianach jaskini.
Ktoś powiedział, że nie wie, którą drogą powinniśmy iść dalej, inna osoba zaproponowała, żeby obserwować, którędy najczęściej jeżdżą pociągi. Jakoś zdołaliśmy je obserwować, przeskakując między kładkami i wiaduktami, tak, żeby nie zostać zmiecionym przez pociągi. Wyznaczyliśmy właściwą drogę. Od tego momentu wzdłuż tej dobrej linii kolejowej przebiegało dodatkowe przejście, kładka spleciona z lin albo włókien, połączona linową drabinką z zalanym dnem jaskini.
Widzieliśmy, że obok tunelu, gdzie wchodziły tory, znajdował się otwór w skale a za nim i pod nim czarna pustka. To było tak jak w grach, tam nic nie było, spadało się i ginęło. Ktoś powiedział, że musimy dobudować kawałek drogi do tego miejsca, a reszta sama się odblokuje. Mieliśmy użyć w tym celu takiego plastycznego materiału, który aktywował się w kontakcie z wodą, po czym tworzył niebieskie sześcienne bloki, jak w Minecrafcie.
Z jakiegoś powodu to zadanie musiał wykonać Croc.
# ten smok/dinozaur ze starych gier
Jakoś się "przełączyłam", że ja przybrałam postać Croca, z takim skutkiem, że przez większość czasu nawet widziałam z perspektywy pierwszej osoby. Wzięłam animowany, kwadratowy worek z tym niebieskim materiałem, na razie w postaci grudek podobnych do gliny i przeszłam po tej kładce-linie do dziury w przeciwległej ścianie. Stawiałam w powietrzu te niebieskie sześciany, na niektórych przez jakiś czas widziałam ciemniejsze plamy i grudy. Bałam się, że nie zdążę i połowa materiału zmarnuje się, zastygając. Kiedy miałam już krótki odcinek drogi nad nicością i zaczęłam się martwić, co dalej, nagle skalna ściana na małym obszarze eksplodowała i dalej pojawił się dalszy ciąg niebieskawo-szarej platformy. Wyglądało na bardzo animowane, kwadratowe i pikselowe, jak w grach sprzed dwudziestu lat.
Ktoś z drugiego końca jaskini powiedział, że nasze działania aktywowały automaty z drugiej strony skalnych ścian i teraz one mogły stworzyć nam resztę drogi. Grupa zawołała mnie, żebym wracała do nich. Nie chciało mi się znów powoli i ostrożnie iść po tej kładce-linie, ale nie miałam większej ochoty na skok te kilkanaście metrów w dół, żeby przejść tamtędy. Stwierdziłam, że skoro to jest jedna z tych starych gier, to pewnie tutaj nie otrzymuje się obrażeń od upadku z wysokości. Skoczyłam, w locie próbowałam chwycić jakąś luźną linę, żeby spowolnić upadek. Znalazłam się na dole, w wodzie. Upadłam do pozycji leżącej, ale mogłam wstać. Dziewczyna z naszej grupy podbiegła do mnie i kazała się spieszyć, bo przecież mieliśmy iść dalej.
# coś w stylu tego w głównym gmachu Politechniki Warszawskiej
Na dole dziedzińca znajdowała się fontanna z abstrakcyjnymi figurami, całość kilkukrotnie wyższa niż wzrost przeciętnego człowieka. Najpierw po prostu krążyłam tam bez celu, potem musiałam zająć się zadaniem, dla którego tam się znaleźliśmy. Byliśmy wszyscy czymś w rodzaju egzorcystów-inkwizytorów, mieliśmy oczyścić duchowo to miejsce, zanim ktoś po długim porzuceniu mógłby z niego korzystać.
Wjeżdżaliśmy miniaturowymi pojazdami po spiralnej konstrukcji fontanny na wyższe piętra. Jakimś sposobem nawet przez ściany pojazdów wyczuwałam krawędzie, za które mogliśmy spaść. To działało trochę jak zdalny zmysł dotyku. Mówiłam pozostałym - szczególnie siedzącej naprzeciwko mnie kobiecie, przypominającej moją matkę tylko o wiele młodszą - żebyśmy uważali, bo krawędź jest blisko.
==================================================================
Na zlecenie jakichś ekscentrycznych bogaczy ja i grupa poszukiwaczy przygód, mieszany skład ludzi i fantastycznych stworów, mieliśmy zbadać pewien teren. Jechaliśmy bliżej nieokreślonym pojazdem pomiędzy dwiema nitkami torów kolejowych. Było tam mało miejsca, pociągi z obu stron mijały nas, prawie nas dotykając. W dodatku ja stałam jakoś na zewnątrz naszego pojazdu, na przedzie, całkowicie odsłonięta. I w niewyjaśniony sposób miałam wpływ na nasz ruch. Czułam, że jeden mój błąd wykończy nas wszystkich a ja sama zostanę zmiażdżona pierwsza.
Dojechaliśmy do jaskini. Kilkanaście metrów poniżej nas znajdowało się kamienne podłoże, pokryte dość płytką wodą, tak, że dorosłemu człowiekowi sięgałoby to poniżej kolan. My staliśmy na skalnej półce, na boki odchodziły kładki i kolejne tory kolejowe. Kilka linii, przecinały one skośnie przestrzeń przed nami i ginęły w tunelach na innych ścianach jaskini.
Ktoś powiedział, że nie wie, którą drogą powinniśmy iść dalej, inna osoba zaproponowała, żeby obserwować, którędy najczęściej jeżdżą pociągi. Jakoś zdołaliśmy je obserwować, przeskakując między kładkami i wiaduktami, tak, żeby nie zostać zmiecionym przez pociągi. Wyznaczyliśmy właściwą drogę. Od tego momentu wzdłuż tej dobrej linii kolejowej przebiegało dodatkowe przejście, kładka spleciona z lin albo włókien, połączona linową drabinką z zalanym dnem jaskini.
Widzieliśmy, że obok tunelu, gdzie wchodziły tory, znajdował się otwór w skale a za nim i pod nim czarna pustka. To było tak jak w grach, tam nic nie było, spadało się i ginęło. Ktoś powiedział, że musimy dobudować kawałek drogi do tego miejsca, a reszta sama się odblokuje. Mieliśmy użyć w tym celu takiego plastycznego materiału, który aktywował się w kontakcie z wodą, po czym tworzył niebieskie sześcienne bloki, jak w Minecrafcie.
Z jakiegoś powodu to zadanie musiał wykonać Croc.
# ten smok/dinozaur ze starych gier
Jakoś się "przełączyłam", że ja przybrałam postać Croca, z takim skutkiem, że przez większość czasu nawet widziałam z perspektywy pierwszej osoby. Wzięłam animowany, kwadratowy worek z tym niebieskim materiałem, na razie w postaci grudek podobnych do gliny i przeszłam po tej kładce-linie do dziury w przeciwległej ścianie. Stawiałam w powietrzu te niebieskie sześciany, na niektórych przez jakiś czas widziałam ciemniejsze plamy i grudy. Bałam się, że nie zdążę i połowa materiału zmarnuje się, zastygając. Kiedy miałam już krótki odcinek drogi nad nicością i zaczęłam się martwić, co dalej, nagle skalna ściana na małym obszarze eksplodowała i dalej pojawił się dalszy ciąg niebieskawo-szarej platformy. Wyglądało na bardzo animowane, kwadratowe i pikselowe, jak w grach sprzed dwudziestu lat.
Ktoś z drugiego końca jaskini powiedział, że nasze działania aktywowały automaty z drugiej strony skalnych ścian i teraz one mogły stworzyć nam resztę drogi. Grupa zawołała mnie, żebym wracała do nich. Nie chciało mi się znów powoli i ostrożnie iść po tej kładce-linie, ale nie miałam większej ochoty na skok te kilkanaście metrów w dół, żeby przejść tamtędy. Stwierdziłam, że skoro to jest jedna z tych starych gier, to pewnie tutaj nie otrzymuje się obrażeń od upadku z wysokości. Skoczyłam, w locie próbowałam chwycić jakąś luźną linę, żeby spowolnić upadek. Znalazłam się na dole, w wodzie. Upadłam do pozycji leżącej, ale mogłam wstać. Dziewczyna z naszej grupy podbiegła do mnie i kazała się spieszyć, bo przecież mieliśmy iść dalej.





