23-01-2020, 00:57
Dzień 41
Ostatecznie przebiłam się przez obce pole siłowe.
To znaczy nie do końca obce. I nie było to do końca przebijanie się siłą. W końcu tutaj takie rzeczy nie są możliwe wbrew woli podróżników, czyż nie?
Jak to powiedział Ireasz swego czasu, byłam w pewnym sensie jak wampir. Tak, oczywiście, a już zamierzałam stwierdzić, że nie miało to również nic wspólnego z jakąkolwiek formą wampiryzmu. Ech, te zbiegi okoliczności!
Kiedy pojawiłam się na pustkowiach Okręgu Jetter – to chyba jasne, że nie zdołałam przed utratą połączenia dotrzeć do granicy! - Kiri przy mnie nie było. Może dlatego właśnie dość szybko zboczyłam ze swojej drogi. A dokładniej to zboczyłam ze swojego bezdroża na drogę.
Drogą okazały się szyny kolejowe o niewielkim rozstawie. Znalazłam je niedaleko miejsca, w którym się zmaterializowałam i od razu rozpoznałam, z czym mam do czynienia. Trasy pana krasnoludka. Nie zdziwiła mnie zbytnio ich obecność tutaj, pomyślałam tylko o czymś, co zastanowiło mnie wcześniej, kiedy dopiero odkryłam międzywymiarową bramę oddzielającą Dhihrung Jetter od… no, tamtego podstawowego miejsca. Jeśli brama była tylko jedna, jakim sposobem pan Zgubnik wraz ze swoją ciuchcią pokonywał barierę między tymi lokacjami?
A może jednak istniało więcej podobnych przejść? I ożywiona ową myślą wiarołomnie porzuciłam swoje przyjemne bezdroże, aby podążać szlakiem krasnoludkowych torów kolejowych.
Szłam dłuższy czas po tej prostej kładce przecinającej morze żółtawych traw. Przeskakiwałam po łączących szyny deskach. Stopy na deskach, brońcie astralni bogowie, żebym stanęła na ziemi pomiędzy nimi.
(Kto na rysie stanie, zrobi krzywdę mamie!)
Przyspieszyłam. Mogłabym zachować ten rytm, nawet gdyby świat wokół się rozpadł, gdyby wokół ziała bezdenna przepaść i gdybym pozostała na tej wąskiej kładce ponad nią. Stuk, stuk, stuk stopami o drewno. Nie spadnę, nie zmylę kroku, o nie! Nie straszne mi czarne otchłanie z wrzącą lawą na dnie.
Przynajmniej dopóki mój most nie postanowił gwałtownie się skończyć. A urywał się tak jakby w środku niczego. Widziałam, jak kilkanaście metrów przed mną kończył się niską drewnianą barierką. Barierką karykaturalną wręcz. A między ową barierką a miejscem, w którym stałam, znajdował się otaczający tory niezbyt wysoki kamienny łuk. Mógłby być wlotem do tunelu, ale reszty, wraz z przeszkodą, przez którą miałby przebiegać, najwyraźniej nie dobudowano.
Zeszłam na ziemię – przecież w końcu żadnej przepaści tam nie było – i obeszłam powoli ostatnie metry torów wraz z łukiem nad nimi. Na pierwszy rzut oka nic szczególnego tu nie było, poza jakże oczywistym skojarzeniem z tamtą bramą w lesie. Tyle że tutaj mogłam chodzić dookoła normalnie. Nie widziałam ostrej granicy wyznaczającej koniec Dhihrung-Jetter. Mogłabym iść dalej przed siebie, tam gdzie byłaby dalsza część torów, jakby nie przestały być. Kilkaset metrów dalej na pewno.
Było to PRAWIE oczywiste, że miałam do czynienia z jakimś rodzajem bramy. Nawet jeśli nie miałam nawet cienia podejrzenia, dokąd mogła prowadzić.
(prosto do twojej zguby!)
Obeszłam tory i łuk z drugiej strony, tak że znalazłam się znów w punkcie wyjścia. Domknęłam krąg. Oczywiście nie wywołałam tym żadnej cudownej reakcji, kamienny łuk wydawał się tak samo martwy i obojętny jak wcześniej. Podeszłam bliżej. Odruchowo już spróbowałam przywołać maksymalny spokój, jaki mogłam w krótkim czasie osiągnąć. To było jak hipnoterapia.
Z każdym kolejnym krokiem jestem coraz bardziej zrelaksowana. Z każdym krokiem mój trans się pogłębia. Pięć… Cztery… Trzy… Dwa… Jeden…
Zaglądam głębiej.
Nie starałam się szczególnie. Nie zależało mi na jakościowym zbadaniu głębszych warstw rzeczywistości. Nie zwracałam uwagi na STAN otoczenia ale występujące ewentualne RÓŻNICE.
(...dlatego właśnie punkt przegięcia krzywej miareczkowania lepiej wyliczyć na podstawie pochodnej…)
Szukałam charakterystycznych elementów szczególnie wyróżniających się z tła i znalazłam.
Wyczułam cudownie wyraźny, odcinający się od otoczenia wir umieszczony wewnątrz kamiennego łuku. Punkt kolizji wymiarów przybierał ściśle określony kształt.
Punkt. To było właściwe określenie. To nie była granica. Hipotetyczna międzywymiarowa brama była lejkiem, przebijającym płaszczyznę rzeczywistości Okręgu Jetter. Lejkiem na pierwszy rzut oka jednostronnym, umieszczonym w odpowiednim kierunku. To znaczy tak, żeby prosto w niego wjechał zbliżający się do kamiennego łuku pociąg. Inaczej to nie miałoby sensu.
Jak otrząsnęłam się z transu, postanowiłam nawet to sprawdzić. Obeszłam łuk po raz kolejny. Od tej drugiej strony podeszłam, najpierw tylko ręką sięgnęłam poprzez łuk, bo ostrożności nigdy za wiele. Nie sądziłam, żeby naprawdę było to groźne, ale wypadało trochę rozsądku i przyzwoitości zachować. Nic się nie stało, tak jak podejrzewałam, podeszłam jeszcze bliżej, w końcu weszłam pod łuk. I jeszcze jeden krok.
(Stoimy nad przepaścią, ale robimy krok naprzód)
Przeszła całkiem pod tym łukiem i nie stało się nic. Nadal stałam na tych samych torach. Łuk miałam metr za sobą. Miałam się cofnąć teraz, obejść ten łuk i na czysto przejść we właściwym kierunku?
(jeśli coś wygląda głupio i działa, może wcale nie jest głupie...)
Cofnęłam się. Trochę chyba się spodziewałam, że coś wydarzy się podczas powrotu. Że może okaże się, że nie muszę wracać, że już to przejście będzie się liczyć.
Przeszłam. Tak zwyczajnie, nie przebiwszy się przez czwarty wymiar. Okrążyłam łuk (który to już raz?!), stanęłam na torach i w końcu przeszłam naprawdę. Ów lejek, wir wessał mnie, aż szarpnęło. I wypluł mnie po drugiej stronie.
Tyle chociaż dobrze przewidziałam, że naprawdę trafiłam do tego… pierwszego miejsca.
Informacja dla mnie: przy najbliższej okazji spytać Ireasza, jak to miejsce u licha się nazywało.
Mogłam w jakimś stopniu przewidzieć możliwą odpowiedź, jaką uzyskam. Że mogłabym sama bezpośrednio zapytać o to ten świat. Mogłam, prawda? Może nawet to byłoby podobne do odkrycia Einnat, mała różnica polegała na tym, że wtedy chociaż znałam właściwe słowo mocy. Swoje możliwości znalezienia czegoś takiego, działając wyłącznie na wyczucie, bez Języka Czynu, oceniałam nie najlepiej. Zaczęłam próbować tylko dlatego, że raczej nie miałam wyboru.
Przynajmniej idąc po torach, ciągnących się przede mną od drugiego praktycznie identycznego kamiennego łuku, nie ryzykowałam wpadnięcia na jakąś nieoczekiwaną przeszkodę. Szyny biegły po względnie równym terenie, zanim weszłam w płytki trans zauważyłam nawet ślady usuniętych drzew, które musiały znajdować się zbyt blisko trasy pociągu.
To że tory wyróżniały się w głębszych warstwach rzeczywistości, już mnie nie dziwiło. Zwróciłam tylko uwagę na to, że odcinały się dość mocno. Prawie jak te granice pomiędzy wymiarami, zdawały się odrębne od miejsca, w którym przebiegały. Kiedy skoncentrowałam się mimowolnie na nich samych, w moim umyśle pojawił się runiczny zapis fragmentów opisującego je kodu źródłowego. Pośród tych chwilowo bezwartościowych dla mnie danych wychwyciłam coś dziwnie swojskiego. Zrozumiałego i czytelnego nawet dla Prawdziwych Ludzi. Wyczułam, że tory kolejowe są powiązane z Panem Zgubnikiem i w tym kawałku kodu znalazłam nawet coś, co musiało być prawdziwym imieniem krasnoludka. Jego imieniem w Języku Czynu. Invhint. To wydało mi się tak jednoznaczne jak ident dla astralnych podróżników.
Powtórzyłam to słowo na głos, niejako wyprowadzając je ze sfery domysłów do rzeczywistości. Chciałam je poczuć. Posmakować.
Na chwilę wybiło mnie z transu. Przyjęłam do wiadomości dystans jaki przeszłam. To i tak była tylko mała cząstka. Cały czas szłam przed siebie, bardziej lub mniej bezmyślnie, usiłując w transie badać otoczenie. Zaczęłam wędrówkę w lesie, w którymś momencie wyszłam na łąkę. Jakie to miało w tym momencie znaczenie?
- Twoje postanowienie nadal jest w mocy?
Cholerna Kiri! Jakie postanowienie do diabła?! Że mam omijać drogi? Tory się nie liczyły.
- Że masz się trzymać z daleka od Prawdziwych – podpowiedziała mi moja tulpa uprzejmie.
- Zdaje mi się, że tak.
Nawet nie wysiliłam się na tyle, żeby spojrzeć przez ramię. Nie spodziewałam się, że Kiri będzie w widocznej postaci gdzieś obok. Nie musiała. Ona chyba nic nie musiała.
- To takie stwierdzenie ogólne, czy dotyczy tylko NIEZNAJOMYCH Prawdziwych?
- Do czego zmierzasz?
- Pytam, czy przewidziałaś wyjątek dla tych Prawdziwych, których znasz osobiście?
- Pytasz dlatego, że uważasz, że przed takimi już i tak nie zdołam się bardziej skompromitować?
- Do licha, nie! Pytam tylko dlatego, że może chciałabyś szybko zwiać z pola widzenia temu Prawdziwemu, który leci nad nami i wydaje mi się, że już cię zauważył… Tak, widzi cię. Zaczyna zniżać lot…
Niemal mogłam słyszeć ten złośliwy telepatyczny chichot.
Spojrzałam w górę. Na tle błękitu widziałam wyraźnie sylwetkę Ireasza. Teraz zniżył lot na tyle, że widziałam, jak świeci swoim nagim, bynajmniej nie atletycznym bladym torsem. Oświecone chuchro ze skrzydłami.
Może przed tym Prawdziwym nie musiałam się ukrywać. W końcu Ireasz moich ostatnich popisów nie podziwiał. Nie miałam się czego wstydzić, przynajmniej na razie. Musiałam tylko robić dobrą minę do złej gry. Tak dosłownie. Uśmiechnąć się szeroko, pomachać na powitanie. Zaraz, byłam przypadkiem na niego obrażona? Nawet nie za bardzo pamiętałam, o co. A do notatek nie chciało mi się zaglądać.
Ireasz stanął przede mną i ukłonił się jak aktor amatorskiego teatru na koniec występu. Nawet udał, że ściągnął przy tym nieistniejącą czapkę.
Do pytania, które sobie przezornie w głowie zanotowałam, nagle dołączyły kolejne. Tak wszystkie naraz, zatłoczyły się nagle jak niewychowani pasażerowie w pociągu. I nagle ten pociąg w myślach się radośnie z hukiem wykoleił i nie było już żadnego pytania. Wszystkie przykrył wzbijający się w górę gęsty obłok kurzu.
A i tak trzeba było zacząć jakąś gadką-szmatką. Do momentu, kiedy Ireasz nagle zaproponował, żeby może iść porozmawiać do niego. I ja tak jakby się zgodziłam. Nawet nie myśląc, na co.
Prawie krzyknęłam, kiedy chwycił mnie za ramiona, wzbijając się w górę. Wzleciał, cały czas mocno mnie trzymając. Ziemia, moja stabilna pewność, uciekła mi spod nóg. W dół pomknęła łąka, w dół pomknęły drzewa. Tory się oddaliły, zlewając się coraz bardziej w jedną wąską nitkę. A ja wybiłam wzwyż, wyzwolona gwałtownie od nadającej pozory ładu grawitacji. Hej, witajcie, przestworza!
Ireasz zatrzymał się na pewnej wysokości i spróbował lecieć bardziej w poziomie. Czułam, że jego lot był nie całkiem stabilny, nic dziwnego przy takim dodatkowym obciążeniu. Miałam nadzieję, że opanuje sytuację, w końcu nie był aż tak zielony jak ja. Czułam jego ruchy, coraz pewniejsze i mniej chaotyczne.
- Możesz mi zaufać, wiem co robię – odezwał się Ireasz jakieś pół metra nad moją głową. Przymknęłam oczy. Jak to było? Zacznij ufać?
(dopiero tak otworzysz się na ten świat)
W zadumie patrzyłam w dół, na wierzchołki drzew, nie zawsze zielonych. Widziałam ruch ciemnych plam, leśnej zwierzyny przemykającej w zaroślach. Wówczas pierwsze pytanie samo wyłoniło się z pustki.
- To miejsce… ono ma jakąś swoją nazwę?
- Ascabia – odpowiedział Ireasz obojętnie. Tak w pozytywnym znaczeniu obojętnie, nie dorzucając do tego irytującego „dlaczego pytasz?” Trochę ośmieliło to inne moje pytania, które stopniowo zaczęły wychodzić z ukrycia. Niekoniecznie w kolejności, jaką wyobrażałam sobie wcześniej.
- Czy dobrze zgaduję, że tutaj wszystkie miejsca się łączą? To znaczy z tej Ascabii można się dostać do innych lokalizacji… no, tu są granice i bramy, tak? I nasze domy?
Ireasz zaprzeczył.
- To nie tak – zaczął ostrożnie – Domy chyba tak, jakoś to się z tym łączy, przez jeden wymiar. Reszta chyba nie do końca bezpośrednio. Nie zawsze. Bramy mogą być wszędzie i łączyć różne miejsca.
Poczułam, że stopniowo zniżamy lot.
- Można sprawdzać jakoś te miejsca, tak? - wypowiadając pytanie na głos, już znałam odpowiedź. Oczywiście, że musiało to być możliwe.
- Jeśli chodzi ci o Język Czynu, to właściwe słowo brzmi fehgir’r.
- fehgir’r – powtórzyłam.
Teraz lecieliśmy ostrym łukiem, niemal pionowo. W dół. Wierzchołki drzew tym razem się przybliżały, z szybkością, od której poczułam się co najmniej trochę nieswojo.
Ireasz NA PEWNO wiedział, co robi. Smętnie pomyślałam o moim treningu bezpiecznego spadania. Czy w razie potrzeby samo przeskakiwanie przez piąty wymiar mogłoby w czymś pomóc. Tutaj spadałabym z dużo większej wysokości.
Na szczęście nie musiałam tego sprawdzać doświadczanie. Wylądowaliśmy bezpiecznie na polanie. Mniej więcej rozpoznawałam miejsce. Tam, gdzie teren lekko się wznosił, widziałam kolumny z białego kamienia i okrągłą altankę. Wiedziałam, że nie zdołam dotrzeć do nich z miejsca, w którym stałam. Gdybym zaczęła iść, w połowie drogi zatrzymałaby mnie niewidzialna ściana energii.
Ruszyłam się dopiero, kiedy Ireasz ponaglił mnie gestem.
- Wiesz, że ja nie dam rady… - zaczęłam. On w odpowiedzi uśmiechnął się szeroko.
- Mówiłem ci przecież, że są na to sposoby.
Podeszliśmy do granicy. Ireasz zatrzymał mnie gestem ręki, zupełnie niepotrzebnie, skoro bez problemu mogłam wypatrzyć nieregularnie rozstawione graniczne słupki. Powoli sięgnęłam ręką przed siebie, żeby wyczuć otaczającą enklawę Ireasza barierę. Było to takie dziwne przy jej niematerialnej, a jednak tak trwałej, nieustępliwej naturze.
Stojący obok Ireasz zrobił to samo, pochylił przy tym głowę i przymknął oczy. Szeptał coś niesłyszalnie, uchwyciłam tylko, że na koniec powiedział coś, co zabrzmiało jak „wejść”. Kiedy nie zareagował od razu na moje pytające spojrzenie, uznałam, że powinnam spróbować. Dałam krok do przodu, potem na wszelki wypadek jeszcze jeden. I dalej, już bez zastanowienia. Badać to dokładniej mogłam później.
Przeszłam. Tak po prostu. Wyczułam to subtelne zawirowanie, takie jak przy przekraczaniu granic własnej ziemi. Tylko to nie był mój teren. Stało się, Ireasz zaprosił wampira do swego domostwa. Mocą swojej zgody pozwolił wkroczyć na swoje terytorium.
Tak. Zrobiłam to. Byłam w środku.
Opanowałam wzbierający gdzieś w piersi okrzyk triumfu i odwróciłam się. Zdążyłam jeszcze zarejestrować moment materializacji Ireasza na krawędzi swojego tsir.
- I jak? - spytał Ireasz wesoło – To twój pierwszy raz?
- No… w sumie to tak – wybąkałam. Do diabła, czemu to przychodziło mi z takim oporem? Co w tym było złego?
Cofnęłam się do granicy i spróbowałam dotykiem wybadać przestrzeń przed sobą, tym razem z tej strony.
- Uważaj – zaśmiał się Ireasz – W tę stronę to będzie bez problemu. Jeden krok za dużo i znowu będziesz na zewnątrz. I poczujesz barierę, ale chyba cię to zbytnio nie ucieszy.
Przyznałam mu rację i niechętnie porzuciłam swoje nieśmiałe badania organoleptyczne. Widziałam, że Ireasz idzie powoli w stronę altanki. Pozostało mi tylko iść za nim.
Postarałam się, idąc, osiągnąć lekki trans. Tylko tak trochę, tak, żeby być w stanie na krótką chwilę wejść w interakcję z otoczeniem.
- fehgir’r – wypowiedziałam świeżo poznane słowo. Z tego małego eksperymentu nie musiałam na tę chwilę rezygnować.
Świat wysłał wiadomość do mojego czekającego w niedoskonałej ciszy umysłu urywek wiadomości. Miałam szczęście, że w ogóle od razu się udało. Wyczułam niewiele – ale dokładnie to, czego chciałam. Było to w pewien sposób podobne do tego, co wcześniej wyczułam w torach kolejki krasnoludka. Odpowiedź, jaką uzyskałam, zawierała niepowtarzalny, znany mi już ident Ireasza.
Chyba nawet nie robiłam tego po to, żeby uzyskać potwierdzenie, ale i tak miło było je dostać. Sam świat pokazywał mi, że się udało.





