23-12-2019, 02:59
Dzień 36
Czułam się jakbym została szamanką. Najpierw otworzyły się drzwi, teraz związałam się z tym światem mocniej. Nadszedł czas, a ja przeszłam próbę.
Kiedy kolejny raz badałam ten przewód w szklanym cylindrze, sama jego obecność była dla mnie jak potwierdzenie. Coś takiego było w sposobie, w jaki weszłam w jego posiadanie, w drodze, jaką musiałam przejść, zanim dotarłam do niego. Może to był kolejny powód, dlaczego nie wydobyłam go ze szklanej osłony. Może czułam, że sam moment otwarcia także musi być uroczysty i dokonać się w odpowiednich okolicznościach.
Jakiś głosik wątpliwości popiskiwał złośliwie, że może się okazać, iż przedmiot ten okaże się zwyczajnym kawałkiem drutu i na tym skończą się wielkie fantazje o potężnych artefaktach. Ale na razie, kiedy nie miałam żadnego dowodu na potwierdzenie którejkolwiek z równorzędnych przecież tez, mogłam wierzyć w to co chciałam.
Ludzie są głupi, uwierzą w kłamstwo, albo dlatego, że chcą, by to była prawda, albo też dlatego, że boją się, iż to może być prawda.
~Pierwsze prawo magii, Terry Goodkind „Miecz Prawdy”
Mogłam sobie pozwolić na małe niewinne wbijanie się w dumę tak długo, jak myśli te nie dominowały mojej świadomości. W przeciwnym razie Kiri z pewnością wyczułaby i zdecydowanym cięciem postarałaby się ukrócić moje sny o potędze.
Takie bardziej praktyczne teorie miałam dwie. Ów przewód mógłby być rodzajem klucza, podobnie jak ten amulet, który zawsze nosiłam przy sobie. Tylko na przykład związanym bardziej z miejscem, nie ze mną. Z miejscem, w którym znajdowałoby się coś w rodzaju gniazdka, do którego dałoby się wtyczkę wetknąć. Albo mógł to być element jakieś mechanizmu, przełącznik, źródło zasilania – a weryfikacja tej tezy również wiązała się ze znalezieniem gniazdka. I nikt nie powiedział, że to gniazdko miałoby znajdować się koniecznie w moim domu. No dobra, prawdopodobieństwo było wystarczająco wysokie… Zwłaszcza znów uwzględniając to, w jaki sposób zdobyłam ten niezidentyfikowany kabelek.
Tyle wiedziałam na pewno, że poziomem energii ten przedmiot wyróżniał się z tła. Spróbowałam zbadać go telepatycznie, w tym własny tymczasowo niski poziom energii nie przeszkadzał. Był jednocześnie czymś określonym i podobnie nieaktywnym jak te martwe drzewa obok domu. Gdyby ktoś spytał mnie o zdanie, powiedziałabym, że w jego przypadku, jeśli chodziło o teoretyczną możliwość „przebudzenia”, rokowania byłyby lepsze. Mogłabym niemal powiedzieć, że on nie jest martwy, tylko śpi.
Kabel w śpiączce… Cholera. Jakbym znalazła jakiś sposób, żeby przenieść te notatki do fizycznego świata i ktoś by je, o zgrozo, przeczytał, przymusowe spotkanie z psychiatrą miałabym jak w banku.
Spróbowałam trochę eksperymentować z samym miernikiem. Próbowałam promieniować na niego tą żałośnie małą porcją energii jaką w sobie aktualnie miałam. Tak jak się spodziewałam, wywołałam niewielki efekt, wskazówka przesunęła się trochę w górę skali. Mniej niż przy badaniu kabla w fiolce, ale też cudów nie oczekiwałam. Wystarczającym cudem było to, że dałam radę wyemitować COKOLWIEK.
Właściwie dlaczego nie spróbowałam tego wcześniej.
Przynajmniej tyle miałam zdrowego rozsądku – a czy samo moje powracanie tutaj każdej nocy wszelkiemu rozsądkowi nie przeczyło? - żeby poczekać z próbami kontrolowanego upadania z wysokości. Jeśli to zależało od mojej energii, teraz nie był najlepszy moment. Ale na wszelki wypadek już rozejrzałam się za potencjalnym miejscem, gdzie takie rzeczy mogłabym ćwiczyć. W pierwszym odruchu poszłam szukać takowego w Wieży. Teoretycznie tam mogłabym skakać z dowolnej wysokości, większym problemem byłoby samo lądowanie. Idealnym przypadkiem byłaby odsłonięta, równa powierzchnia podłogi. Wprawdzie dolny poziom Wieży był zdecydowanie mniej zagracony niż większa część tego domu, jednak nawet gdybym zadała sobie trochę trudu i przeniosła rzeczy gdzie indziej, nadal pozostawał ten mały nieszczęsny budyneczek na dole. Nie miałam gwarancji, że będę upadać idealnie pionowo w dół i na pewno nie zawadzę o tę drewnianą kopułę.
- Martwisz się bardziej o siebie, czy o ewentualne uszkodzenia konstrukcji, jak spadniesz na nią z hukiem?
Jak ktoś dużo mądrzejszy ode mnie kiedyś powiedział, jeśli może się stać coś złego, zapewne się stanie. Lepiej było nie ryzykować, zwłaszcza w obecnej fazie eksperymentów. To nawet nie było stadium alfa. Istniało w ogóle na coś takiego jakieś techniczne określenie?
Przez chwilę pomyślałam, że mogłabym przy okazji sprawdzić, czy Hipotetyczne Gniazdko, to pasujące do wtyczki z fiolki, nie znajdowało się gdzieś tutaj. Jeśli jego obecność na moich ziemiach była tak bardzo prawdopodobna, to co najmniej równe, jeśli nie wyższe, było prawdopodobieństwo, że będzie to w Wieży. Nie pozwoliłam sobie chwilowo na więcej niż otwarcie kilku drzwiczek, które znajdowały się w zasięgu moich rąk. Zapamiętałam sobie lekcję Kiri o unikaniu miotania się i rozwiązywaniu problemów po kolei.
Naturalnym ciągiem skojarzeń jako kolejne miejsce dobre do ćwiczenia bezpiecznego spadania wytypowałam łagodne wzgórza Okręgu Jetter, tam, gdzie już raz, w sposób nieplanowany, tak spadłam. Lądowanie miałabym tam dostatecznie komfortowe.
Znalazłam w mojej umownej sypialni mały plecak, wrzuciłam do środka zeszyt i długopis, zawołałam Kiri. Wolałam mieć swoją tulpę przy sobie, tak na wszelki wypadek, nawet jeśli w razie kłopotów prędzej drwiłaby ze mnie zamiast jakoś pomóc. Miałam przy tym wrażenie, że pogrążanie mnie nie leżało także w jej interesie. Bo gdybym tak naprawdę miała poważny problem… Gdybym tak hipotetycznie straciła więź z tym światem. Nie bieżące połączenie, ale to, co pozwalało mi tu wracać. To, o co jaśnie pan centaur tak wzruszająco się troszczył, przypominając jak bardzo jest kruche… Czy wówczas Kiri nie zniknęłaby całkowicie?
Możliwe, że ona także o tym pomyślała (albo odczytała to z mojej części świadomości) bo wydawała się zadowolona, kiedy wślizgiwała mi się do plecaka.
Przeniosłam się do Dhihrung-Jetter. W duchu dziękowałam nieznanym astralnym bogom za teleportację i jednocześnie ze złością im złorzeczyłam. Dlaczego dając podróżnikom astralnym dostęp do tak przydatnego narzędzia, musieli zarazem uczynić je tak mało praktycznym z tym brakiem precyzji?!
Miałam tyle szczęścia, że skały, latające czy nie, mogłam znaleźć tu w wielu miejscach w tym rejonie. Nie miałam w tej kwestii szczególnych preferencji. Rzuciło mi się w oczy kilka interesujących obiektów, potem na swoje nieszczęście – a może szczęście, zależy jak na to patrzeć – natrafiłam na którąś z biegnących między wzgórzami dróg. Odruchowo zaczęłam nią podążać, cholerny pies Pawłowa, przyuczony od dziecka do wybierania spośród chaosu tego, co uporządkowane. Jakimś niepojętym sposobem, nawet nie za bardzo korzystając z możliwości skracania odległości poprzez pięty wymiar, dotarłam do tych trzech budynków, które znalazłam poprzednim razem. Teraz miałam wrażenie, że znajdują się one nieco dalej od siebie nawzajem, ale uznałam, że nawet jeśli rzeczywiście tak było, nie miało to większego znaczenia. Nie wykluczałam, że takie wrażenie mogłam odnieść po prostu dlatego, że teraz podeszłam bliżej niż poprzednio.
Wiedziałam, że w środku znajdowało się co najmniej kilkoro innych podróżników. Widziałam ich przez otwarte łuki drzwiowe, słyszałam jak czasem ktoś bardziej podnosił głos. Zakładałam, że wszyscy tutaj byli Prawdziwymi Ludźmi.
Dziwnie czułam się z tą świadomością. W końcu wierzyłam w obiektywne istnienie poza moim umysłem tego świata. Ci tutaj, jeśli podróżowali po innych wymiarach dłużej niż ja, mieli tę świadomość wcześniej. Możliwe, że dla nich przyjęcie jej było dużo łatwiejsze i nie trwało aż tak długo. Czy wyczuliby we mnie tę niepewność? Czuliby odór lęku płynący ode mnie w postaci myślokształtów? Bo może oni byli tu na tyle wprawni (albo OŚWIECENI), że widzieli je stale.
- Wchodzisz?
A głosy w głowie rzadko przecież bywają pomocne. Raz na jakiś czas może są. I to tyle.
Odetchnęłam głęboko. Coś mi tu groziło? Co mogliby mi zrobić, krzywo na mnie spojrzeć? Coś sobie pomyśleć? Tylko czy tutaj myśli nie miewały sprawczej siły?
Jednak wbrew sobie jakoś znalazłam się w największym z tych budynków. Kilka par wielce oświeconych oczu zwróciło się ku mnie. Było ich może sześcioro, akurat tak się złożyło że wszyscy płci męskiej. Siedzieli przy małych kwadratowych stolikach, jakich było kilka w tej sali i zajmowali się swoimi sprawami. A były to sprawy zaiste mało oświecone. Jeden siedzący samotnie, blondyn ubrany jak Jedi z „Gwiezdnych Wojen”, miał przed sobą szklankę z napojem, dwaj inni, przy stoliku obok wejścia, swoje naczynia zdążyli wcześniej opróżnić. Pozostali trzej, w czarnych skórzanych strojach w mocno cyberpunkowym klimacie, szybko wrócili do przerwanej rozmowy. Ci zajmowali stolik mniej więcej pośrodku tego lokalu. Najdłużej patrzył na mnie osobnik o chudej twarzy, naprzeciwko którego nikt nie siedział. Zdążyłam zauważyć jego nieprzyjemnie, nienaturalnie chude dłonie, zanim zabrał je z blatu. Nad tą małą grupką latał pod sufitem sokół, prawie na pewno chowaniec któregoś z nich.
Zajęłam miejsce dość taktyczne, to znaczy w rogu, niedaleko drzwi, tak, że za sobą miałam ścianę. W każdej opowieści szpiegowskiej obowiązkowo trzeba siadać właśnie tak.
Obserwowałam trójkę w czerni. Jeden z tych siedzących naprzeciwko siebie rysował żółtą kredą równoległe linie na blacie, pośrodku, jakby dzieląc stół na pół między siebie i kompana z drugiej strony, następnie symetrycznie po obu jej stronach kolejne. Chudy przyglądał się temu, oceniając (?) na ile równo linie zostały narysowane. Chyba uznał, że jest dobrze, bo przytaknął, po czym wszyscy trzej zaczęli negocjować warunki zakładu. Przez chwilę ustalali, kto komu ile drinków postawi jak przegra, po czym po dżentelmeńsku uścisnęli sobie dłonie i od tej chwili umowa stała się wiążąca. A potem w końcu postanowili zademonstrować, o co można zakładać się w Astralu.
Jeden z tych po przeciwnych stronach stołu wyjął z kieszeni płaski krążek podobny do hokejowego i położył go na środku środkowej linii. Pozostali patrzyli mu na ręce z takim natężeniem, że tylko jakimś cudem nie wypalili mu w dłoni dziury na wylot tym wzrokiem. Może ów gość to poczuł, może po prostu był uczciwy, ale na ile mogłam ocenić, położył to równo. Pozostali dwaj z moją oceną też się najwyraźniej zgodzili, bo pokiwali głowami i wszyscy cofnęli się od blatu. Ci z przeciwnych stron stolika położyli ręce płasko na kolanach i skupili uwagę na krążku.
Przez chwilę pozornie nic się nie działo. Pozornie, bo na twarzach tych dwojga widziałam coraz bardziej wytężony wysiłek. Aż czułam tę zagęszczającą się atmosferę. Dosłownie.
Krążek zaczął w pewnym momencie drgać. Przesuwał się bo blacie w stopniu bardzo niewielkim, tylko jego krawędzie podskakiwały coraz bardziej energicznie. Dwa razy na nieskończenie krótką chwilę całkiem oderwał się od powierzchni i upadł na nią z cichym stuknięciem.
Widziałam nad głowami młodzieńców i w mniejszym stopniu wokół nich coraz liczniejsze smugi światła. Powietrze krystalizowało w ostre geometryczne kształty.
Głos w mojej głowie wymruczał cichą zachętę.
- Spójrz głębiej.
Spojrzałam. Nawet nie musiałam się starać, skoro myślokształty same z siebie praktycznie wypływały na powierzchnię.
Ich wytężone skupienie było złotawe i iskrzyło jak świeży śnieg w słońcu. Linie wychodziły z oczu obojga i jak zebrane przez soczewkę skupiały się na krążku.
Pchali obaj, każdy z całych sił, zawzięcie i energicznie, z uporem, który musi zmiażdżyć przeszkodę – albo samego siebie. Ten który z mojego punktu widzenia znajdował się po lewej stronie parł trochę silniej. Świetliste linie drugiego były bardziej zmienne. Białe iskry nagłego zrywu błysnęły między nimi i bezgłośnie zgasły. I kolejne szarpnięcie.
To był błąd, bo w tym ujawniała się słabość. Wysiłek dzielił się na krótkie nagłe zrywy. Kiedy tylko zryw opadał, przeciwnik napierał mocniej, swoim stałym uporem. Tym sposobem krążek pierwszy raz zsunął się z środkowej linii i przesunął się w stronę słabszego zawodnika. Ten pchnął w kolejnym zrywie i trochę go oddalił. Tylko trochę, bo już nie do osi. I przez chwilę znów pchali obaj, do momentu, kiedy ten silniejszy drugi raz przełamał opór. Przełamał go tak jeszcze dwa razy, zanim zadał ostateczny cios własnym nagłym zrywem. A ten zryw nie był już rozpaczliwy. Zwyciężyła mobilizacja.
Krążek przesunął się poza drugą linię, tę bliżej słabszego z młodzieńców. Obaj w tej chwili odpuścili, dając temu wyraz głośnym westchnieniem. Tu kończyła się chwilowa nadprzyrodzona wzniosłość. Już zaczęli się śmiać, już poklepywali się kumpelsko po plecach, ten trzeci krzyknął, że czas się napić.
Byłam zasadniczo pogodzona z tym, że więcej osobliwości tu nie zobaczę, kiedy nagle w kącie, nad niewielkim podwyższeniem, na które wcześniej nie zwracałam uwagi, ściana zaczęła migotać. Na szaroniebieskim tle wykwitły rzędy symboli, po czym otworzył się portal. Dosłownie niebiańskie wrota z falującego światła. Z tej bramy wypłynęła – tak, ona naprawdę prawie płynęła – wyjątkowo urodziwa istota.
Miała w sobie coś z driady, powiedziałabym, że tak właśnie wyglądałaby driada, która dorosła. Smukła dziewczyna miała skórę brązowawą, po odsłoniętych częściach ciała mogłam stwierdzić, że w pręgi i cętki w rozmaitych odcieniach jesiennych liści, które łącznie musiały tworzyć złożony symetryczny wzór. Burza brązowych falujących włosów z rudawym połyskiem opadała jej na ramiona. W przeciwieństwie do driad, ta istota była wzrostu mniej więcej dorosłej kobiety, miała tylko trochę inne proporcje ciała, co podkreślał jej obcisły czarny strój. Gdyby do tego miała ostro zakończone uszy, mogłaby uchodzić za elfa. Jeżeli uznałoby się driady za boginki wiosny i wczesnego lata, ta dziewczyna byłaby uosobieniem jesieni.
Piękna istota niosła dwie szklanki z zielonkawym płynem. Podeszła do stolika przy drzwiach, postawiła te szklanki przed siedzącymi i wzięła z blatu puste. Z uśmiechem skinęła głową, odwróciła się na pięcie i powoli ruszyła w stronę portalu, który stracił trochę ze swojego blasku.
- Do was zaraz wrócę! - krzyknęła jeszcze do tych w skórach i czerni, i tyle ją widzieli. Zniknęła a przejście zamknęło się za nią.
Teraz, kiedy zwracałam na to uwagę, zauważyłam, że ściana w kącie nad tymi dwoma płaskimi stopniami podwyższenia nie była całkiem gładka. Tam cały czas musiały znajdować się ledwie widoczne znaki, nieznacznie tylko ciemniejsze od tła. Podeszłabym bliżej, żeby się temu przyjrzeć, gdybym tylko była tu sama.
A potem podeszłabym do tej dziwnej istoty, tej driady-nie-driady. Może spróbowałabym jej dotknąć.
- O ile nie jest Prawdziwa.
Tak, o ile nie była Prawdziwa, jasne. Zawsze mogłam to sprawdzić.
- Jakoś tego nie zrobiłaś.
Też prawda, nie zrobiłam. Mogłam zrobić.
- Zrobię to jak wróci.
- JEŚLI wróci.
- Wróci. Przecież przed chwilą powiedziała.
Byłam pewna, że wróci i jeszcze bardziej pewna, że nic nie zrobię. Nic poza sprawdzeniem, z czym właściwie miałam do czynienia. Nie jeśli tuż obok było sześciu innych Prawdziwych mogących obserwować każdy mój ruch.
- Byłoby głupio, co?





