30-11-2019, 03:10
Dzień 30
Chyba niczego nie nauczyłam się z własnego doświadczenia – i może właśnie dlatego miałam takie silne ciągoty, żeby się jeszcze douczyć.
Wystarczyło, że pojawiłam się w tej cudownej Nibylandii kolejny raz, żeby zdrowy rozsądek i instynkt samozachowawczy natychmiast wyparowały. Jeszcze poprzedniego dnia powiedziałam sobie, że powinnam wstrzymać się z dalszymi radosnymi zabawami w teleportację, dopóki nie dowiem się, czy nie niesie to ze sobą poważnych zagrożeń, teraz wręcz nie mogłam się doczekać kolejnej próby. Zresztą, czy naprawdę był lepszy sposób na sprawdzenie tego niż przekonanie się na własnej skórze? Kto inny mógł mi w tym pomóc? Kiri? Ona chyba robiła to w całkiem inny sposób.
Gdy wydarzy się coś złego, pijesz, żeby zapomnieć. Kiedy zdarzy się coś dobrego, pijesz, żeby to uczcić. A jeśli nie wydarzy się nic szczególnego, pijesz po to, żeby coś się działo.
~Charles Bukowski „Kobiety”
Mój nagły strach również miał to do siebie, że był, no cóż, nagły. Chwilowy. Silny, kiedy się pojawiał, ale dość szybko słabł z upływem czasu. A kiedy ustępował, byłam raczej niezadowolona z samej siebie, że w ogóle mu uległam. Tak naprawdę nie chciałam, żeby wydarzenia, które mnie do takiego stanu doprowadziły, nie powtórzyły się w przyszłości. Nadal byłam ciekawa ich natury i przyczyny i prędzej czy później starałabym się, nawet nie całkiem świadomie, podobne sytuacje sprowokować.
W jakimś stopniu czułam na przykład, jak owo tajemnicze boskie jądro, żywe serce astralnej wszechrzeczy, ciągnęło mnie do siebie. Nadal próbowałam rozsądnie trzymać dystans, ale gdzieś w głębi miałam ochotę przy najbliższej możliwej okazji rzucić się w jego niezrozumiałą otchłań jak ćma oczarowana płomieniem świecy.
Tamta potrzeba nie była w tym momencie zbyt silna, obecnie w zupełności zadowalała mnie zwykła, pozornie niewinna teleportacja. Mogłam podejść do tego spokojnie, ze świeżym umysłem, mentalnie wypoczęta…
- Pełna entuzjazmu i gotowa na poniesienie ewentualnych konsekwencji.
- A żebyś wiedziała – odparłam zdecydowanym tonem, nie próbując rozglądać się i szukać Kiri pośród bibelotów na półkach. Wiedziałam, że ona nawet nie musiała w tym momencie być ze mną w salonie.
Do pierwszej próby wybrałam Dhihrung-Jetter. To miejsce mogłam uznać za względnie bezpieczne do podobnych eksperymentów.
Przed skokiem na wszelki wypadek wyszłam z salonu. Zamierzałam jeszcze wyjść przed dom, ale nakazałam sobie zatrzymać się na korytarzu, pomiędzy drzwiami kuchni a pierwszymi schodami na górę. Dość już unikania, musiałam zaryzykować. W końcu i tak kolejna próba mogła być potencjalnie bardziej niebezpieczna. Większe ryzyko było przy znikaniu z zamkniętych pomieszczeń czy przy pojawianiu się we wnętrzach?
Właściwe słowa znałam doskonale, w końcu dzień wcześniej powtarzałam je niemal do porzygu. Zatem trzy… dwa… jeden…
I wypłynęłam na suchego przestwór oceanu. Żółtawe, długie i wąskie trawy łagodnie falowały wokół mnie. Tam gdzie stałam, sięgały mi prawie po kolana. Kiedy rozejrzałam się pobieżnie wokół, zauważyłam za sobą dość szeroką żwirową drogę. Widziałam, że dalej prowadzi ona do grupy niewielkich budynków, później, wracając, mogłam przyjrzeć się temu z bliska. Miałam czas.
- ziin Lamgdo-S’Thir – powiedziałam, na wszelki wypadek głośno i wyraźnie.
Kiedy poczułam, jak wciąga mnie pomiędzy wymiary, pomyślałam przelotnie, że przecież nie miałam powodu, żeby kiedykolwiek przypuszczać, że to NIE zadziała. Mechanizmy powinny być stałe…
Dla kontrastu znalazłam się w ciemnościach. Przez chwilę musiałam wytężać wzrok, zanim z miękkiej czerni wyłoniły się regularne, geometryczne kształty skalnych półek. Ściany korytarzy o niemal kwadratowym przekroju rzeźbione były w złożone z prostych linii wzory. Kiedy byłam już w stanie widzieć je względnie dobrze, mogłam dostrzec, że zmieniają się cyklicznie, na przemian prawie wygładzając i znów pogłębiając, czasem tworząc dodatkowe, słabiej zaznaczone kreski. Te widziane kątem oka zdawały się zmieniać w większym stopniu – miałam też wrażenie, że szybciej. I to drugie mój umysł chciał odrzucić znacznie bardziej.
Zeszłam ze skalnej półki na względnie równe podłoże najszerszego korytarza. Tędy była największa szansa na znalezienie wyjścia. Zamierzałam znaleźć te drzwi, które miałam okazję oglądać wcześniej z drugiej strony. Kiedy byłam tu po raz pierwszy nie myślałam, że pierwszy raz będę przechodzić przez nie w tak nieoczekiwanym kierunku. No cóż, tutaj wszystko mogło się zdarzyć.
Zależało mi na wydostaniu się na zewnątrz, na płaskowyż tymi drzwiami, ale w razie czego miałam plan awaryjny. Nawet dwa… albo… oczywiście, że tak! Naprawdę miałam trzy plany awaryjne. Mogłam przenieść się do Lamgdo, co ze względu na bliskość tych dwóch lokalizacji samo w sobie mogło być ciekawym eksperymentem. Mogłam cofnąć się o krok i znów znaleźć się w Okręgu Jetter, była to stabilna pewność, na którą zawsze mogłam liczyć. Wreszcie trzecia możliwość, najlepiej w swej niezawodności sprawdzona, od zawsze moja ostatnia deska ratunku – czy może raczej niewielka płytka – wisiała na rzemieniu na mojej szyi. Czy mogłabym się bać, będąc niespodziewanie tak bardzo przygotowana na każdą ewentualność? Na razie mogłam bez lęku szukać drogi wśród podobnych korytarzy, wśród zacierających się i powracających po chwili płaskorzeźb, wśród kamiennych konstrukcji, których ciężkie ruchome elementy obracały się albo przesuwały leniwie. Mijałam wynurzające się ze sklepienia albo ścian kanciaste rury, nieraz przechodziłam nad rumowiskami w miejscach, gdzie korytarz zamieniał się bardziej w kamienny most. I nieraz w niszach po obu stronach mojej drogi, na ścianach, czy wprost na kamiennym podłożu przed sobą widziałam kręgi poprzecinane liniami, opatrzone symbolami rozety i mandale. Ułożone w geometryczne kształty ciągi run świeciły słabym blaskiem, złotawe, jaskrawoczerwone, pomarańczowe i błękitne. Kod Matrixa, jawny, obnażony, czytelny dla tych, którzy zdążyli poznać ten świat dużo lepiej niż ja do tej pory.
Dotarłam do drzwi, na końcu korytarza, który ledwie dostrzegłam w cieniu ogromnej maszynerii wypełniającej większą pieczarę. Wbiegłam do niego, mijając rury, kotły i tłoki, wśród wilgotnej pary, zrywając podobne do długich włosów porosty, które pokrywały konstrukcję. Uderzyłam otwartymi dłońmi w zimną kamienną powierzchnię na końcu tej drogi. Otwórz się lepiej, cholerny Sezamie!
Wyszłam na zewnątrz. Przeskok przez wymiary trochę szarpał, ale ogólnie było w porządku. Mogłam uznać, że test zakończył się powodzeniem. Z poczuciem dobrze wypełnionego zadania, cofnęłam się do ostatniego punktu, z którego się teleportowałam.
Dotarłam do widzianej wcześniej drogi i na ten czas pozwoliłam, żeby zewnętrzny czynnik nadawał kierunek mojej wędrówce. I tak zbaczałam z trasy przy każdej okazji, kiedy tylko w zasięgu wzroku i względnie blisko zobaczyłam coś interesującego. Najczęściej były to skalne formacje o fantazyjnych kształtach, niektóre wyglądające jak zwyczajny kamień albo piaskowiec, inne tworzone przez kryształy albo wręcz jak pozlepiane ze sobą obłe formy odlane ze szkła. Te ostatnie miały czyste barwy i najczęściej nic na nich nie rosło. Trudno byłoby jakiegokolwiek formie rośliny, porostu albo grzyba znaleźć jakiś punkt zaczepienia na takiej gładkiej powierzchni. Kilka razy zauważyłam też mniejsze i większe kamienne odłamki wiszące w powietrzu, od kilkudziesięciu centymetrów do kilku metrów nad ziemią. Występowały one w skupiskach po co najmniej kilkanaście sztuk o różnych średnicach. Najmniejsze z nich były dwukrotnie mniejsze niż moja głowa, największe mogły mieć średni promień półtora metra. Na dłużej zatrzymałam się przy jednej takiej grupie, chcąc zbadać owo zjawisko z bliska. Próbowałam przesuwać mniejsze kamienie, co na wiele się nie zdało. Miałam niewielki wpływ na ich położenie w przestrzeni, swobodnie udawało mi się najwyżej obracać je wokół dowolnej osi. Możliwości kontroli bardzo szybko malały wraz ze średnicą, niespełna półmetrowe obiekty były już niemal nie do poruszenia.
To, co z jednego punku widzenia stanowiło wadę, w innym aspekcie mogło być zaletą. Przy takiej stabilności mogłam spróbować wejść po nich na głazy zawieszone wyżej. Ich nieregularna powierzchnia umożliwiała chwyty i dawała podparcie stopom, trochę pomagały mi też kępki sztywnej trawy i niewielkie krzewy rosnące na co większych odłamkach. Czasami odległości między głazami były na tyle duże, że nie mogłam po prostu przejść, nawet wykorzystując zawieszone pomiędzy nimi w powietrzu niewielkie kamienie, wówczas musiałam skakać. Jakieś pięć metrów nad ziemią, kiedy stałam na największym odłamku w tym zbiorowisku, powiedziałam sobie dość. Przykucnęłam, podpierając się rękami i pozwoliłam sobie na satysfakcję z tego nieistotnego, pozbawionego głębszego znaczenia osiągnięcia. Byłam w końcu podróżnikiem, czyż nie? Nie każda niewinna wycieczka musi kończyć się na szczycie jakiegoś ośmiotysięcznika.
Z miejsca, w którym się znajdowałam, do poprzednio widzianych budynków było już niedaleko. Wystarczająco, żebym mogła widzieć szczegóły, niebieskoszare ściany, wysokie, wąskie okna bez szyb, szerokie, otwarte łuki drzwiowe i niebieskie albo fioletowe dachy, prawie płaskie, trochę stylizowane na strzechę. Budynki były trzy, z czego dwa praktycznie idealnie naprzeciwko siebie, po obu stronach drogi. Widziałam, jak kilka osób kręci się w ich okolicy, jak wchodzą do środka albo przechodzą od jednego budynku do drugiego.
Ożywiłam się. To byli Prawdziwi Ludzie czy nie?
Przysunęłam się do krawędzi głazu najbliżej jak mogłam. Skoncentrowałam się na budynkach i ludziach wokół nich. Nie miałam pewności, czy odległość i tak nie była zbyt duża, żeby czegokolwiek próbować. Jeśli w ogóle w wielowymiarowej rzeczywistości odległość miała jakiekolwiek znaczenie…
Wyciszyłam się. Podróżniczka Maddigan przechodzi w tryb odbioru. Melduję gotowość do akcji.
Próbowałam skanować otoczenie wokół widocznych na zewnątrz postaci. Planowałam ostrożnie sięgać do ich umysłów. Spodziewałam się, że mają te ochronne pola siłowe, które potrafiłam już chyba rozpoznawać jako coś charakterystycznego. Mogłabym poeksperymentować trochę z odkrywaniem ich identu, ale po pierwsze nie wiedziałam czy taka bardziej bezpośrednia, precyzyjna operacja nie wymagałaby jednak zmniejszenia dystansu, a po drugie zwyczajnie nie wiedziałam, czy mi wolno. Nie miałam bladego pojęcia, czy takie rzeczy są tu dozwolone, czy raczej źle widziane. Obowiązywały tu jakieś zasady dotyczące ochrony danych osobowych?
Mimowolnie się spięłam. Musiałam jakoś nieświadomie próbować się bardziej zbliżyć bo w pewnym momencie, kiedy weszłam nieco głębiej w trans, nagle poczułam, jak tracę stabilny punkt podparcia. Ręce osunęły mi się po krawędzi głazu, środek ciężkości ciała znalazł się w innym miejscu. Za bardzo z przodu, zdecydowanie za bardzo z przodu! Przekoziołkowałam i poleciałam w dół.
Jedyne co mogłam zrobić, to zamknąć oczy. Z tego, że wyciągnęłam ręce na boki, próbując rozwartymi palcami chwytać powietrze, nie do końca zdawałam sobie sprawę. Przynajmniej do momentu, w którym czas odczuwalnie zwolnił.
Tak, właśnie tym razem zwolnił. Nie przyspieszył jak wtedy, kiedy spadając pierwszy raz, z mniejszej wysokości, przypadkowo odkryłam piąty wymiar. Wyraźnie poczułam opór. Powietrze zgęstniało, jakby w odpowiedzi na mój wewnętrzny krzyk strachu. Taki był ten astralny raj? Ten świat mógł nas chronić w razie potrzeby, żebyśmy nie doznali szkody?
bo swoim aniołom dał rozkaz o tobie,
aby cię strzegli na wszystkich twych drogach.
Na rękach będą cię nosili,
abyś nie uraził swej stopy o kamień.
Biblia Tysiąclecia, Ps 91,11-12
Nie mogłam WIDZIEĆ, co właściwie się stało. Nie zdążyłam. Otworzyłam oczy, kiedy już leżałam na plecach na ziemi. Zgiętymi jak szpony palcami ściskałam źdźbła trawy. I widziałam, że moje dłonie… parowały? Parowało chyba całe moje ciało, widziałam mgiełkę i drgające smugi wokół siebie. Niektóre z nich miały nawet słabą, żółtawą barwę. Moja energia? Nawet by mnie to nie zdziwiło, gdybym w takiej sytuacji zaczęła coś emitować. Chciałam jeszcze poszukać ewentualnych uwidocznionych myślokształtów, ale nie zdążyłam.
Bo zdałam sobie sprawę, że, jak to zwykle w potencjalnie kompromitujących sprawach bywa, nie byłam sama.
Bo zdałam sobie sprawę, że, jak to zwykle w potencjalnie kompromitujących sprawach bywa, nie byłam sama.
Kilkanaście metrów ode mnie stał młody człowiek w czarnej koszuli i obcisłych skórzanych spodniach. Byłam pewna, że znalazł się tu właśnie z mojego powodu.
- Wszystko w porządku, prawda? - spytał pogodnym tonem. Od tego głosu mogłabym znowu pogrążyć się w rozmyślaniach o aniołach w niebiosach. Ale zamiast tego zmusiłam się, żeby wstać. Nawet zdołałam się uśmiechnąć, prawie tak jak on. I odpowiedzieć, jak to w takich sytuacjach zawsze wypada, że oczywiście, wszystko jest w jak najlepszym porządku i bardzo dziękuję. Dopiero po tych uprzejmych wyświechtanych banałach wyrzuciłam z siebie małą próbkę czegoś, co było nawet w części prawdą.
- Po prostu coś próbowałam sprawdzić.
I poczułam, że w tym momencie chyba nic sprawdzać nie musiałam. Byłam prawie pewna, że oto mam przed sobą Prawdziwego Człowieka. Chociażby z tej prostej przyczyny, że przedstawiciel miejscowej sztucznej inteligencji raczej nie zainteresowałby się moim upadkiem.
Nieznajomy życzył mi jeszcze powodzenia w dalszych eksperymentach cokolwiek planuję i, ciągle z tym pogodnym uśmiechem, odwrócił się i wolno ruszył ku tamtym budynkom. Dopiero teraz zauważyłam, że kilkanaście kroków za nim czekało na niego stworzenie podobne do sarny albo jakiegoś innego jeleniowatego, niewielkie, z czterema czarnymi pręgami wzdłuż grzbietu, doskonale widocznymi na płowo-rudej sierści. Domyśliłam się, że to był chowaniec tego człowieka.
Wahałam się, czy pójść za nim i wmieszać się w niewielką grupkę, czy może lepiej najpierw doprowadzić się do porządku. Powrót do siebie też nie byłby najgorszym pomysłem. Notatki do uzupełnienia czekały, a miałam do zapisania sporo spostrzeżeń.
No i wtedy wszedł on. Cały na biało. A przynajmniej z białymi skrzydłami.
Mówiłam, że los miał mi przysłać cholernego anioła…
Ireasz wylądował na jednym z lewitujących głazów i usiadł na nim ze skrzyżowanymi nogami. Spytał mnie, czy dobrze się bawię i wyraził jakiś rodzaj zadowolenia, że znalazłam miejsce, gdzie mogłam spotkać innych podróżników. Odpowiedziałam mu z zadowoleniem jeszcze większym, że odkryłam w ostatnich dniach dużo więcej ciekawych rzeczy i miejsc. Powiedziałam o moich eksperymentach, o zaglądaniu w Strukturę i przede wszystkim o teleportacji. O tym, że już sama doświadczalnie mogłam potwierdzić, jak to jest z tym powrotem i że mogłam tak po prostu dostać się, gdzie tylko chciałam. Że odtąd cały ten świat stał przede mną otworem.
Sama w końcu zdałam sobie z tego sprawę, kiedy powiedziałam to na głos. Poczułam to i zrozumiałam, co to znaczy. Mogłam wkrótce zyskać znaczną swobodę ruchu.
Ireasz kilka razy się zaśmiał, przytaknął, skinął głową. I patrzył na mnie tak jakoś… pobłażliwie? Bawiło go to, co mówiłam?
Powiedziałam mu o tym, jak przy którejś próbie coś poszło nie tak. Jak wpadłam w pustkę, wyleciałam na chwilę poza rzeczywistość.
- To się dzieje za każdym razem – wyjaśnił Ireasz, potwierdzając moje obawy – Tylko najczęściej znacznie szybciej.
Czy nie tego właśnie mogłam się spodziewać? Spytałam, czy to może być niebezpieczne, tak bardziej dla formalności. I kolejna odpowiedź też była czymś, czego chyba powinnam się spodziewać.
- Oczywiście, że nie.
Powinnam poczuć się spokojniejsza i trochę tak się nawet poczułam. A Ieasz nadal siedział na tym kamieniu i patrzył na mnie. Tak patrzył na mnie z góry. Patrzył z wysokości tego lewitującego kawałka głazu i z wysokości swoich dwóch lat przewagi nade mną.
Aż się mój młody, przedwczesny entuzjazm musiał zawstydzić i schował się do kąta z podkulonym ogonem. Miało dziecko swoje pięć minut zabawy. Mentor tylko pokiwa głową, uśmiechnie się pod wąsem… Jakby ten prawie dzieciak chociaż miał te wąsy!
Zrobiło się Głupio.
Musiałam o tym wszystkim mówić w taki sposób, jakbym ogłaszała wielkie odkrycie, które zmieni świat? Jakiej właściwie reakcji oczekiwałam?
- Po co poprzestawać na jednym świecie, od razu spróbuj zmienić oba – Kiri jak zwykle próbowała wcisnąć mi kolejną porcję coachingowej propagandy. W myślach odpowiedziałam jej, że w fizycznym świecie mam małe szanse, biorąc pod uwagę, że tam nie mam jej przy swoim boku. Chyba poskutkowało, bo żaden głos w mojej głowie więcej się nie odezwał.
Ireasz zeskoczył w końcu na ziemię i stanął obok mnie. Przynajmniej teraz nie przypominał oświeconego guru obserwującego swojego nieporadnego uczniaka.
- Przejdziemy się? - spytał.
- Jasne.
Przejdziemy się na spacer, po prostu. Na zwykłą niewinną wycieczkę, która nie musi się kończyć na szczycie ośmiotysięcznika.





