05-09-2019, 18:26
Przed kimś uciekałem. Oczywiście jak zwykle dużo się działo, ale nie pamiętam. Skradałem się pomiędzy korytarzami i przechodziłem przez drzwi. Prawie mnie złapała czarownica wampirzyca. Byłem zawieszony w powietrzu w świetlistym kurzu, nie widziałem swojego ciała i nie mogłem się poruszyć. Przypomniałem sobie, że trzeba, tak jak pisał Castaneda, się patrzeć na stopy. Zauważyłem swoje stopy i mogłem się ruszyć. Raczej miało się patrzeć na ręce, też zobaczyłem jak macham dłońmi. Widziałem tylko stopy i dłonie. Wyszedłem stamtąd przez, któreś z drzwi, świeciło mocno słońce. Widziałem jak jakaś dziewczynka idzie z dziadkiem na rozpoczęcie szkoły. Poszedłem za nimi. Niby miałem na nią czekać. Przed wejściem do szkoły było zeschnięte drzewko. Poszedłem je podlać. W tej chwili zostało zasłonięte stołami przed, którymi ktoś siedział, ale jakoś je podlałem. Wszedłem do szkoły. Kątem oka zobaczyłem jakąś dziewczynkę z różowym plecakiem ubraną całą na różowo. Spojrzałem na nią. Miała dziwnie zniekształconą twarz, aż się wzdrygnąłem. Przeniosło mnie do łazienki. Powiedziałem jej, aby zaczekała. I ją, tą filiżankę, odstawiłem na wannę w miejsce z numerem osiem (?). Umyłem zęby. Jak wyszedłem z łazienki, wziąłem tą filiżankę, bo mieliśmy wyjść z domu. Okazało się, że na tej filiżance nie było ósemki tylko szóstka (?).





