24-08-2019, 00:52
# Zepsuty prawie-WILD i paraliż senny
#Położyłam się po południu z zamiarem niezbyt długiej drzemki.
Kilka urywkowych losowych scenek, nie zapamiętałam ich.
# Miałam wrażenie, że one wszystkie, wraz z tym dalej opisanym, łącznie zajęły ułamki sekund.
W pewnym momencie pojawiłam się w tym samym pomieszczeniu, w którym się położyłam. Wszystko miało żółtawy odcień, tak jakby było tam zapalone światło, efekt był nawet silniejszy niż w realu. Ja siedziałam na kanapie, a może przykucnęłam na podłodze przed nią, opierając się o krawędź siedziska. Trzymałam mój stary niebieski segregator, w którym miałam zebrane wiersze. O ile dobrze zrozumiałam, według fabuły byłam dopiero w połowie akcji z przepisywaniem i paleniem kartek. Ktoś [moja siostra albo kuzynka?] powiedział mi, że zobaczył w tym segregatorze więcej kart tytułowych, niż powinno być. Odpowiedziałam, że to niemożliwe, ale otworzyłam segregator i zaczęłam nerwowo przerzucać kartki, żeby sprawdzić. Zobaczyłam obok siebie dwie żółte kartki, jedną pustą, druga miała na dole jakiś rysunek, był on na odwrocie i prześwitywał. Powiedziałam sobie, że to nie może być rzeczywistość, bo to tak nie wyglądało. Przez to pomyślałam, że to sen.
Jak się uświadomiłam, chwilę później straciłam wzrok. Cały świat zrobił jakiś obrót, poczułam, że rzuca mnie na podłogę. Leżałam zawieszona w pomarańczowej próżni - jakbym miała zamknięte oczy będąc w jasno oświetlonym pomieszczeniu. Czułam dotykiem twardą powierzchnię pod plecami - to chyba przebijały bodźce z ciała z rzeczywistości.
# Czucie po chwili jeszcze bardziej wróciło do mojego prawdziwego ciała.
Dalej widziałam pod powiekami to pomarańczowe światło, ale bardziej przygaszone. Miałam rodzaj wiedzy, że pomieszczenie jest mniejsze niż naprawdę jest. Potem zaczęły się halucynacje słuchowe, typowe dla paraliżu sennego u mnie. Głosy, głównie ciotki, babci i kuzynki, wypowiadające przypadkowe zdania. Najczęściej słyszałam ciotkę, jej głos przemieszczał się, jakby przeskakiwał, słyszany był za każdym razem z innego kierunku. W którymś momencie usłyszałam, że ona otwiera główne drzwi, które, jak w jakiś sposób to odczuwałam - znajdowały się dużo bliżej niż na jawie. Potem powiedziała coś o tym, żeby ktoś z nas zamknął za nią jak wyjdzie. Zwróciłam uwagę, że w tych halucynacjach występują pełne zdania, dłuższe niż kiedykolwiek wcześniej, nawet jeśli kolejne nie są w żaden sposób związane z poprzednimi. Oprócz tego przebijał gdzieś z góry głos dziecka - dopuszczałam możliwość, że to dochodzi z jawy, zanim zasnęłam słyszałam ten głos z któregoś mieszkania wyżej.
Wiedziałam, że to wszystko efekty paraliżu, że to nie jest prawdziwe, ale jednocześnie czułam rodzaj niepokoju, jakąś konieczność ukrywania się, nie chciałam zostać "dostrzeżona". Nie pierwszy raz przy paraliżowych jazdach tak miałam. Miałam nadzieję, że nieistniejące tu i teraz osoby pomyślą, że po prostu śpię, że zdołam jakoś ukryć, że w rzeczywistości jestem w jakimś dziwnym stanie. Tak, jakby coś mi groziło, gdyby to się wydało. A cały czas przy tym wiedziałam, że naprawdę jestem w mieszkaniu sama.
=================================================================
# Nie rozumiem tego stanu umysłu w czasie paraliżu. Niby jestem wystarczająco świadoma, wiem co się dzieje i że w każdej chwili mogę to przerwać, jeśli będę chciała, ale jednocześnie te natrętne myśli o ukrywaniu się przed wytworami własnego umysłu. Nie jest to bardzo silny strach i nawet wtedy jestem w stanie pomyśleć, że nie ma on sensu, ale to nic nie zmienia
#Położyłam się po południu z zamiarem niezbyt długiej drzemki.
Kilka urywkowych losowych scenek, nie zapamiętałam ich.
# Miałam wrażenie, że one wszystkie, wraz z tym dalej opisanym, łącznie zajęły ułamki sekund.
W pewnym momencie pojawiłam się w tym samym pomieszczeniu, w którym się położyłam. Wszystko miało żółtawy odcień, tak jakby było tam zapalone światło, efekt był nawet silniejszy niż w realu. Ja siedziałam na kanapie, a może przykucnęłam na podłodze przed nią, opierając się o krawędź siedziska. Trzymałam mój stary niebieski segregator, w którym miałam zebrane wiersze. O ile dobrze zrozumiałam, według fabuły byłam dopiero w połowie akcji z przepisywaniem i paleniem kartek. Ktoś [moja siostra albo kuzynka?] powiedział mi, że zobaczył w tym segregatorze więcej kart tytułowych, niż powinno być. Odpowiedziałam, że to niemożliwe, ale otworzyłam segregator i zaczęłam nerwowo przerzucać kartki, żeby sprawdzić. Zobaczyłam obok siebie dwie żółte kartki, jedną pustą, druga miała na dole jakiś rysunek, był on na odwrocie i prześwitywał. Powiedziałam sobie, że to nie może być rzeczywistość, bo to tak nie wyglądało. Przez to pomyślałam, że to sen.
Jak się uświadomiłam, chwilę później straciłam wzrok. Cały świat zrobił jakiś obrót, poczułam, że rzuca mnie na podłogę. Leżałam zawieszona w pomarańczowej próżni - jakbym miała zamknięte oczy będąc w jasno oświetlonym pomieszczeniu. Czułam dotykiem twardą powierzchnię pod plecami - to chyba przebijały bodźce z ciała z rzeczywistości.
# Czucie po chwili jeszcze bardziej wróciło do mojego prawdziwego ciała.
Dalej widziałam pod powiekami to pomarańczowe światło, ale bardziej przygaszone. Miałam rodzaj wiedzy, że pomieszczenie jest mniejsze niż naprawdę jest. Potem zaczęły się halucynacje słuchowe, typowe dla paraliżu sennego u mnie. Głosy, głównie ciotki, babci i kuzynki, wypowiadające przypadkowe zdania. Najczęściej słyszałam ciotkę, jej głos przemieszczał się, jakby przeskakiwał, słyszany był za każdym razem z innego kierunku. W którymś momencie usłyszałam, że ona otwiera główne drzwi, które, jak w jakiś sposób to odczuwałam - znajdowały się dużo bliżej niż na jawie. Potem powiedziała coś o tym, żeby ktoś z nas zamknął za nią jak wyjdzie. Zwróciłam uwagę, że w tych halucynacjach występują pełne zdania, dłuższe niż kiedykolwiek wcześniej, nawet jeśli kolejne nie są w żaden sposób związane z poprzednimi. Oprócz tego przebijał gdzieś z góry głos dziecka - dopuszczałam możliwość, że to dochodzi z jawy, zanim zasnęłam słyszałam ten głos z któregoś mieszkania wyżej.
Wiedziałam, że to wszystko efekty paraliżu, że to nie jest prawdziwe, ale jednocześnie czułam rodzaj niepokoju, jakąś konieczność ukrywania się, nie chciałam zostać "dostrzeżona". Nie pierwszy raz przy paraliżowych jazdach tak miałam. Miałam nadzieję, że nieistniejące tu i teraz osoby pomyślą, że po prostu śpię, że zdołam jakoś ukryć, że w rzeczywistości jestem w jakimś dziwnym stanie. Tak, jakby coś mi groziło, gdyby to się wydało. A cały czas przy tym wiedziałam, że naprawdę jestem w mieszkaniu sama.
=================================================================
# Nie rozumiem tego stanu umysłu w czasie paraliżu. Niby jestem wystarczająco świadoma, wiem co się dzieje i że w każdej chwili mogę to przerwać, jeśli będę chciała, ale jednocześnie te natrętne myśli o ukrywaniu się przed wytworami własnego umysłu. Nie jest to bardzo silny strach i nawet wtedy jestem w stanie pomyśleć, że nie ma on sensu, ale to nic nie zmienia





