29-07-2019, 22:35
Dzień 26
Zrobiłam niewielki postęp we „Wtajemniczeniu do Hermetyzmu”. Przynajmniej w czytaniu. Realnego wtajemniczenia nie odczułam. Powróciła motywacja do medytacji i prób wyciszania umysłu. Umiałam może wejść w trans, miałam wrażenie, że to wystarcza do podjęcia jakichś działań, ale daleko było mi do idealnego wewnętrznego spokoju. A hermetyzm wymaga duchowej dyscypliny.
Tak właśnie postanowiłam się Zdyscyplinować, aby wspomóc swój Wewnętrzny Rozwój.
Pierwsze kroki opisane przez Bardona wydawały się łatwe, chociaż z tego, co zdążyłam pobieżnie przejrzeć, dalej miało być coraz bardziej pod górkę. O ile zrozumiałam, wszystko miało kolejno następować na drodze powolnego płynnego przejścia. Na takie wyjaśnienie mogłam przystać. W końcu to miał być wzrost a jak wiadomo, potężne drzewa rosną powoli.
Jest to moc ponad moce, siła posiadająca siłę wszelkiej mocy, gdyż przezwycięży każdą subtelną rzecz i przeniknie każdą litą rzecz. [...]
Z niej są zrodzone różnorodne cuda, do których osiągnięcia podano tu wskazania.
~Tablica Szmaragdowa. Rzekomo Hermes Trismegistos
Szybko stwierdziłam, że mogłabym uznać, że jedną rzecz w znacznym stopniu opanowałam. Oddzielenie od siebie poszczególnych sfer życia. Moje astralne wędrówki i moja codzienność w fizycznym świecie sposób naturalny stały się dla mnie odrębne. Mechanizm, o którym już wspomniałam, wydatnie ów proces rozdzielenia ułatwiał. Czy coś, co przychodzi bez wysiłku, może być cnotą?
-Chyba się domyślasz, co na ten temat powie dowolna mainstreamowa religia…
Głos sumienia już miałam, o to też nie musiałam zbytnio się starać.
Kiri stała na stoliku, przyglądając mi się z rozbawieniem. Nie musiałam się domyślać jej uczuć, po prostu to WIEDZIAŁAM. W jakiś sposób zaczęłam ją wyczuwać, nawet jeśli było na razie słabe, niemal na granicy autosugestii.
Leżałam rozciągnięta na łóżku, w tej samej sypialni, w której przeprowadzałam swoje pierwsze próby emitowania energii. Możliwe, że w tym domu były – albo okresowo bywały – inne, ale na chwilę obecną jedna w zupełności wystarczała mi do szczęścia. Obok mnie spoczywał otwarty notatnik. No, to kolejny punkt mogłam uznać za zaliczony. Swój dziennik postępów już miałam.
- To nie powinien być przypadkiem dziennik przeznaczony WYŁĄCZNIE do tego?
Milcz, głosie! Apage. Zresztą w tej kwestii najprawdopodobniej miałam słuszność. W końcu opisywałam tu wytrwale swoje odkrycia dokonywane w duchowym świecie, będące chyba z definicji częścią mojego ogólnie pojętego rozwoju.
- Chcę ci pomóc. Poza tym o ile dobrze rozumiem odrobina samokrytyki też jest częścią tego duchowego treningu…
- Mam wrażenie, że część mojej jaźni odpowiedzialna za samokrytykę jest już dość mocno rozwinięta.
Przymknęłam oczy. Miałam wrażenie, że celowo szukam usprawiedliwień dla odkładania w czasie faktycznych ćwiczeń umysłu. Byłam w tym podobna do wszystkich pożal się Boże amatorskich biegaczy i miłośników zdrowego stylu życia, dla których wszelkie zmiany w życiu kończą się na gadaniu. Aż mną wstrząsnęło od nagłego wstrętu. Pozwoliłam, żeby obrzydzenie do samej siebie wzrosło i napęczniało niczym wrzód, do chwili, kiedy zostanę zalana duchową ropą.
Gwałtownie wstałam, stabilnie stawiając stopy na podłodze. To było moje pierwsze małe zwycięstwo, pierwszy krok na trudnej drodze, na której zapewne czekał mnie jeszcze niejeden upadek. Ale nie było jeszcze tak pięknie, nie od razu. Zaraz na początku drogi zboczyłam z kursu. Tak dokładnie to w kierunku garderoby.
Zasłona ze sznurów koralików wyglądała tak jak wcześniej, dlatego nie zastanawiając się, rozsunęłam je i dałam krok do przodu. Tutaj wszelkie podobieństwo gwałtownie się kończyło. Miałam przed sobą coś w rodzaju sporej groty wydrążonej w litym kawału drewna. Z jej ścian wyrastały żywe gałęzie, na których nieokreślona inteligentna siła rozmieściła wieszaki z ubraniami. Oprócz tego we wnętrzu znajdowało się kilka niskich szafek i skrzyń. To wszystko bez problemu znajdowało się w moim zasięgu, na wszelki wypadek jednak spojrzałam w górę. Na chwilę zakręciło mi się w głowie. Po Wieży powinnam już do tego przywyknąć, ale nie spodziewałam się tego tutaj. Osobliwa grota zdawała się nie mieć sklepienia, ciągnęła się chyba w nieskończoność w górę, po mniej więcej dwudziestu metrach ginąc w zamglonym mroku. Starałam się nie myśleć o tym, że powyżej tej płynnej granicy widoczności mogło się kryć dosłownie wszystko. Kiedy przeglądałam ubrania, musiałam walczyć z pojawiającym się w głowie obrazem gigantycznego pająka, kilkakrotnie większego ode mnie, porośniętego włosami, pomiędzy którymi świeciły jaskrawą czerwienią liczne pary oczu, powoli schodzącego do mnie po chropowatej drewnianej ścianie. Nic mnie na szczęście nie zaatakowało do momentu, kiedy wybrałam w końcu stosowny strój i opuściłam pomieszczenie. Wychodząc, odczułam pewną różnicę temperatury, w garderobie było chłodniej, powietrze było tam też dużo bardziej wilgotne.
(jak w jaskini na bagnach w sercu wiecznie spowitego mrokiem lasu)
Zeszłam na dół, do kuchni, odziana w prosty jasny strój, luźne spodnie i tunikę, wielokrotnie okręcona w talii materiałowym pasem. Wyglądałam w tym trochę jak bohaterka anime. To był strój ucznia. Chwilę później, popijając jaśminową herbatę i mimowolnie słuchając jednym uchem beztroskiej paplaniny Hissa i Dudu, pomyślałam o tym, że naprawdę muszę spiąć tyłek i wziąć się do pracy nad sobą.
Zrobiłam to. Mogę uczciwie powiedzieć, że usiadłam do medytacji i starałam się naprawdę wyciszyć. Wybrałam sobie do tego celu jeden z foteli w salonie, rozsiadłam się w nim ze skrzyżowanymi nogami, rozluźniona, wygodnie opierając plecy. Nie jestem pewna, ile dokładnie czasu poświęciłam na ćwiczenie… A może powinnam? Czy takie szczegóły także należało dokładnie zapisywać?
Kazałam głosom wątpliwości łaskawie się zamknąć. Martwić mogłam się później. Teraz nie był na to czas. Duch Franza Bardona, jeśli gdzieś tu przebywał, powinien być ze mnie zadowolony.
W którymś momencie miałam wrażenie, że do pokoju wtargnęła Kiri. Nie otwierałam oczu, żeby to sprawdzić, moja tulpa szczęśliwie wybrała taki czas, kiedy pokusa nie była zbyt silna. Nie potrafiłabym wyjaśnić w jaki sposób wiedziałam o jej obecności, to było tak, jakby świadomość pojawiła się w mojej głowie. Nie próbowałam wczuwać się w otoczenie ani nic w tym stylu, nie nastawiałam się na energetyczne sygnały. Może tak po prostu działała więź połączonej tożsamości. Jeśli miałam temu wierzyć, Kiri przychodziła i opuszczała salon kilka razy zanim zakończyłam ćwiczenie. Kiedy wstałam, znowu byłam w pomieszczeniu sama.
Czułam się dziwnie dobrze, jakby mój umysł był świeżo naładowaną baterią. Kilka razy spróbowałam wyemitować trochę energii, żeby sprawdzić, czy zaobserwuję jakąś znaczącą różnicę, ale to chyba nie był właściwy krok. Albo to ja nie byłam jeszcze wystarczająco świadoma swojej energii.
Rzuciłam szybkie spojrzenie na drzewo pośrodku pomieszczenia. Od mojej pierwszej wizyty w Krainie Czarów upłynął prawie miesiąc i szarawe owoce zdążyły dojrzeć. Teraz były większe niż moja pięść. Wyciągnęłam rękę i zerwałam jeden z nich. W jakiś sposób bawiła mnie świadomość, że kiedy prawie zupełnie o nich zapomniałam, niepostrzeżenie stały się one dla mnie dostępne.
- Tylko nie doszukuj się przypadkiem we wszystkich zdarzeniach jakiegoś głębszego symbolizmu.
Czy już wspomniałam, że kwestie krytycyzmu moja podświadomość opanowała doskonale?
Odruchowo wytarłam owoc ręką i ugryzłam kawałek. W smaku przypominało to papaję, konsystencją bardziej zbliżone było do śliwki. W środku miało kilkanaście lśniących czarnych pestek, skupionych blisko miejsca, z którego wyrastał ogonek owocu. Poczułam dziwną potrzebę podzielenia się tym ze stworzeniami przebywającymi w kuchni. Zerwałam jeszcze cztery owoce i zaniosłam je Hissowi. Z jakiegoś powodu uznawałam go za kogoś w rodzaju szefa albo przywódcy tych istot, chociaż, jak nagle zdałam sobie sprawę, było to tylko moje, niczym nie poparte założenie. Z Hissem najłatwiej było mi się porozumieć – co świadczyło tylko o jego większym mentalnym podobieństwie do ludzi. Czy może ściślej: do mnie. Chyba nie da się całkowicie uwolnić od takich psychologicznych pułapek. Chyba.
Bo może właśnie na tym ma polegać „oświecenie”.
Wzięłam sobie jeszcze jeden owoc na później i poszłam do Wieży. Dokładnie do wnętrza-we-wnętrzu. Tym razem nie czułam się już aż tak bardzo jak nieopierzony amator wchodzący do centrum dowodzenia statku kosmicznego. Teraz świadomie, z pewną dozą szczerej satysfakcji czekałam na nadchodzącą katastrofę.
Plątanina tkanek i przewodów wewnątrz szklanej kuli zareagowała na moją obecność serią gwałtownych ruchów. Niewiele myśląc, podeszłam bliżej i położyłam rękę na grubym szkle.
- Spokojnie, to tylko ja – powiedziałam cicho do tego czegoś w środku. Trochę się obawiałam, że to może przypadkiem zrobić sobie krzywdę. Splecione z czerwonawych włókien macki przywarły z drugiej strony do punktów, w których trzymałam palce.
- Czyli mnie poznajesz.
Odwróciłam się do pulpitu z diodami i wielokrotnie większą liczbą wyrytych symboli. Stanęłam przed nim, w pierwszej chwili niczego nie dotykając. Czegoś już zdążyłam się nauczyć.
Spróbowałam się rozluźnić, kilka razy głęboko odetchnęłam. Przymknęłam oczy. Nie zamykałam ich całkowicie, bo musiałam wiedzieć, gdzie znajdował się blat z tymi wszystkimi przełącznikami i światełkami. Przesuwałam nad nim dłonią, starając się mimowolnie nie emitować energii. Teraz musiałam działać we WŁAŚCIWY sposób.
- yst’si – powiedziałam cicho. Mimo, iż byłam w lekkim transie, który wydał mi się wystarczający, przez chwilę miałam wrażenie, że nic się nie stało. Potem w mojej głowie coś eksplodowało. Przepłynął przeze mnie potok chaotycznej wiedzy. Starałam się uchwycić cokolwiek w tym donośnym szumie, nie wybijając się przy tym z transu. Z pewnym wysiłkiem wyłowiłam z tego coś, co wydawało mi się istotnym, możliwe, że głównym słowem mocy.
Einnat.
Uchwyciłam się tego słowa z uporem. Wypreparowałam je niejako z tego chaosu, wyekstrahowałam i oczyściłam.
(oddziel ziemię od ognia, to co subtelne od tego co gęste, cierpliwie i z wielką uwagą)
Powtórzyłam to słowo na głos. Teraz nie musiałam czekać na efekt, od razu uzyskałam odpowiedź. Światło wokół mnie przygasło – albo zobaczyłam tylko ów półmrok w swojej głowie – następnie przede mną pojawił się półprzezroczysty niebieski hologram. Częściowo rozmyte, w większości proste linie tworzyły plan mojego astralnego domu. W miejscu, gdzie na planie znajdował się regularny ośmiokąt z okręgiem w środku, zobaczyłam jasno świecący biały punkt.
- Cóż, pierścień benzenowy to raczej nie jest. Za dużo boków.
Spadaj, Kiri, odpowiedziałam w myślach. Nie zamierzałam pozwolić wybić się ze stanu koncentracji.
Od razu rozpoznałam tę część, to właśnie była Wieża wraz z wnętrzem-we-wnętrzu. Punkt wskazywał moje obecne położenie. Oprócz tego zauważyłam, że w pewnym promieniu wokół niego linie oznaczające ściany były jaśniejsze niż pozostałe. Z boków pola widzenia znajdowały się pojedyncze symbole runiczne albo liczby, kilka znaków wyglądało na stylizowane strzałki. Przełączniki?
Od razu rozpoznałam tę część, to właśnie była Wieża wraz z wnętrzem-we-wnętrzu. Punkt wskazywał moje obecne położenie. Oprócz tego zauważyłam, że w pewnym promieniu wokół niego linie oznaczające ściany były jaśniejsze niż pozostałe. Z boków pola widzenia znajdowały się pojedyncze symbole runiczne albo liczby, kilka znaków wyglądało na stylizowane strzałki. Przełączniki?
Nie byłam pewna, jakich słów potrzebowałam, aby dobrać się do centrum sterowania tym hologramem, byłam za to praktycznie pewna, że takie słowa istnieją. Według Ireasza one ułatwiały działania, ale nie były koniecznym warunkiem, żeby w ogóle je umożliwiać. Przede wszystkim liczyły się intencje.
Skupiłam uwagę na symbolu trzech poziomych linii, nad którym i pod którym znajdowały się strzałki. Druidzki symbol ziemi, czy właśnie przełącznik? Rozbawiona, spróbowałam siłą skupienia jakoś dotknąć jednej ze strzałek, tej powyżej, skierowanej w górę i mniej przezroczystej. Jakoś tak wydawała mi się bardziej „aktywna” niż ta na dole. Zajęło mi to dłuższą chwilę zanim zaskoczyło, obraz mapy gwałtownie się zmienił. Pozostał tylko ogólny kształt obrysu, wszystkie linie miały już identyczny odcień a biały punkt zniknął. Rzuciłam szybkie spojrzenie na strzałki, teraz ta dolna straciła większość swojej przezroczystości. Jeszcze raz spróbowałam skupić się na górnej strzałce, tym razem szybciej straciłam cierpliwość. Sięgnęłam tam zwyczajnie ręką i dotknęłam jakby to był przycisk na ekranie dotykowym. PODZIAŁAŁO.
I po co wcześniej było mi się męczyć z telepatycznym sterowaniem?!
I po co wcześniej było mi się męczyć z telepatycznym sterowaniem?!
- No wiesz, wewnętrzne doskonalenie i te sprawy…
- Mówiłam już, żebyś na razie wynosiła się z mojej głowy!
Przez chwilę bawiłam się tym przełącznikiem, zmieniając na mapce obraz kolejnych pięter. Wirtualnie powróciłam do punktu wyjścia, na parter i zaczęłam zastanawiać się nad przeznaczeniem innych holograficznych przycisków. Dotykałam ich z bezmyślnością małpy, która dorwała się do maszyny do pisania. Tylko raczej nie sądziłam, że powstanie z tego jakiekolwiek dzieło, nawet przez przypadek. Kilka razy udało mi się sprawić, że mapa się zmieniła, pojawiały się różnej barwy linie i znaczniki. Odkryłam, że przesuwanie palcem po przerywanej pionowej linii z prawej strony pola widzenia umożliwia zbliżenie i oddalanie. Zatrzymałam się w momencie, kiedy widziałam na planie domu poza zwyczajnymi niebieskimi liniami trochę jasnoczerwonych. Najwięcej było ich w okolicy ośmiokąta reprezentującego Wieżę. Tutaj też były one w większości kręte, półkoliste albo wręcz spiralne. Niektóre wyraźnie występowały w parach, sugerując granice korytarzy. Ukryte przejścia.
Ha! Chyba właśnie odblokowałam kody do tej gry.
Ha! Chyba właśnie odblokowałam kody do tej gry.
Szczególnie zainteresował mnie domniemany korytarz wychodzący stosunkowo daleko poza dom. Jak większość zaczynał się w Wieży, skąd wybiegał pionowo w górę. Kończył się wewnątrz niewielkiego pomieszczenia oznaczonego tu przez zwyczajny prostokąt, niemal regularny kwadrat, nieporównywalnie mniejszy niż dom na tym schemacie. W fizycznym świecie obiekt ten znajdowałby się na północy, tutaj nie potrafiłabym stwierdzić, czy w ogóle istniały jakieś zdefiniowane bezwzględne strony świata. Ale byłam na tyle zaintrygowana, że zdecydowałam się chwilowo przerwać eksperymenty z mapą i faktycznie odnaleźć owo przejście.
Wyjście z transu wydało mi się takie zwyczajne. Takie cholernie naturalne. Tak odruchowe jak cofanie się, chociaż ruch ten dokonywał się tylko na poziomie umysłu.
(Kiri, czy to jest właśnie to, co powinnam tu ze szczegółami opisywać, czy to dla potomnych, czy przede wszystkim dla własnego rozwoju?)
Wyszłam z małego okrągłego pomieszczenia, schylając się w niskich drzwiczkach. Zeszłam na podłogę, skierowałam się w swoją prawą stronę. Mniej więcej umiałam oszacować względny kierunek, w którym powinnam podążać. Według mapy to było mniej więcej na wprost wejścia do Wieży od głównego korytarza. Obrałam za cel równoległą do niego ścianę ośmiokąta. Widziałam na niej liczne drzwiczki szaf i szafek, tworzących nieregularne komórki podobne do plastra miodu. Otwierałam, a przynajmniej uchylałam te z nich, które byłam w stanie ruszyć. Problemem nie było to, że mogły być zamknięte na klucz, tutaj znacznie więcej kłopotów sprawiało wzajemne przenikanie się wymiarów. W końcu w jakimś zakrzywieniu czasoprzestrzeni odkryłam wąską niszę z uchylonymi drzwiami. Wcisnęłam się jak mogłam najbliżej, usiłując zajrzeć w głąb szczeliny, ale nie znalazłam tam nic oprócz czerni. Mogłam z pewnym prawdopodobieństwem przewidzieć, co nastąpi, kiedy tam wkroczę, w końcu potrafiłam wyciągać wnioski z obserwacji. Zebrałam się w sobie i dałam krok w ową czerń.
(Kiri, czy to jest właśnie to, co powinnam tu ze szczegółami opisywać, czy to dla potomnych, czy przede wszystkim dla własnego rozwoju?)
Wyszłam z małego okrągłego pomieszczenia, schylając się w niskich drzwiczkach. Zeszłam na podłogę, skierowałam się w swoją prawą stronę. Mniej więcej umiałam oszacować względny kierunek, w którym powinnam podążać. Według mapy to było mniej więcej na wprost wejścia do Wieży od głównego korytarza. Obrałam za cel równoległą do niego ścianę ośmiokąta. Widziałam na niej liczne drzwiczki szaf i szafek, tworzących nieregularne komórki podobne do plastra miodu. Otwierałam, a przynajmniej uchylałam te z nich, które byłam w stanie ruszyć. Problemem nie było to, że mogły być zamknięte na klucz, tutaj znacznie więcej kłopotów sprawiało wzajemne przenikanie się wymiarów. W końcu w jakimś zakrzywieniu czasoprzestrzeni odkryłam wąską niszę z uchylonymi drzwiami. Wcisnęłam się jak mogłam najbliżej, usiłując zajrzeć w głąb szczeliny, ale nie znalazłam tam nic oprócz czerni. Mogłam z pewnym prawdopodobieństwem przewidzieć, co nastąpi, kiedy tam wkroczę, w końcu potrafiłam wyciągać wnioski z obserwacji. Zebrałam się w sobie i dałam krok w ową czerń.
Słusznie przewidywałam. Wessało mnie.
Od początku miałam wrażenie, że nie przeszłam do korytarza, ale od razu zostałam rzucona do jego końcowego punktu. Może to właśnie oznaczał czerwony kolor na mapie, odmienny od granatowych figur reprezentujących rozkład pomieszczeń w domu. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby owe korytarze, ujawnione dopiero w jednym ze specjalnych widoków mapy, wytyczone zostały poprzez jakiś wyższy wymiar.
Byłam w pomieszczeniu o zakurzonej betonowej posadzce i niemalowanych, ledwie otynkowanych ścianach. Astralny garaż? Może jeszcze się okaże, że posiadam tutaj duchowy samochód. Nie musiałam się rozglądać po pomieszczeniu, szukając go. Że go tu nie ma, byłam w stanie stwierdzić od razu. Wnętrze było w większości puste, tylko pod ścianami stało kilka podniszczonych półek i zwyczajne, zupełnie nie duchowe kartonowe pudła.
Byłam w pomieszczeniu o zakurzonej betonowej posadzce i niemalowanych, ledwie otynkowanych ścianach. Astralny garaż? Może jeszcze się okaże, że posiadam tutaj duchowy samochód. Nie musiałam się rozglądać po pomieszczeniu, szukając go. Że go tu nie ma, byłam w stanie stwierdzić od razu. Wnętrze było w większości puste, tylko pod ścianami stało kilka podniszczonych półek i zwyczajne, zupełnie nie duchowe kartonowe pudła.
- Po co ci tu samochód? Przecież nawet nie masz prawa jazdy!
Cóż, droga Kiri, nie miałam prawa jazdy w FIZYCZNYM świecie. Tutaj na razie nawet nie byłam pewna tego, czy istniały analogiczne dokumenty. I w jaki sposób należało je zdobyć, jeżeli okazałoby się, że istnieją?
- Zawsze możesz spróbować je podrobić. Powodzenia życzę.
Znów sobie ze mnie żartowała i doskonale to czułam, ale jej słowa nagle uderzyły mnie tak, jakbym zderzyła się ze ścianą.
Cholera. Niedobrze. Przebywałam tu już prawie miesiąc i do tej pory taka banalnie prosta myśl ani razu mi nie zaświtała. Nie miałam pojęcia czy posiadam tutaj JAKIEKOLWIEK dokumenty tożsamości i czy jest to tutaj wymagane. Możliwe, że Ireasz by mi o tym powiedział… Tylko ja ani razu go o to nie spytałam. Niedobrze. Bardzo źle.
- Kiri, chodź tu do mnie! - zawołałam na głos w próżnię, praktycznie pewna, że to poskutkuje. Istotnie, mój wierny dajmon pojawił się przede mną wśród białych i żółtych iskier.
- Jednak uznałaś, że przyda ci się trochę dobrych rad?
- Myślisz, że tutaj potrzeba jakichś papierów? - spytałam z rezygnacją.
- Nie sądzę. Po co by ci były? Wystarczy ci twój ident, który jest jawny.
- Jesteś pewna?
- A czy tutaj można być pewnym czegokolwiek?
Czy to właśnie nazywa się zostać pobitym własną bronią? Dziwnie się czułam, kiedy moja podświadomość tak swobodnie używała moich własnych stwierdzeń przeciwko mnie.
Rozszczepiony umysł, cholera…
Przyglądałam się bezmyślnie mocno zaniedbanym regałom. Na półkach leżały głównie narzędzia, z których tylko mała część wyglądała znajomo, reszta miała tak nietypowe kształty, że trudno było się domyślić ich przeznaczenia.
Rozszczepiony umysł, cholera…
Przyglądałam się bezmyślnie mocno zaniedbanym regałom. Na półkach leżały głównie narzędzia, z których tylko mała część wyglądała znajomo, reszta miała tak nietypowe kształty, że trudno było się domyślić ich przeznaczenia.
- Jaką masz gwarancję, że nic z tych przedmiotów nie ma odpowiedników w fizycznym świecie? - zasiewała wątpliwości Kiri – Może takie rzeczy istnieją tylko ty nawet o tym nie wiesz?
- Czy to ma w tej chwili znaczenie? - westchnęłam – Bardzo możliwe, że jeśli zajrzę tu jutro, tego złomu tu nie będzie.
Oprócz tych umownie przyziemnych przedmiotów, znalazłam trochę obiektów nieco bardziej… magicznych. Głównie amulety i wydłużone kryształy, podobne do tego, co widziałam w pomieszczeniu, które jakieś tutejsze, domowe stworzenie
(Kiri? To nie mogła być Kiri, chyba nie…)
nazwało komnatą elementów. No, w tym z diabłami rzeźbionymi na suficie. Kiri, wyczuwając moje zainteresowanie, wspięła się na najbliższą półkę, na której trochę tego leżało. Zatrzymała się obok czegoś, co przypominało kompas zamknięty w kilku warstwach półprzezroczystych sfer i przez chwilę stała nieruchomo z lekko opuszczoną główką. Wyglądała jakby obwąchiwała ów przedmiot, ale byłam gotowa się założyć o wszystkie kryształy na moim terenie,
(jaką mogły w ogóle mieć wartość?!)
że w rzeczywistości korzystała z innych, bardziej subtelnych DUCHOWYCH zmysłów.
Podniosłam jeden z kryształów, długości nieco większej niż moje place, o wyblakłej turkusowej barwie. Spróbowałam jakoś go myślopoczuć. Nawet przez chwilę rozważałam, żeby powtórzyć tę sztuczkę, która pozwoliła mi odkryć mapę
(Einnat, ten mechanizm nosi imię Einnat)
ale myśl ta rozwiała się jeszcze szybciej niż w ogóle się narodziła. Nawet nie potrzebowałam transu, żeby w jakiś sposób wiedzieć, że to tym razem nie podziała. To był zupełnie inny przypadek, taki, do jakiego nie mogły się odnosić te słowa mocy.
Skoncentrowałam się.
Słowa mocy nie były zawsze absolutnie konieczne, tak? Obyś miał rację, Ireasz…
Skupiałam się na zamiarze, tym, co chciałam uzyskać. Niech się ujawni, objaśni, odsłoni przede mną.
Czułam jakiś rodzaj energii. Czy może raczej wzrosła moja wrażliwość na energię tego kryształu. To było mniej lub bardziej żywe, jak wszystko tutaj. Było umysłem, duchem i kodem źródłowym.
Pochyliłam się, potem przykucnęłam, w końcu oparłam się kolanami o zakurzoną posadzkę. Czy to miało jakieś znaczenie? Tak było mi wygodniej myśleć.
Jeszcze trochę. Do środka. WEWNĄTRZ.
Wniknęłam myślami w kryształ, trochę tak jak wtedy, kiedy próbowałam czytać Ireaszowi w myślach. Albo jak wcześniej, z tamtą driadą… I uzyskałam nawet podobną odpowiedź. Nie pozwoliłam temu tym razem po prostu przepłynąć przez mój umył i zniknąć.
I stało się światło.
Mdłe, słabe, ledwo widoczne w oświetleniu panującym w miejscu, gdzie się znajdowałam. Ale widziałam, że się udało i dlatego było dobre.
Jasnoniebieskie – a może raczej turkusowe? - refleksy na posadzce byłyby dużo lepiej widoczne, gdyby półmrok był głębszy. Gdyby na podłodze nie zalegała warstewka pyłu. Albo gdybym bardziej spięła swój astralny tyłek i mocniej się na tym skoncentrowała. Spróbowałam nasycić kryształ swoją energią w postaci światła, żeby rozjaśnić go od wnętrza, ale to był błąd. To nie miało prawa tak działać, a ja tylko zmąciłam swój trans, skupiając uwagę na emitowaniu energii.
- To działa na poziomie Struktury, nie energii – prychnęła Kiri z wyższością.
No, dziękuję, ale wyjątkowo tym razem jakoś to wiedziałam. A Kiri przy odrobinie szczęścia może się nie zorientowała, że w tym momencie kierował mną nawet prostszy, typowo fizyczny ciąg myślowy.
Światło na posadzce przybrało w końcu nieco bardziej wyrazisty kształt. Wokół siebie miałam kręgi, pomiędzy nimi symbole. Musiałam bardzo się postarać, żeby ujawnić ich zawiłe formy.
Cholera… Czy to był właśnie kod źródłowy tego Matrixa? Tak wulgarnie ujawniony, bezwstydnie odsłonięty, namacalny i dostępny nawet dla tak zielonego laika ja?
- Trudno mi ocenić, czy to szczery problem z samooceną czy masochistyczno-narcystyczna forma samobiczowania…
Nie zdołałam dłużej utrzymać skupienia, mój umysł odpuścił. Kręgi z niebiesko-zielonawego światła zniknęły. Zdałam sobie sprawę, że oddycham ciężko jak po fizycznym wysiłku, chociaż tutaj chyba nie musiałam oddychać w ogóle.
- Ja nazwałabym to raczej zdolnością racjonalnej oceny własnych możliwości – odparłam pogodnie.
Przekładałam kryształ, teraz znów pozornie martwy, z ręki do ręki.
Jeśli zdołałam wejść z nim w jakiś rodzaj interakcji, nic nie stało na przeszkodzie, żeby udało mi się to po raz kolejny. I kolejny. I jeszcze kilkadziesiąt, kilkaset razy, do momentu, kiedy zrozumiem.
W końcu droga samorozwoju to długotrwała ciężka praca, czyż nie?





