27-02-2019, 20:20
Miałam robić jakiś projekt.
# Odczucia podpowiadały, że to coś w stylu olimpiady chemicznej.
To była praca grupowa, trzy albo cztery osoby, ale akurat w danym czasie przy ustawionych w rzędzie pod ścianą biurka siedziały dwie (ja i jeden człowiek z mojej obecnej pracy), trzecia krążyła za naszymi plecami, coś nam niby doradzając, ale sama niewiele robiła. Mieliśmy na to sześć albo osiem godzin, co było podzielone tak, że w określonym czasie powinniśmy skończyć pewne etapy. Na etap, nad którym właśnie się męczyliśmy, mieliśmy jakieś dwie godziny. Z rosnącą paniką czułam upływ czasu, podczas gdy nie miałam pomysłu, co właściwie powinnam zrobić. Wiedziałam, że nasze osiągnięcia będą oceniane i wyciągnięte zostaną konsekwencje.
# Niepewna wiedza o tym, że nas wyleją czy coś w tym stylu.
W pewnym momencie mieliśmy przerwę. Zaczęliśmy się naradzać, bez presji nieco łatwiej było mi myśleć. Na chwilę opuściłam kolegów i poszłam do czegoś, co przypominało szkolny sklepik. Powiedziałam, że potrzebuję paru odczynników na pokaz chemiczny. Tęga kobieta stojąca za ladą poszła na zaplecze i zaczęła wynosić stamtąd plastikowe butelki, podobne do tych, w jakich sprzedają elektrolit na stacjach benzynowych.
# Było to w czasie, kiedy miałam gorszy okres w pracy i z tego powodu praktycznie cały czas było mi niedobrze ze stresu.
Występowałam w starym kostiumowym filmie, w którym grupka bohaterów podróżowała w czasie. Spotkaliśmy naszych przodków/potomków.
# Trudno było stwierdzić, kto właściwie i w którą stronę się przeniósł.
Znajdowaliśmy się w zamku o kamiennych ścianach, karykaturalnym do przesady. Mieliśmy na sobie arystokratyczne stroje w bardzo wyrazistych kolorach. Wyglądało to mniej więcej jak w przedstawieniu w szkolnym teatrzyku.
Grupa, do której ja należałam, wysłała mnie po informacje do osób należących do tych czasów. Miałam trzymać się w pobliżu nich i wkręcać w ich rozmowy. Moi ludzie instruowali mnie, jak powinnam się zachowywać, udając wysoko urodzoną damę. Musiałam zachowywać odpowiednią postawę, trzymać przed sobą rękę, na której leżała rozłożona chusteczka. Powiedziałam im, że nie mam chusteczki. Grupa wpadła w lekką panikę, próbowali gdzieś ową chusteczkę zdobyć. Szukali jej w komnatach zamku i pytali służbę, czy ktoś ma i może im pożyczyć.
================================================
Byłam
# przynajmniej początkowo
bezcielesnym obserwatorem w podziemnym bunkrze. Korytarze i sale miały tu białe ściany, mimo braku okien odnosiłam wrażenie, jakby z boków wpływało do wnętrz dzienne światło. W pokoju przypominającym nowoczesne więzienie albo zakład psychiatryczny przebywał ubrany na biało człowiek. Był on rozciągnięty w powietrzu, twarzą i brzuchem w dół, zawieszony na łańcuchach za ręce i nogi. Widziałam go z góry, jakbym była oczami na suficie. Wiedziałam, że wkrótce ten człowiek zostanie zgwałcony, zrobią mu lobotomię, albo coś w tym stylu. W powietrzu przebiegały wstrząsy, jakby wyładowania albo drżenie ziemi wokół. Czułam je telepatycznie przez to, że ten człowiek to czuł.
Przeskok do górnego poziomu bunkra. To pomieszczenie przypominało owe miniaturowe bunkry-kopułki z Albanii. Stałam przed otworem w ścianie betonowej kopuły. Widziałam przed sobą pustynię pod bezchmurnym niebem. Kolory były niesamowicie nasycone, ten pomarańczowy piasek i błękit nieba...
W stronę naszego bunkra szła ogromna grupa ludzi, jakby pielgrzymka. Wyglądało to jak ekranizacja jakiejś biblijnej sceny. Ktoś od nas powiedział, że Ati idzie do nas na czele armii. Postanowiłam więc wyjść mu na spotkanie. Za mną poszły ze dwie albo trzy osoby z bunkra, przypuszczalnie jako eskorta albo coś w rodzaju gwardii honorowej. Kiedy znaleźliśmy się bliżej, wrażenie biblijnej sceny było jeszcze silniejsze. Tamci mieli na sobie wiele warstw burych szat, chusty albo turbany na głowach. Tylko Ati się wyróżniał, w obcisłym szarym stroju, z rozpuszczonymi krwistoczerwonymi włosami sięgającymi co najmniej do połowy pleców.
# Na ile mogłam ocenić był też cholernie przystojny, jak to bywa z nieśmiertelnymi
On wystąpił naprzód, oddalając się o kilka kroków od tej rozciągniętej daleko w tył grupy, ja również oddzieliłam się od swoich, wychodząc mu naprzeciw. Kiedy byliśmy blisko siebie, upadłam na kolana, żeby złożyć mu przysięgę wierności.
# Szkoda, że w takim momencie musiałam się obudzić...
# Odczucia podpowiadały, że to coś w stylu olimpiady chemicznej.
To była praca grupowa, trzy albo cztery osoby, ale akurat w danym czasie przy ustawionych w rzędzie pod ścianą biurka siedziały dwie (ja i jeden człowiek z mojej obecnej pracy), trzecia krążyła za naszymi plecami, coś nam niby doradzając, ale sama niewiele robiła. Mieliśmy na to sześć albo osiem godzin, co było podzielone tak, że w określonym czasie powinniśmy skończyć pewne etapy. Na etap, nad którym właśnie się męczyliśmy, mieliśmy jakieś dwie godziny. Z rosnącą paniką czułam upływ czasu, podczas gdy nie miałam pomysłu, co właściwie powinnam zrobić. Wiedziałam, że nasze osiągnięcia będą oceniane i wyciągnięte zostaną konsekwencje.
# Niepewna wiedza o tym, że nas wyleją czy coś w tym stylu.
W pewnym momencie mieliśmy przerwę. Zaczęliśmy się naradzać, bez presji nieco łatwiej było mi myśleć. Na chwilę opuściłam kolegów i poszłam do czegoś, co przypominało szkolny sklepik. Powiedziałam, że potrzebuję paru odczynników na pokaz chemiczny. Tęga kobieta stojąca za ladą poszła na zaplecze i zaczęła wynosić stamtąd plastikowe butelki, podobne do tych, w jakich sprzedają elektrolit na stacjach benzynowych.
# Było to w czasie, kiedy miałam gorszy okres w pracy i z tego powodu praktycznie cały czas było mi niedobrze ze stresu.
Występowałam w starym kostiumowym filmie, w którym grupka bohaterów podróżowała w czasie. Spotkaliśmy naszych przodków/potomków.
# Trudno było stwierdzić, kto właściwie i w którą stronę się przeniósł.
Znajdowaliśmy się w zamku o kamiennych ścianach, karykaturalnym do przesady. Mieliśmy na sobie arystokratyczne stroje w bardzo wyrazistych kolorach. Wyglądało to mniej więcej jak w przedstawieniu w szkolnym teatrzyku.
Grupa, do której ja należałam, wysłała mnie po informacje do osób należących do tych czasów. Miałam trzymać się w pobliżu nich i wkręcać w ich rozmowy. Moi ludzie instruowali mnie, jak powinnam się zachowywać, udając wysoko urodzoną damę. Musiałam zachowywać odpowiednią postawę, trzymać przed sobą rękę, na której leżała rozłożona chusteczka. Powiedziałam im, że nie mam chusteczki. Grupa wpadła w lekką panikę, próbowali gdzieś ową chusteczkę zdobyć. Szukali jej w komnatach zamku i pytali służbę, czy ktoś ma i może im pożyczyć.
================================================
Byłam
# przynajmniej początkowo
bezcielesnym obserwatorem w podziemnym bunkrze. Korytarze i sale miały tu białe ściany, mimo braku okien odnosiłam wrażenie, jakby z boków wpływało do wnętrz dzienne światło. W pokoju przypominającym nowoczesne więzienie albo zakład psychiatryczny przebywał ubrany na biało człowiek. Był on rozciągnięty w powietrzu, twarzą i brzuchem w dół, zawieszony na łańcuchach za ręce i nogi. Widziałam go z góry, jakbym była oczami na suficie. Wiedziałam, że wkrótce ten człowiek zostanie zgwałcony, zrobią mu lobotomię, albo coś w tym stylu. W powietrzu przebiegały wstrząsy, jakby wyładowania albo drżenie ziemi wokół. Czułam je telepatycznie przez to, że ten człowiek to czuł.
Przeskok do górnego poziomu bunkra. To pomieszczenie przypominało owe miniaturowe bunkry-kopułki z Albanii. Stałam przed otworem w ścianie betonowej kopuły. Widziałam przed sobą pustynię pod bezchmurnym niebem. Kolory były niesamowicie nasycone, ten pomarańczowy piasek i błękit nieba...
W stronę naszego bunkra szła ogromna grupa ludzi, jakby pielgrzymka. Wyglądało to jak ekranizacja jakiejś biblijnej sceny. Ktoś od nas powiedział, że Ati idzie do nas na czele armii. Postanowiłam więc wyjść mu na spotkanie. Za mną poszły ze dwie albo trzy osoby z bunkra, przypuszczalnie jako eskorta albo coś w rodzaju gwardii honorowej. Kiedy znaleźliśmy się bliżej, wrażenie biblijnej sceny było jeszcze silniejsze. Tamci mieli na sobie wiele warstw burych szat, chusty albo turbany na głowach. Tylko Ati się wyróżniał, w obcisłym szarym stroju, z rozpuszczonymi krwistoczerwonymi włosami sięgającymi co najmniej do połowy pleców.
# Na ile mogłam ocenić był też cholernie przystojny, jak to bywa z nieśmiertelnymi

On wystąpił naprzód, oddalając się o kilka kroków od tej rozciągniętej daleko w tył grupy, ja również oddzieliłam się od swoich, wychodząc mu naprzeciw. Kiedy byliśmy blisko siebie, upadłam na kolana, żeby złożyć mu przysięgę wierności.
# Szkoda, że w takim momencie musiałam się obudzić...





